Ślub był huczny. Matka pana młodego wydała na ten szczytny cel wszystkie swoje skromne oszczędności i kilka przyszłych rent, żeby nie stracić twarzy. Wesele wyprawiono w małym miasteczku niedaleko San Antonio, o egzotycznej niemieckiej nazwie. W XIX wieku osiedlali się w tych stronach emigranci, a teraz urokliwa architektura zaspanych zabudowań nakręca biznes turystyczny: w małych drewnianych domkach otwierają się hipsterskie hotele, butiki, ekskluzywne spożywczaki z miodem, mydłem i olejami lokalnej produkcji, restauracje, a także sklepy z antykami i różnorodnym artystycznym fiu-bździu. Większość tych przedsiębiorstw otwiera podwoje jedynie w sezonie turystycznym, bo Amerykanie tradycyjnie bardzo się starają, aby ich święte prawa wolnego rynku chroniły rozwój tylko wielkich korporacji; zwiedzanie małych przedsiębiorstw staje się więc coraz częściej li i jedynie atrakcją dla znudzonych wielkimi markami turystów.
Pastor, który udzielał młodym ślubu, był prostolinijnym człowiekiem. Gdy oboje złożyli już przysięgi i wymienili obrączki, pastor zwrócił się do pana młodego, po imieniu, bo znał go od dziecka: „Czy wiesz, głupcze, coś ty dobrego zrobił? Obiecałeś spędzić z tą tu kobietą resztę swojego życia. Na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, dostatku i biedzie, z pracą i na bezrobociu. Dobrze się czujesz? Bo nikt przy zdrowych zmysłach takiej decyzji nie podejmuje. Niech cię Bóg strzeże!”. I zamknął go w mocnym, serdecznym uścisku.
Pod koniec wesela matka panny młodej powiedziała matce pana młodego ściszonym głosem: „Jeśli ten związek nie wypali, zwróćcie nam Sylvię w jednym kawałku”.
Zaczęło się niewinnie, kilka tygodni po ślubie. Nie, zaczęło się jeszcze przed ślubem, tylko że człowiek potrafi być w tych sprawach ciężko kapujący: niby zauważa, niby słyszy, niby sapiens, ale potrząsa głową z rozbawieniem nad własną podejrzliwością i brnie dalej, ślepy, głuchy, nieświadomy jak owca za świetnie wytrenowanym judaszem. Ciężki dzień w pracy, to dlatego te drinki tak znikają. Merlot był wyjątkowo dobry, czemu właściwie nie zamówić drugiej butelki, i jeszcze jednej, do wzięcia do domu? Nic w tym przecież złego. Sylvia pracowała w wielkim koncernie farmaceutycznym, atmosfera korporacji potrafi być stresująca. Często, kiedy Derek zjawiał się w restauracji, gdzie umówili się na późną kolację, ona czekała już na niego przy barze z trójkątną szklaneczką w ręku, odprężona i uśmiechnięta. Ale to przecież normalne, nie sposób wszędzie węszyć zła. Nie sposób wierzyć, że wylosowaliśmy ten najgorszy scenariusz, zwłaszcza gdy wreszcie wszystko układało się tak dobrze.
Zaczęło się więc niewinnie: zaczęła migotać w mózgu jakaś lampka, że coś dzieje się za często, że czegoś jest za dużo. Później w niedbale rzuconej na stolik skórzanej torebce grzechotnęła mała pusta buteleczka, taka na dwa-trzy hausty, z gatunku tych, które można dostać za dolara przy kasie w supermarkecie. Zaczął zwracać uwagę na butelki wina stojące w kuchni na żeliwnym stojaku i uświadomił sobie, że ich etykietki regularnie się zmieniają, a na żadnej z nich nie osiada kurz. Zaczął przyglądać się Sylvii podczas wizyt u znajomych i rodziny, na imprezach, w restauracjach. Od pierwszego wspólnego spotkania ledwo mógł oderwać od niej wzrok, ale dopiero teraz zaczął się jej przyglądać naprawdę, chłodno i nieprzychylnie: oceniać rozmowność, wybuchy śmiechu, delikatne zaróżowienie policzków, zamazaną mowę, szklisty wzrok. To, co kiedyś było białym szumem, nagle zaczęło grać pierwsze skrzypce: te diabelskie, z trzewiami zamiast strun.
Wiedział, że powinien z nią porozmawiać, jak dorosły, odpowiedzialny człowiek. Wiedział - i nie mógł. A raczej: nie chciał. Nie takich rozmów się spodziewał podczas pierwszego roku swojego małżeństwa. Łudził się, że Sylvia ma mocną głowę. Gardził sobą za te podejrzenia i śledztwo. A ona chyba wyczuwała jego czujność i nieufność i jak na przekór zachowywała się coraz bardziej nieobliczalnie. W torbie, którą zabierała na siłownię, znalazł wino w kartoniku. Kilka razy, po dłuższym dniu w pracy, przyszła do domu cicha i pijana. W innych okolicznościach być może nawet by tego nie zauważył, uznałby, że jest zmęczona. Potem znalazł ją w łazience, chrapiącą na toalecie.
Kiedy wreszcie zaczęli o tym rozmawiać, nie była to ani gniewna konfrontacja, ani rzeczowa, spokojna rozmowa, której chciałby się spodziewać po sobie jako po dorosłym, odpowiedzialnym człowieku. Zaczęło się od sarkastycznych, z czasem coraz bardziej czytelnych uwag z jego strony. Tu szpila, tam szpila: mizernie zakamuflowany atak. Zaskoczeniem było to, że ona wcale się niczego nie wypierała. „Tak, wiem, że mam problem. Tak sobie ze wszystkim radzę. Każdy ma jakieś opium. Ty na przykład dużo pracujesz - za dużo. Nigdy nie ma cię w domu”. I obrona, i atak były żałośnie niewspółmierne. Raz podczas łzawego, zakrapianego alkoholem wieczoru opowiedziała mu o byłym partnerze, który ponoć ją zgwałcił. Ponoć, bo nie pamiętała dokładnie, co się stało, podejrzewała, że podrzucił jej tabletkę; na policję ani na pogotowie nie poszła, ze wstydu i niepewności. To wydarzyło się ponad dziesięć lat temu. Derek nie był w stanie stwierdzić, czy miała to być obrona, hipotetyczna przyczyna jej nałogu czy próba zaskarbienia sobie jego współczucia, bo tego miał coraz mniej. Historia przeraziła go, ale raczej z innego powodu: oznaczała, że nie chodzi tu o świeży problem, tylko o syfną, paskudzącą się latami sprawę, którą trudno będzie zagoić.
Niedługo potem znalazł Sylvię w łazience pijaną do nieprzytomności. Za pierwszym razem nie wiedział, co robić. W pierwszym odruchu serca chciał zanieść ją romantycznie do sypialni, ale skończyło się tak, że wlókł przez pół mieszkania bezwładne, śmierdzące ciało. Nie obudziła się. Za drugim razem już jej nie dotykał. Odwrócił się na pięcie, poszedł po telefon i zrobił jej zdjęcie: takiej rozhełstanej, jeszcze w szpilkach, leżącej na ziemi z lekko podwiniętą spódnicą żakietu, upadłej. Potem przeszukał mieszkanie. Kilka butelek znalazł w szafie, kilka na regale za książkami, jedną, pustą, w garażu. Wszystkim zrobił zdjęcie.
Z początku nie chciała nawet słyszeć o rozwodzie. Jesteś moim mężem - krzyczała. Pomóż mi. Obiecałeś, że nigdy mnie nie zostawisz. Na dobre i na złe, w chorobie i zdrowiu, w dostatku i w biedzie, w nałogu i w trzeźwości.
A jego nie było coraz bardziej. Brał dodatkowe zlecenia, wracał do domu w środku nocy i robił swoje zdjęcia. Systematycznie je drukował i wkładał do schludnej koszulki do wglądu sędziego. Ślub odbył się w czerwcu, rozwód - po długim impasie - w styczniu. Rok później Derek ożenił się ponownie; tym razem w Las Vegas: bez krewnych, bez przyjaciół, bez pompy i bez długów. Z nową żoną wychowuje kilkoro dzieci, jedno własne. O Sylvii nikt nic nie wie.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz