M jak Margarita

wtorek, 26 stycznia 2016

Kolejny wpis, który pół roku spędził w twórczym inkubatorze i dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Zwłokę należy tym razem przypisać prawdopodobnie temu, że z Margaritami mam wybitnie nie po drodze, jak i z całą resztą przesłodzonych napojów - i alkoholowych, i dziewiczych. Dobra (czyt. klasyczna) Margarita nie jest zła, ale, jak podsumował ironicznie magazyn Texas Monthly, „zbyt często to, co podaje się jako Margaritę, wygląda jak slurpee, smakuje jak lemoniada i uderza do głowy mniej więcej tak samo, jak poncz na baptystycznym weselu”. (Porównanie środowiskowe. Powszechne na amerykańskim Południu ugrupowanie protestanckie Southern Baptists uchodzi za bardzo konserwatywne w sprawach obyczajowych, więc siła uderzeniowa ponczu na kościelnym przyjęciu byłaby - jeśli to możliwe - wręcz ujemna).

Neonowe kolory tego drinka podawane w fastfoodach typu Taco Cabana, Chuy’s albo Chacho’s również dają wiele do myślenia, bo jakim cudem uzyskuje się tak fluorescencyjną zieleń z mieszanki tequili, cointreau i wyciśniętej limonki? I jakim cudem można za Margaritę zapłacić niewiele ponad dolara w ramach rozmaitych teksaskich happy hours? Tak, Margarita uchodzi za nieoficjalny drink Teksasu, ale gdzieś po drodze z mocnego drinka (oryginalny przepis jest, jakby nie było, wręcz spartański) stała się tak popularna, że aż jej to zaszkodziło. Na szczęście są miejsca, które powracają do źródeł i tworzą własne, interesujące warianty tego szlachetnego drinka. Zacznijmy jednak od początku...

Opowieści na temat początków Margarity jest sporo, ale mnie najbardziej podoba się stosunkowo późna wersja, która przypisuje powstanie drinka meksykańskiemu barmanowi o imieniu Pancho Morales. Przez ponad dwadzieścia lat Morales pracował za ladą baru w Ciudad Juárez, które razem z teksaskim El Paso tworzy jedną z największych transgranicznych metropolii na kontynencie. Juárez za czasów drugiej wojny światowej pełne było żołnierzy z teksaskiego Fortu Bliss i przedstawicieli Hemingwayowskiego „straconego pokolenia”. Pewnego wieczoru klientka poprosiła barmana o Magnolię. Morales nie wiedział dokładnie, o jakiego drinka chodzi, kołatało mu się jedynie, że Magnolia zawierała cointreau i jakiś sok owocowy. Aby nie stracić twarzy, przyrządził więc drinka z tequilą i, zainspirowany klasycznymi dodatkami do tego trunku, dodał sok z limonki i sól. Klientce zasmakowało, choć zauważyła: „To przecież nie jest Magnolia!”. „Ach, Magnolia!” - zreflektował się niby Morales. - „Myślałem, że chodziło pani o Margaritę”. Bo po hiszpańsku „margarita” to stokrotka, czyli obie nazwy są nazwami kwiatów. Łatwo więc o pomyłkę, prawda?


Choć historyjka Moralesa ma w sobie pewien lingwistyczny czar, to rozum podpowiada mi, że słuszna jest teoria mniej narratorska, a bardziej logiczna (i przede wszystkim wcześniejsza): Margarita to meksykańska wersja amerykańskiego drinka Daisy, bazującego na bourbonie. Podczas prohibicji Amerykanie zaczęli skrycie uzupełniać deficyt alkoholowy za granicą, u swojego południowego sąsiada, i tak miejsce rodzimego bourbona zajęła tequila. W każdym razie już po wojnie amerykański importer tequili Jose Cuervo reklamował ją sloganem: „Margarita: więcej niż imię dziewczyny”. Podejście to miało złagodnić wizerunek tequili jako hardcorowego alkoholu dla nieczułych macho. (Udało się. Jose Cuervo do teraz pozostaje na rynku numerem jeden).

W tym miejscu, po zarysie historycznym, zwykle zaczynam dawać rady praktyczne, ale teksaskie praktyki są w odniesieniu do Margarity tak mi obce, że trudno cokolwiek tu radzić. Powiem więc tak: na co trzeba koniecznie zwrócić uwagę, względnie zrobić sobie przy tym zdjęcie dla potomnych?

Przede wszystkim: na maszyny do margarity. Są maszyny do kawy, herbaty i napojów gazowanych, czemu więc nie do Margarity? Pierwszą wynalazł - jakby nie było - Teksańczyk, mieszkaniec Dallas, Mariano Martinez, który nie mógł sobie poradzić z popytem na Margarity w swojej restauracji: ręczne mieszanie było zbyt wolne. Zdesperowany Mariano zainspirował się maszyną do mrożonych napojów gazowanych, zwanych w Stanach slurpees (od slurp, siorbania, bo siorba się niezawodnie, gdy pije się półzamrożoną, półtopniejącą breję. Brrr). Maszyny te to po prostu potężne zbiorniki wyposażone w mieszadła i funkcję chłodzącą. Wsypuje się do nich składniki w odpowiednich proporcjach i voila: wystarczy nalewać. Maszynę Martineza uznano za tak ważkie osiągnięcie, że jej pierwszy egzemplarz przechowywany jest w Smithsonian National Museum of History. Urządzenie (o wdzięcznej nazwie „Margarita Man”) można sobie również wynająć na prywatną imprezę. „Mężczyzna” dostępny jest w kilku różnych rozmiarach (sic!).

Kolejna rzecz: gotowe mieszanki do przyrządzania margarity. Dostępne w supermarketach i produkowane przez wiele różnych marek. W założeniu wystarczy do nich dodać jedynie tequilę. Absolutny bestseller, bo przecież żmudne wyciskanie limonek to robota ponad ludzkie siły. Poza tym, na zdrowy chłopski rozum, po co wykosztowywać się i na tequilę, i na cointreau, jeśli to ostatnie z powodzeniem można zastąpić syntetycznym koncentratem soku pomarańczowego? Czytanie etykietek tych mieszanek to zajęcie z pogranicza głupawki i histerii. Jedna z popularniejszych marek, Margaritaville, nie zawiera, o dziwo, ani grama jakiegokolwiek soku, kilka innych oprócz koncentratów, konserwantów i barwników zawierają skrobię kukurydzianą i aromaty szlachetnych trunków, a nawet roztwór wina (??); wszystkie oczywiście na jednym z pierwszych miejsc mają substancję słodzącą. Jak to w Stanach, poczesne miejsce, zajmują mieszanki z ograniczoną (lub zerową) zawartością kalorii; smakują jak eksperyment początkującego chemika. (Ogólny konsensus jest taki, że mieszanki do Margarity przypominają key lime pie w płynie; jeśli nam nie podejdą, można więc śmiało dodać je do masy sernikowej albo rozcieńczyć z żelatyną i zrobić zieloną galaretkę „o smaku Margarity”, a nawet zamrozić w pojemnikach po jogurcie jako domowe lody dla dzieci - nie, ja tego wcale nie zmyślam).

Krewni i znajomi Margarity. Najwyraźniej Teksańczycy wychodzą z założenia, że do ichniej „Margarity” można bezkarnie dodawać praktycznie każdy owoc: mango, truskawki, maliny, arbuzy, brzoskwinie, etc. Szczytem była jednak dla mnie (bardzo popularna) Coronarita, czyli wielka Margarita, którą podaje się - efektownie - z butelką Corony przewróconą w pucharze do góry dnem. W internecie znalazłam również kilka innych piwnych propozycji przyrządzenia imprezowej „Margarity”: po jednej części tequili, piwa, lemoniady i wody. (Ayayay... biedny Pancho przewraca się w grobie). Koncern Budweiser wypuścił nawet niedawno kilka piw o smaku Margarity... szczęściem dla wszystkich, edycja okazała się limitowana.

Teraz kilka rad na poważnie:

Margarita tylko z solą. ¡Margarita sin sal es como amor sin besitos! (Margarita bez soli jest jak miłość bez pocałunków!).

Sól z brzegu kieliszka zjadamy równomiernie, podczas sączenia drinka ustnie. Żadnych słomek!

Sombrero opcjonalne, za to muzyka mariachis, Chavela Vargas albo chociażby jazz afro-kubański w tle: jak najbardziej wskazane. (Wspominam sombrero, bo sączenie neonowej, przesłodzonej Margarity, w tym kapeluszu, to w pojęciu Amerykanów świetny sposób na obchodzenie Cinco de Mayo: cokolwiek to święto oznacza. Pisałam o nim tutaj).

Tu chyba Mojito, aczkolwiek do Margarity też czasem dodaje się mięty. Więc kto wie. Miska śmietany dla złagodzenia ostrości salsy (niegłupi pomysł, bo nawet najbardziej odporny czasem się zatchnie w rozmowie)
Margarita koniecznie do pikantnych (i treściwych) przekąsek kuchni Tex-Mex (złota zasada brzmi, że im bliżej granicy, tym bardziej Mex). Moje ulubione to flautas, smażona miniwersja tacos, oczywiście z górą dobrej guacamoli (którą, nota bene, chciałabym podawać sobie dożylnie. Jestem uzależniona). Przy braku inwencji nada się miska czipsów typu tortilla (kukurydzianych, proszę) i wielki kontener dobrej salsy, którą złupiliśmy z jakiejś przydrożnej meksykańskiej cantiny, względnie wyszperaliśmy w supermarkecie i zaprawiliśmy dodatkowo ostrym sosem Tapatío. Oczywiście, fajnie jest poeksperymentować i zrobić coś samemu, blendując niezbyt drobno kilka gatunków papryczek, świeżą kolendrę, cebulę, pomidora i może krążek czy dwa świeżego ananasa. Jeśli pierwszy raz zabieracie się za przyrządzanie jalapeños, to uwaga: opary mogą być mocno drażniące dla śluzówek, więc aby uniknąć ataku kaszlu i łzawienia oczu, najlepiej przygotowywać wszystko przy otwartym oknie albo chociażby dobrym wywietrzniku. Wrażliwcy zakładają gumowe rękawiczki podczas krojenia.

Alternatywą dla salsy jest teksaska specjalność, nazywana kartaczami, torpedami albo jajkami grzechotnika. Chodzi o papryczki jalapeños nadziewane serem i smażone w głębokim tłuszczu. Tylko dla odważnych. Ale w końcu jesteśmy w Teksasie. Sam ten fakt zakłada pewne męstwo.

***

Polecam sympatyczne artykuły Texas Monthly (jak również całe to czasopismo, które inspiruje mnie co miesiąc):
Texas Monthly prowadzi również własną, arcyciekawą Encyklopedię Texanicę.
Share /

2 komentarze

  1. Margaritowego smaka mi zrobiłaś. Jeszcze na studiach znajomy Meksykanin usilnie mnie przekonywał, że (prawdziwą!) tequilę można pić bezkarnie bez strachu o "syndrom dnia następnego". Widać tamta prawdziwą nie była :)
    Ciekawe są te historię powstawania poszczególnych drinków. Chociaż właśnie tak jak piszesz teraz istnieje tyle dziwnych wariantów (np mojito w puszce obok coca-coli), że tak naprawdę ciężko stwierdzić czy mamy szczęście próbować klasycznej wersji napoju czy też nie :) Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze wiedziałam, że coś nie gra w moim komentarzu. Oczywiście chodziło o "syndrom dnia poprzedniego" :D

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo