świat pełen espresso

niedziela, 1 listopada 2015

Ze Szwajcarii przyjechał brat, przywiózł urządzenie, które powinno stanowić niezbędny element wyposażenia każdej domowej apteczki: plastikowy lejek do robienia kawy przelewowej. Być może trudno w to uwierzyć, ale pierwszy miesiąc pobytu w Lublanie okazuje się miesiącem intensywnego kawowego głodu. Symptomy tłumione trochę licznymi stresami związanymi z obecnym projektem, ale w krótkich chwilach międzystresowego relaksu uderzają ze zdwojoną siłą. „Kave z mlekom” można dostać, owszem, i to w każdej praktycznie instytucji gastronomicznej, w rozsądnej cenie (plus minus) jednego euro; można dostać też americano i nieco lepszą dla mnie longo, ale kawy przelewowej, aka „filtrowej”, próżno szukać. Wszyscy piją malutkie espresso lub jakiś jego podejrzany wariant. Kto lubi, tego zysk. Kto nie lubi, ma odwyk. Jak ja. Espresso nie podnieca mnie zupełnie, w żadnej swojej odmianie. Wodniste, cienkie, mało aromatyczne, zwykle - ze względu na swój rozmiar - w okolicach trzeciego łyka już zimnawe; jakieś takie, brzydko powiem, niedopieprzone. O kawie niby przebąkuje, niby ją w tyle języka nadmienia, ale na dwuznacznym peep show się kończy: człowiek pozostaje niezaspokojony i z tym większą chcicą. Można oczywiście espresso i dwoić, i troić - smak zyskuje na ostrości, ale nie na głębi. Uderza w bebechy i już go nie ma, żałość nadal nieutulona.

Co za męka.

Lejek planowałam przywieźć ze sobą, bo zwykle wożę ze sobą takie niezbędniki. W walizce miałam jednak sporo innego dość kanciastego bagażu i bałam się, że lejek się połamie. Jest to jednak rzecz cenna, przepustka do uczciwej jakości szczęścia; w obecnych mało szczęśliwych czasach nie wolno takich ułatwień lekceważyć. Założyłam błędnie, że przecież znajdę podobny konstrukt w Lublanie. Nie przewidziałam, o zgrozo, świata pełnego espresso.

I choć brat ma, oczywiście, również inne walory, to powiem tak: pierwszego poranka po przyjeździe lejka wypiłam trzy kubki kawy, czyli niemal połowę opakowania kawy mielonej (rozmiar standardowy).

Filiżanka pełna żałości, kubek pełen szczęścia.


Share /

4 komentarze

  1. Ano, w tej części Europy to rzecz normalna :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, widzisz, w tej części Europy to mój pierwszy raz :) Jak dotąd kurs był raczej daleko na zachód. Teraz wiem, że bez lejka ani rusz!

      Usuń
  2. Pamiętam moje desperackie próby znalezienia dobrej kawy w (czeskiej) Pradze :( trafiała mi się tylko jakaś wodnista herbata o smaku kawy z mlekiem. Przytul brata i daj mu łyka, zasłużył sobie :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm... co ja robiłam w Pradze? Też miałam ten problem, pamiętam, ale ostatecznie gdzieś chyba coś godziwego znalazłam (i nie był to Starbucks, który w Pradze jest zapchany wręcz do absurdu...). Jakaś czeska sieciówka sprzedawała całkiem dobrą, nie przelewową co prawda, ale całkiem aromatyczną americano. Gdy sobie przypomnę, dam znać :) PS. Brat już wybył, ale na święta znowu będzie :) PPS. Dzięki, że jesteś i piszesz :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo