Opowieści na temat początków Margarity jest sporo, ale mnie najbardziej podoba się stosunkowo późna wersja, która przypisuje powstanie drinka meksykańskiemu barmanowi o imieniu Pancho Morales. Przez ponad dwadzieścia lat Morales pracował za ladą baru w Ciudad Juárez, które razem z teksaskim El Paso tworzy jedną z największych transgranicznych metropolii na kontynencie. Juárez za czasów drugiej wojny światowej pełne było żołnierzy z teksaskiego Fortu Bliss i przedstawicieli Hemingwayowskiego „straconego pokolenia”. Pewnego wieczoru klientka poprosiła barmana o Magnolię. Morales nie wiedział dokładnie, o jakiego drinka chodzi, kołatało mu się jedynie, że Magnolia zawierała cointreau i jakiś sok owocowy. Aby nie stracić twarzy, przyrządził więc drinka z tequilą i, zainspirowany klasycznymi dodatkami do tego trunku, dodał sok z limonki i sól. Klientce zasmakowało, choć zauważyła: „To przecież nie jest Magnolia!”. „Ach, Magnolia!” - zreflektował się niby Morales. - „Myślałem, że chodziło pani o Margaritę”. Bo po hiszpańsku „margarita” to stokrotka, czyli obie nazwy są nazwami kwiatów. Łatwo więc o pomyłkę, prawda?
Choć historyjka Moralesa ma w sobie pewien lingwistyczny czar, to rozum podpowiada mi, że słuszna jest teoria mniej narratorska, a bardziej logiczna (i przede wszystkim wcześniejsza): Margarita to meksykańska wersja amerykańskiego drinka Daisy, bazującego na bourbonie. Podczas prohibicji Amerykanie zaczęli skrycie uzupełniać deficyt alkoholowy za granicą, u swojego południowego sąsiada, i tak miejsce rodzimego bourbona zajęła tequila. W każdym razie już po wojnie amerykański importer tequili Jose Cuervo reklamował ją sloganem: „Margarita: więcej niż imię dziewczyny”. Podejście to miało złagodnić wizerunek tequili jako hardcorowego alkoholu dla nieczułych macho. (Udało się. Jose Cuervo do teraz pozostaje na rynku numerem jeden).
W tym miejscu, po zarysie historycznym, zwykle zaczynam dawać rady praktyczne, ale teksaskie praktyki są w odniesieniu do Margarity tak mi obce, że trudno cokolwiek tu radzić. Powiem więc tak: na co trzeba koniecznie zwrócić uwagę, względnie zrobić sobie przy tym zdjęcie dla potomnych?
Przede wszystkim: na maszyny do margarity. Są maszyny do kawy, herbaty i napojów gazowanych, czemu więc nie do Margarity? Pierwszą wynalazł - jakby nie było - Teksańczyk, mieszkaniec Dallas, Mariano Martinez, który nie mógł sobie poradzić z popytem na Margarity w swojej restauracji: ręczne mieszanie było zbyt wolne. Zdesperowany Mariano zainspirował się maszyną do mrożonych napojów gazowanych, zwanych w Stanach slurpees (od slurp, siorbania, bo siorba się niezawodnie, gdy pije się półzamrożoną, półtopniejącą breję. Brrr). Maszyny te to po prostu potężne zbiorniki wyposażone w mieszadła i funkcję chłodzącą. Wsypuje się do nich składniki w odpowiednich proporcjach i voila: wystarczy nalewać. Maszynę Martineza uznano za tak ważkie osiągnięcie, że jej pierwszy egzemplarz przechowywany jest w Smithsonian National Museum of History. Urządzenie (o wdzięcznej nazwie „Margarita Man”) można sobie również wynająć na prywatną imprezę. „Mężczyzna” dostępny jest w kilku różnych rozmiarach (sic!).
Kolejna rzecz: gotowe mieszanki do przyrządzania margarity. Dostępne w supermarketach i produkowane przez wiele różnych marek. W założeniu wystarczy do nich dodać jedynie tequilę. Absolutny bestseller, bo przecież żmudne wyciskanie limonek to robota ponad ludzkie siły. Poza tym, na zdrowy chłopski rozum, po co wykosztowywać się i na tequilę, i na cointreau, jeśli to ostatnie z powodzeniem można zastąpić syntetycznym koncentratem soku pomarańczowego? Czytanie etykietek tych mieszanek to zajęcie z pogranicza głupawki i histerii. Jedna z popularniejszych marek, Margaritaville, nie zawiera, o dziwo, ani grama jakiegokolwiek soku, kilka innych oprócz koncentratów, konserwantów i barwników zawierają skrobię kukurydzianą i aromaty szlachetnych trunków, a nawet roztwór wina (??); wszystkie oczywiście na jednym z pierwszych miejsc mają substancję słodzącą. Jak to w Stanach, poczesne miejsce, zajmują mieszanki z ograniczoną (lub zerową) zawartością kalorii; smakują jak eksperyment początkującego chemika. (Ogólny konsensus jest taki, że mieszanki do Margarity przypominają key lime pie w płynie; jeśli nam nie podejdą, można więc śmiało dodać je do masy sernikowej albo rozcieńczyć z żelatyną i zrobić zieloną galaretkę „o smaku Margarity”, a nawet zamrozić w pojemnikach po jogurcie jako domowe lody dla dzieci - nie, ja tego wcale nie zmyślam).
Krewni i znajomi Margarity. Najwyraźniej Teksańczycy wychodzą z założenia, że do ichniej „Margarity” można bezkarnie dodawać praktycznie każdy owoc: mango, truskawki, maliny, arbuzy, brzoskwinie, etc. Szczytem była jednak dla mnie (bardzo popularna) Coronarita, czyli wielka Margarita, którą podaje się - efektownie - z butelką Corony przewróconą w pucharze do góry dnem. W internecie znalazłam również kilka innych piwnych propozycji przyrządzenia imprezowej „Margarity”: po jednej części tequili, piwa, lemoniady i wody. (Ayayay... biedny Pancho przewraca się w grobie). Koncern Budweiser wypuścił nawet niedawno kilka piw o smaku Margarity... szczęściem dla wszystkich, edycja okazała się limitowana.
Teraz kilka rad na poważnie:
Margarita tylko z solą. ¡Margarita sin sal es como amor sin besitos! (Margarita bez soli jest jak miłość bez pocałunków!).
Sól z brzegu kieliszka zjadamy równomiernie, podczas sączenia drinka ustnie. Żadnych słomek!
Sombrero opcjonalne, za to muzyka mariachis, Chavela Vargas albo chociażby jazz afro-kubański w tle: jak najbardziej wskazane. (Wspominam sombrero, bo sączenie neonowej, przesłodzonej Margarity, w tym kapeluszu, to w pojęciu Amerykanów świetny sposób na obchodzenie Cinco de Mayo: cokolwiek to święto oznacza. Pisałam o nim tutaj).
Alternatywą dla salsy jest teksaska specjalność, nazywana kartaczami, torpedami albo jajkami grzechotnika. Chodzi o papryczki jalapeños nadziewane serem i smażone w głębokim tłuszczu. Tylko dla odważnych. Ale w końcu jesteśmy w Teksasie. Sam ten fakt zakłada pewne męstwo.
***
Polecam sympatyczne artykuły Texas Monthly (jak również całe to czasopismo, które inspiruje mnie co miesiąc):
Texas Monthly prowadzi również własną, arcyciekawą Encyklopedię Texanicę.



Margaritowego smaka mi zrobiłaś. Jeszcze na studiach znajomy Meksykanin usilnie mnie przekonywał, że (prawdziwą!) tequilę można pić bezkarnie bez strachu o "syndrom dnia następnego". Widać tamta prawdziwą nie była :)
OdpowiedzUsuńCiekawe są te historię powstawania poszczególnych drinków. Chociaż właśnie tak jak piszesz teraz istnieje tyle dziwnych wariantów (np mojito w puszce obok coca-coli), że tak naprawdę ciężko stwierdzić czy mamy szczęście próbować klasycznej wersji napoju czy też nie :) Pozdrawiam ciepło :)
Kurcze wiedziałam, że coś nie gra w moim komentarzu. Oczywiście chodziło o "syndrom dnia poprzedniego" :D
Usuń