Dziś tekst wygrzebany, jeszcze z sierpnia. Posty piszę w jednym dokumencie wordowskim, zaczynając w różnych miejscach: zwykle od początku, ale równie często gdzieś od środka, zależnie od tego, czy akurat nie poprawiam jakichś poprzednich szkiców albo prób. Zdarza się więc tak, że jakiś tekst zostaje przysypany kolejnymi, chwila mija, ja publikuję coś pilniejszego - a staroć nieapetycznie stygnie. Nie za bardzo lubię też publikować starsze teksty, bo ideą bloga było mobilizowanie mnie do pisania - a jeśli opublikuję asa w rękawie, to nie będę miała bata, by pisać nowe. Ale niech będzie. Tęsknię już do tych nowoorleańskich stron, może dlatego.
Gdy przy okazji
artykułu o plantacjach w Luizjanie zaczęłam bliżej przyglądać się plantacji Melrose, zaintrygowało mnie pewne zdjęcie z muzealnego archiwum. Czarno-białe, nieostre, nieopisane. W tle trapezowy dach Domu Afrykańskiego, jednej z budowli wzniesionych na posesji. Na pierwszym planie kobieta. Do obiektywu zwrócona profilem. Ustawiona tak przez fotografa lub uchwycona przypadkiem w niezobowiązującym półobrocie. Jej sylwetka scala się ze ścianą domu w tle, staje się integralną częścią jego konstrukcji. Ramiona nietypowo wyprostowane, królewskie. Kobiety mają zwykle tendencję do kulenia barków, do uległego, opadającego obojczyka.
Pomyślałam: „Jest w tobie ktoś, kogo znam...”.
Zaczęłam szperać. Dość szybko odkryłam, że kobieta ze zdjęcia to Clementine Hunter, która przez niemal całe swoje życie pracowała na plantacji Melrose. Pracowała ciężko: najpierw na polach bawełny, później jako praczka, kucharka i sprzątaczka w „dużym domu”. Była już po pięćdziesiątce, gdy sprzątając pokój po którymś z plantacyjnych gości, przypadkiem natknęła się na kilka niewykończonych tubek farb olejnych i parę pędzli. Od tamtego momentu do swojej śmierci w 1988 r. namalowała ponad pięć tysięcy obrazów. Preferowała płótno, ale bez kozery malowała na wszystkim, co wpadło jej w ręce: na wazonach, roletach, abażurach, szkle, papierze pakowym, deskach, okiennicach, kartonach, a także na ścianach. To jej dziełem są wielkie malowidła ścienne, zdobiące wnętrze Domu Afrykańskiego.
Jej pierwsze obrazy da się łatwo rozpoznać po cienko nałożonej farbie, na dodatek rozcieńczonej terpentyną: farby były kosztowne, musiały starczyć na długo. Wkrótce jednak jej sztuką zainteresował się przebywający na plantacji kustosz, absolwent Sorbony i przybysz z Nowego Jorku, François Mignon. Z miejsca wręcz stał się wielkim miłośnikiem i wspomożycielem twórczości Clementine. Zaopatrywał ją w farby i pędzle i nieustannie zachęcał do malowania. Z czasem zaczął też promować i wystawiać jej dzieła. Podczas jednej z pierwszych wystaw Clementine nie została wpuszczona na salę z uwagi na swoją rasę: do środka mogła wejść dopiero po zakończeniu całego wydarzenia.
Obrazy Clementine mnie zaskakują. Mam mocne skojarzenie z egipskimi malowidłami ściennymi: brak perspektywy, silna schematyzacja postaci, ważne elementy większe, mniej ważne mniejsze. Fabuła w układzie liniowym, bez tajemnic i bez upływu czasu. Rolka filmu bez podziału na pojedyncze boksy zdjęć: jedna wielka, równoczesna akcja.
 |
| Wszystkie stadia pogrzebu przedstawione razem. Clementine malowała je wielokrotnie. Źródło |
Clementine była analfabetką, w ciągu całego swojego ponad stuletniego życia uczęszczała do szkoły tylko dwadzieścia dni. Jej obrazy to jednak wyjątkowo elokwentny dokument. Przedstawiają życie na plantacji, w małym wiejskim miasteczku, w pierwszej połowie XX wieku. Ręczne zbieranie bawełny, zwożenie jej z pola w wielkich białych stogach, suszenie ubrań na sznurze, gotowanie bielizny w kotle, warzenie syropu z trzciny cukrowej, łowienie ryb, polowanie na ptaki, układanie włosów. Śluby, chrzty i pogrzeby, przewijające się w jej twórczości w wielu różnych odsłonach. I cynie. Bukiet kolorowych cynii to chyba najbardziej rozpoznawalny motyw malarstwa Clementine. Internetowe reprodukcje przekłamują fakturę. Trzeba znaleźć zdjęcie o dobrej rozdzielczości i powiększyć tak, by zobaczyć maźnięcia farby, świetnie oddające aksamitne, mięsiste płatki kwiatu. Ale cynie powracają u Clementine wszędzie, nie tylko solo. Wielkie, kolorowe główki zapełniają na obrazach trawnik, wiszą na niebie jak osobliwe ciała niebieskie.
 |
| Zwózka bawełny do odziarniarki. Źródło |
Bohaterowie jej obrazów są czarni. Wszyscy. Czarni są robotnicy i czarni są nadzorcy. Czarny jest Chrystus wiszący na białym krzyżu. Biała przepaska na biodrach Zbawiciela zlewa się z białym krzyżem i przełamuje Jego czarne ciało na pół. Czarni są Józef i Maria uciekający do Egiptu. Czarne jak smoła jest wnętrze stajenki. Czarni są anieli. Ich włosy są spiętrzone w wysoką kolumnę; przypominają wymyślną perukę z popiersia Nefretete. Skrzydła natomiast są zwykle białe; nadają aniołom wygląd wielkich mew. Albo owadów. Syn znajomych właścicieli plantacji, Whitfield Jack Jr., opowiada, jak raz Clementine obiecała mu: „Włożę cię do obrazu”. „I tak zrobiła” - wspomina. - „Namalowała mnie czarnego, tak jak całą resztę”.
Clementine mówiła, że łatwiej jest zbierać bawełnę z pól niż malować obrazy. Była bardzo dumna z faktu, że w jeden dzień potrafiła zebrać ponad sto kilogramów - umiejętność, której, jak wspominała, nauczyła się od ojca. W dzień narodzin jednego ze swoich dzieci zdążyła jeszcze rano zebrać trzydzieści pięć kilogramów bawełny, zanim wróciła do domu i wezwała położną. Całe życie mieszkała na luizjańskiej wsi, a jej pierwszym językiem był kreolski francuski; dopiero jej drugi mąż nauczył ją mówić po angielsku.
Pod koniec życia, gdy jej sława zaczęła obiegać Amerykę, a ceny jej obrazów sięgały kilku tysięcy dolarów, została zaproszona do Białego Domu przez ówczesnego prezydenta, Jimmy’ego Cartera. Clementine była już w podeszłym wieku, więc prezydent zaoferował, że wyśle po nią prywatny samolot. Clementine oświadczyła jednak: „Jak prezydent chce mnie zobaczyć, wie przecież, gdzie mieszkam”.
Została pochowana obok François Mignona, który przez lata stał się jednym z jej najbliższych przyjaciół. Miejsce w okazałym, nadziemnym mauzoleum (w nowoorleańskim stylu) wybrali i kupili razem. Clementine zakupiła też na zapas trumnę i pokryła ją swoimi aniołami.
 |
| Ślub, czyli kolejny motyw powtarzający się na wielu obrazach Clementine. Jak widać, robota w tle trwa nadal: nic nie staje w miejscu. Źródło |
***
Korzystałam z wieeeeeelu różnych źródeł internetowych i z każdego wyłuskiwałam inny szczegół. Sporo materiałów znajduje się na
stronie poświęconej twórczości Clementine, a także na innych portalach krajoznawczych i artystycznych: knowla.org, artesian-art.org, rawvision.com, preservationnation.org i in. Polecam także zdjęcia ze strony
plantacji Melrose.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz