A ja sobie myślę, tak jak Miłosz, że innego końca świata nie będzie. Dla tych, którym bliska jest teocentryczna wizja wszechświata: Chrystus przyjdzie ponownie i zobaczy go wszelkie oko, jak zapowiada Dobra Księga; na facebooku i reddicie obejrzą Jego przyjście, ale lajków i Oscarów nie zbierze: za mało fanfaronady, za mało księżycowego chodu i epatowania kroczem, a i zaprowadzana sprawiedliwość wyda się wielu, podejrzewam, mało efektowna i mało rozbestwiona. Za dużo wyważonego andante, za mało gwiazdorskiego Hollywoodu. Świat dobiegnie końca mimochodem, naturalnie, jak kłębek wełny, który rozwija się niepostrzeżenie w jedną długą nić. Ostatni kolec wpasuje się w ułożony z góry wzór - ot i wszystko. Przyjdzie kolej na inne twórcze projekty.
Poniższy mit opowiadają Siuksowie z Południowej Dakoty.
***
Losy świata rozstrzygają się wcale nie hen na wysokich szczeblach władzy, ale w zacisznej małej pieczarze, ukrytej w zakamarkach skał tam, gdzie preria przechodzi w głębokie, zerodowane wąwozy i fantazyjne formacje, a nieprzyjazny suchy wiatr rzuca w twarz miałki czerwonawy pył. To znak, że zapuściliśmy się w południowodakockie Badlands, czyli w języku Lakota: Maka Sicha, Złą Ziemię. Pieczary nie odkrył, jak dotąd, żaden śmiertelnik. Mieszka w niej stara kobieta o twarzy ściągniętej i pomarszczonej jak wyschnięty włoski orzech. Ubrana jest wytwornie, w starannie garbowane skóry bizonie, tak jak ubierano się na tych ziemiach dawniej, zanim jeszcze dotarł na nie biały człowiek ze swoją bawełną i poliestrem.
Staruszka siedzi sobie przy ogniu kopcącym siarczyście na strop pieczary. Przy świetle płomieni ozdabia pelerynę z bizoniej skóry, która będzie idealnym dopełnieniem jej wytwornego stroju. Z kolców jeżozwierza wyszywa na niej skomplikowany wzór, bo tak właśnie ozdabiano w tych stronach szaty, zanim jeszcze dotarł w te okolice biały człowiek ze swoimi paciorkami ze szkła. Zęby starej kobiety są sprasowane do dziąseł od miażdżenia kolców na płasko. Bo stara kobieta jest bardzo stara. Ma tysiąc lat, a może nawet i więcej. To ona roznieciła ogień na palenisku w jaskini, i tak pali się on już tysiąc lat, a może nawet i dłużej. Stara kobieta czuwa nad ogniem: nie pozwala mu zagasnąć.
U stóp starej kobiety waruje wiernie wielki czarny pies. Jest jej nieodstępnym towarzyszem, ale skrycie sprzyja człowiekowi i światu. Nad paleniskiem natomiast wisi wielki gliniany gar, dokładnie taki sam jak te, których używano w tych stronach dawniej, zanim jeszcze dotarł w te okolice biały człowiek ze swoim niezniszczalnym żelazem. W glinianym garze przelewa się gęsta zupa z jagód: słodka, zawiesista i czerwona. Gotuje się nad paleniskiem od bardzo dawna, może od tysiąca lat, i apetycznie bulgoce.
Od czasu do czasu stara kobieta wstaje czujnie ze swego miejsca i miesza zupę wielką łychą, żeby nie przywarła. Gdy tylko stara zostawia na chwilę swoją pelerynę, jej czarne psisko natychmiast pruje dotychczas wykonaną robotę. Dzięki temu stara nie posuwa się ze swoim wzorem zbyt szybko, ot, byle aby, pół piaseczka na jakiś czas. Jej peleryna pozostaje zatem wciąż nie skończona.
Stara jest jednak wytrwała i dokładna. Wcale niestraszne jej zaczynanie od nowa, bo ma przecież dużo czasu. Przeżyła tysiąc lat i z łatwością przeżyje drugie tyle, i trzecie, i czwarte: tyle, ile będzie trzeba. A kiedy dopnie wreszcie swego i wszyje ostatni sprężysty kolec na jego miejsce w powstającym wzorze, końca dobiegnie także i świat.
***
Opowiadanie nie jest tłumaczeniem, a jedynie moją wersją mitu zawartego w: Erdoes, Richard - Alfonso Ortiz (red). 1984. American Indian Myths and Legends. New York: Random House, „The End of the World”, ss. 485-6.
Zdjęcia Badlands i żony Wolnego Byka są autorstwa Edwarda S. Curtisa, 1908. Zaczerpnięte z trzeciego tomu The North American Indian p.t. „The Teton Sioux. The Yanktonai. The Assiniboin”. Cambridge, MA: The University Press.
Cyfrowe kopie oryginalnych fotograwiur: Nortwestern University Library, Edward S. Curtis’s The North American Indian, 2003. Zdjęcia Curtisa można było już podziwiać na moim blogu przy okazji indywidualistów idących do nieba i relacji z Albuquerque.

Pełen dziwnej dumy jest dzisiejszy człowiek, myśląc, że jest na tyle wyjątkowy, że za jego życia nastąpi koniec świata. I rzeczywiście królują katastroficzne wizje pękniętej na pół planety i najazdu złych "obcych" ( bo przecież "obcy" na pewno będą źli i będą mieli zwyczaj, bardzo ludzki, zabijania wszystkiego co nowe i nieznane).
OdpowiedzUsuńTeż jestem zdania, że innego końca świata nie będzie. A ten, kiedyś, skończy się, podobnie jak się zaczął, w słodkiej, pustej ciszy wszechświata. Pozdrawiam Cię ciepło i słonecznie :))
U nas w Polsce chroniczny brak słońca, więc chłonę słoneczne pozdrowienia :) To prawda, co drugi film hollywoodzki prezentuje nam mrożące krew w żyłach wizje końca... to się już robi nudnawe...
UsuńNie chciałabym jednak być świadkiem momentu, w którym psu staruszki zejdzie się ze starości, a ona swymi upartymi, pracowitymi, pomarszczonymi ze starości paluszkami wydzierga w końcu ostatni fragment peleryny, okryje się nią i stwierdzi:
OdpowiedzUsuń"It's over"...
To mi przypomina opowieść o starcu, który każdego roku wdrapuje się na najwyższy szczyt Ziemi i sciera jego koniec jedwabną chustą...Może powrócę do bloga i opowiem o tym? Fajny wpis Karolino.
OdpowiedzUsuń