Im dłużej mnie na facebooku nie ma, tym trudniej mi zabierać się za wracanie. A i sens tego wracania coraz mniej wygodnie leży mi w ręce.
Co spowodowało rozstanie? Długo by opowiadać, ale powiedzmy skrótowo, że 2015 był dla mojego facebooka ciężkim rokiem. Najpierw wybory prezydenckie, później, o zgrozo, parlamentarne, przeciąganie liny między jedną prawdą objawioną a drugą, w międzyczasie histeria antyuchodźcowa, o której pisałam obszerniej tutaj. A to i tak tylko podniecanki większego kalibru. Poza nimi trzeba było przyjąć na klatę wszystko to, na co narażony jest a priori przeciętny użytkownik faceboka, również w absencji ważkich doniesień politycznych: a więc głupkowate memy, kryptonimiczne opisy cudzych problemów, tendencyjne medialne prowokacje, zdjęcia kotów i innych fotogenicznych gatunków zwierząt, zachody słońca przysłonięte sentencjami pełnymi anglojęzycznych kalek, liczne manifesty rodziców, singli, prawicowców, lewicowców, ekspatriantów, repatriantów, wegetarian, alergików, genderowców, wyznawców zdrowego odżywiania i innych uciśnionych, którzy wspólnie zawzięli się, żeby robić użytkownikom ideologiczny waterboarding. Lawina tej dobroci i frustracji składa się na przeciętną sesję na facebooku.
Można by tu narzekać więcej, ale mam świadomość, iż byłoby to narzekactwo chybione. Konwencja facebooka jaka jest, każdy widzi. Nie jest to na przykład (lubiana przeze mnie) aplikacja feedly, w ramach której sama sobie ustawiam to, co chcę oglądać, w co klikać, tworzę kategorie i samodzielnie organizuję treść. Jest to tylko nieobliczalny (sic!) algorytm, pokazujący aktualizacje według obcego programowania (i w związku z tym, obcych wartości). Niby o tym wiedziałam, ale łudziłam się, że na dłuższą metę korzyści facebooka przeważą nad negatywami: miała być to przecież jakaś opcja utrzymywania kontaktu z drugim człowiekiem. Po tym roku widzę coraz wyraźniej, że się myliłam: dla mnie wpływ był głównie negatywny. Tylko okazjonalnie trafiał mi się, jak ślepej kurze ziarno, jakiś skromny pozytyw.
Koniec roku kalendarzowego, początek nowego. W związku z tym, kto chce, ten na swoim profilu może umieścić krzepiące podsumowanie swojego roku na facebooku i podzielić się tym szczęściem ze znajomymi. To może i u mnie czas na podsumowanie. Rok 2015 na facebooku upłynął mi głównie na odśledzaniu moich wcale nie tak licznych znajomych. Nie była to z mojej strony złośliwość, a tylko coraz bardziej mi potrzebne alienowanie się z jazgotu. Odśledzałam, odśledzałam konsekwentnie, aż na wysokości początku września okazało się, że na stronie głównej pojawiają mi się niemal wyłącznie wiadomości od firm, instytucji i społeczności, które kiedyś polubiłam. (I, oczywiście, wszechmogące reklamy, dźwignie handlu i drobnomieszczańskiej stopy życiowej: Znajoma X polubiła dom towarowy, w którym para spodni kosztuje tyle samo, co połowa Twoich miesięcznych zarobków. Polub i Ty!). Wiele tych markowych wiadomości było, powiem oględnie, i tak o wiele bardziej dorzecznych niż newsy moich odśledzonych znajomych. (Do tej pory brakuje mi, na przykład, ujmujących postów od La Ruiny, poznańskiej kawiarni na Śródce, albo zgryźliwości umieszczanych na stronie „Co znosi psychika grafika”).
Na dodatek nie było też tak, że algorytm facebooka pokazywał mi wszystkie aktualizacje jednostek, którymi byłam zainteresowana. Sama musiałam sobie przypominać, by zajrzeć na profil „Co się dzieje z polskim jazzem” albo na sympatyczną stronę „Jeżyce: jądro wszechświata”. Także więc i pod względem spersonalizowanego kontaktu z marką czy społecznością facebook zawiódł i nie przestaje zawodzić.
Decyzji o „porzuceniu facebooka” jako takiej nie było, ale wydaje mi się, że niechęć i niesmak, które gromadziły się we mnie stopniowo i kumulowały w ciągu ubiegłego roku, są jej równowarte.
***
Na marginesie pozostało jeszcze pytanie, co zrobić ze stroną bloga, którą otwarłam na facebooku ponad rok temu. Otwarłam z uczuciami mieszanymi, głównie dlatego, że na licznych stronach poświęconych pomocy blogowej wyczytałam, że to niezbędny niezbędnik, i, jak przystało obsesyjnemu perfekcjoniście, mocno się tym przejęłam. (Argumenty zresztą wydawały się logiczne: czemu nie wyjść naprzeciw swoim Czytelnikom?). Teraz, po roku, widzę, że faktycznie, przecież bez tej strony na facebooku nikt do tego bloga nie dotrze. Zagnieżdżony jest, jakby nie było, w ciemnym gąszczu darknetu, a dostęp do niego opatrzony jest kilkoma spersonalizowanymi hasłami, za które płaci się w bitcoinach na Jedwabnym Szlaku. Poza tym, komu by się chciało otwierać tę stronę tak na chybił trafił, nie wiedząc, czy chciało mi się umieścić kolejnego posta? To takie uciążliwe! Wstukiwać raz za razem ten niesamowicie trudny adres w wyszukiwarkę - jakiś komunistyczny goździk czy chryzantema, czy kosodrzewina, naprawdę, strasznie trudno to zapamiętać. A zapisać się do feedu, newslettera lub obserwować przez którąś z licznych aplikacji przechwytujących feed? To już przecież robota rzędu doktoranckiej. Ergo, link na facebooku musi być!
Im dłużej jednak użerałam się z facebookiem, tym mocniej w tę argumentację wątpiłam. Przeciwnie, zaczęłam wręcz podejrzewać, że nie mam do czynienia z potencjalnie użytecznym narzędziem, a tylko z wielką medialną bańką, której wartość nadmuchiwana jest sztucznie i podtrzymywana ludzkim wygodnictwem. (Bez wytykania palcami. Zapędy wygodnickie nie są mi obce). Inwestycje (czasu i wysiłku) przynosiły, i na profilu prywatnym, i na stronie bloga, dywidendy dość efemeryczne. Patrząc trzeźwo, jeśli nie ma między znajomymi obopólnej woli zadzwonienia, wysłania pocztówki albo naskrobania emaila, to być może nie warto utrzymywać pozorów kontaktu przez facebooka. (Z najbliższymi znajomymi wskakuję zresztą od razu na ten sam poziom relacji, bez względu na to, czy upłynęły dwa lata, czy dwanaście). Jeśli natomiast chodzi o bloga, to rok prowadzenia strony na facebooku uświadomił mi, że do kogo przemawia tylko klikalna treść facebookowa, do tego na pewno nie przemówi niniejszy blog; prowadząc więc stronę bloga na facebooku, sprzedaję trochę płyn do opalania Eskimosom. Oczywiście są chwalebne wyjątki, ale reguła raczej niezłomna.
Gdy przyglądałam się zresztą innym inicjatywom, które sama polubiłam na facebooku, to widziałam, że na medialnej bańce najwięcej zyskuje sama platforma - i to ona jest w tej inflacji znaczenia wygranym największym. Jak wspomniałam, sporo polubionych przeze mnie, skądinąd interesujących stron było dla mnie praktycznie niewidzialnych, tzn. ich aktualizacje potrafiły zniknąć ze strony startowej na całe długie miesiące. (Do mnie zresztą też docierały czasem analogiczne pretensje od Czytelników, którzy polubili stronę: „Nic na blogu nie piszesz!”. A to facebook-dywersant pochłania powiadomienia). Nic dziwnego zresztą: facebook pokazuje na stronie startowej (głównie) te aktualizacje, których autorzy zapłacili za promocję i/lub które już zyskały dużą ilość lajków. (Oba te kryteria są dla mnie problematyczne, bo treść jest w nich tylko drugorzędna: w pierwszym wyższość bierze kasa, w drugim popularność, i to na dodatek popularność w grupie i tak już statystycznie przebranej, bo tylko facebookowej). Poza tym, aby odpowiednio kształtować i personalizować algorytm facebooka, należy aktywnie pewne treści „lubić”, a ja, choć próbowałam, to nie zdołałam ostatecznie wyrobić w sobie nawyku klikania w niebieski przycisk i ekshibicjonistycznego „lubienia”. Zawsze musiałam świadomie sobie o tym przypominać, a i tak, jako introwertyk, czułam przy tym pewien nieprzyjemny zgrzyt. Nie warto.
Ale jedno z ostatnich słów na temat facebooka należało - uwaga - do Adele. Na jesieni wydała ona kolejną, dla wielu genialną, płytę, która niemal natychmiast pobiła wszelkie rekordy sprzedaży - mimo tego skandalicznego faktu, że wokalistka udziela się na mediach społecznościowych dość miernie. (New York Times poświęcił temu zjawisku cały artykuł). Pokręciłam nad tym fantem głową i pomyślałam, że może i nie jestem Adele, ale bańki nadmuchiwać nie będę. Stopniowo wycofałam więc z facebooka moje inwestycje czasowe i energetyczne i zaczęłam je lokować w sprawy bardziej mierzalne, gdzie widziałam trwałe zyski i czułam więcej satysfakcji z tworzenia czegoś cennego.
Zmiana nie była dramatyczna. Kłopot w tym, że życie bez niezbędnego facebooka okazało jak najbardziej normalne. Trochę bardziej sanitarne emocjonalnie, wyciszone, mniej frustrujące, czasowo bardziej uporządkowane. Statystyki nie runęły, znajomości nie ubyło. Czasem tylko nie obejrzę tego bezcennego filmiku, w którym siostrzyczka pokryła młodszego brata pastą orzechową jak farbą; czasem nie wiem, jakim to (medialnie przerobionym) wykroczeniem rządu podniecają się w rozmowach moi znajomi. Istnieje również całkiem poważne ryzyko, że jeśli świat pójdzie ostatecznie w diabły, na co najwyraźniej się zanosi, to przez kilka miłych dni, a może nawet tygodni żyć będę w błogiej nieświadomości tego ważkiego faktu. Są to jednak atrakcje, bez których jak najbardziej mogę się obejść.


Pisanie Twoje mnie urzeklo. Gietkoscia slow. I mysle tu o calym blogu, a nie tylko o dzisiejszym wpisie. Albowiem dzisiejszy wpis jest mi obcy mentalnie - konta na fb nigdy nie mialam. Poczatkowo z zaniedbania, potem na przekor. A teraz ot tak.
OdpowiedzUsuńA jezyk zanidbany odswiezam wlasnie zmuszona sytuacja zyciowa - oj boli ta gramatyka, boli.
Pozdrawiam
agulaw
Agulaw, bardzo Ci dziękuję za dobre słowa. Też miałam dużo frajdy, pisząc ten artykuł! A jaki język odświeżasz? Jest kilka na mojej liście - leżą odłogiem już dłuższy czas, a ja odwlekam w nieskończoność ten moment ponownej orki na ugorze... Serdeczności!
UsuńRosyjski. I niby proste sie wydaje to odswiezanie, bo uzywalam go raczo wiele lat. Ale jednak. Brne czasem i brne.
UsuńAgulaw
Nie wiem jakie miałaś ustawienia w FB, że Ci się pojawiały te wszystkie plagi egipskie i zarazy morowe, ale mi się nie pokazują. Powyłączałem powiadomienia od ludzi, których postów za bardzo nie chcę śledzić i po sprawie. Aha, mam interfejs po angielsku i moje główne "sieci" są kanadyjskie, więc może to ma wpływ? Z drugiej strony spora częśc znajomych mieszka w Polsce i Europie. Tak, czasem trafiają się posty które mnie irytują albo wkurzają, ale można nad tym w miarę łatwo zapanować. Ja FB używam głównie po to, żeby widzieć co się dzieje u ludzi których lubię a którzy nie mają czasu na pisanie emaili i rozmowy na żywo. Tylko tyle i aż tyle.
OdpowiedzUsuńTeż mam ochotę odświeżyć język(i), żeby tylko czas był...
Język interfejsu chyba nie ma tu nic do rzeczy; zmieniam go regularnie, zależnie od tego, jaki język jest akurat u mnie "na tapecie". Ustawienia miałam chyba dosyć restrykcyjne. Może różnica tkwi w znajomych ;) U mnie było tak, że najbliżsi nie mają facebooka albo udzielają się na nim baaaardzo mizernie, więc poza nimi portal naprawdę okazał się zbyteczny. Nie wykluczam, że kiedyś go wskrzeszę - a na razie dziękuję.
UsuńJęzyki: jak na razie na ten rok mam już do odświeżenia dwa: oby się udało!