„On, zdaje się, już nie poluje tak często, jak kiedyś. Teraz głównie tropi. Jak się okaże, że zwierz jest mniejszy od tych, które ustrzelił wcześniej, to przestaje mu zależeć” - tak mi ktoś o Calebie powiedział.
W wielkim, pustym salonie, ze ścian patrzą na mnie jelenie, kozice i barany. Blisko dwadzieścia różnych zwierząt i gatunków. Ze zdziwieniem rozpoznaję dwa afrykańskie: brodatą owcę z długimi, półokrągłymi rogami, a także oryksa o niemal idealnie prostym porożu. Oba sztucznie rozpowszechnione na kontynencie amerykańskim. Za owcą chodził bardzo długo, zwierzak niebywale zwinny, płochliwy, wspina się na niemal pionową skałę. Ustrzelił ją w końcu, leżąc płasko na brzuchu i celując w dół urwiska. Mnóstwo czasu mu zajęło odnalezienie padłego zwierzęcia.
Caleb opowiada mi różne historie, jedna z nich brzmi tak:
„Byłem wtedy na północy Nowego Meksyku. Tropiłem jednego byka. Wielki był; jeśli myślisz, że ten tutaj jest spory, to przy tamtym wyglądał jak niedorostek. Lubię się tak zapuścić w niedostępy, trochę się tak rozmyślnie zgubić. Chodziłem za nim pięć dni, a okazja do strzału nie pojawiła się ani razu. Jelenie są niesamowicie płochliwe. Nawet składać się musisz w ukryciu, bo zauważą podejrzany ruch i już ich nie ma. Pamiętam kilka bardzo głupich sytuacji, kiedy na przykład przy naciąganiu w kucki, łuk zaczepił mi się o kolano. Jeleń spojrzał prosto na mnie, a ja znieruchomiałem. Jestem pewien, że parsknął sobie w duchu na to moje nierozgarnięcie. Łuku nie potrafi naciągnąć, a na mnie się porywa, litości.
Ale jak mówię, za tym jednym bykiem chodziłem bardzo długo, kilka dni. Byłem jak w transie. Szóstego dnia sam podchodzi mi pod lufę. Mam go na celowniku, jest mój. Już-już ściskam cyngiel. I wtedy w głowie zaczyna mi się matematyka. Pięć dni włóczenia się z pięćdziesięciokilogramowym plecakiem na plecach, to na start. Ile może ważyć mięso? Powiedzmy: dwa razy więcej, i to tylko pod warunkiem, że je porządnie oprawię, pozbędę się kości i wnętrzności. Resztki trzeba zakopać: dodatkowy czas i wysiłek. I powrót do cywilizacji z trzy razy większym ładunkiem, w trzy razy wolniejszym tempie. Nawet jeśli nie będę spał, powrót może mi zająć nawet dłużej niż te pięć dni. Jeśli wytrzymam.
Oderwałem wzrok od celownika, wysunąłem nabój z bębenka, żeby mnie nie kusiło. Bolało, naprawdę bolało. Stary jestem.
Teraz co sobotę chodzę biegać z synem moich sąsiadów. Mały ma dziesięć lat; niziutki jest, ale zawzięty, i ma krzepę. Myślę sobie, niech podrośnie, niech nabierze mięśni, to zacznę go zabierać ze sobą, żeby mi pomógł nosić zwierzynę”.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy
Prześlij komentarz