matematyka

piątek, 11 września 2015

„On, zdaje się, już nie poluje tak często, jak kiedyś. Teraz głównie tropi. Jak się okaże, że zwierz jest mniejszy od tych, które ustrzelił wcześniej, to przestaje mu zależeć” - tak mi ktoś o Calebie powiedział.

W wielkim, pustym salonie, ze ścian patrzą na mnie jelenie, kozice i barany. Blisko dwadzieścia różnych zwierząt i gatunków. Ze zdziwieniem rozpoznaję dwa afrykańskie: brodatą owcę z długimi, półokrągłymi rogami, a także oryksa o niemal idealnie prostym porożu. Oba sztucznie rozpowszechnione na kontynencie amerykańskim. Za owcą chodził bardzo długo, zwierzak niebywale zwinny, płochliwy, wspina się na niemal pionową skałę. Ustrzelił ją w końcu, leżąc płasko na brzuchu i celując w dół urwiska. Mnóstwo czasu mu zajęło odnalezienie padłego zwierzęcia.

Caleb opowiada mi różne historie, jedna z nich brzmi tak:

„Byłem wtedy na północy Nowego Meksyku. Tropiłem jednego byka. Wielki był; jeśli myślisz, że ten tutaj jest spory, to przy tamtym wyglądał jak niedorostek. Lubię się tak zapuścić w niedostępy, trochę się tak rozmyślnie zgubić. Chodziłem za nim pięć dni, a okazja do strzału nie pojawiła się ani razu. Jelenie są niesamowicie płochliwe. Nawet składać się musisz w ukryciu, bo zauważą podejrzany ruch i już ich nie ma. Pamiętam kilka bardzo głupich sytuacji, kiedy na przykład przy naciąganiu w kucki, łuk zaczepił mi się o kolano. Jeleń spojrzał prosto na mnie, a ja znieruchomiałem. Jestem pewien, że parsknął sobie w duchu na to moje nierozgarnięcie. Łuku nie potrafi naciągnąć, a na mnie się porywa, litości.

Ale jak mówię, za tym jednym bykiem chodziłem bardzo długo, kilka dni. Byłem jak w transie. Szóstego dnia sam podchodzi mi pod lufę. Mam go na celowniku, jest mój. Już-już ściskam cyngiel. I wtedy w głowie zaczyna mi się matematyka. Pięć dni włóczenia się z pięćdziesięciokilogramowym plecakiem na plecach, to na start. Ile może ważyć mięso? Powiedzmy: dwa razy więcej, i to tylko pod warunkiem, że je porządnie oprawię, pozbędę się kości i wnętrzności. Resztki trzeba zakopać: dodatkowy czas i wysiłek. I powrót do cywilizacji z trzy razy większym ładunkiem, w trzy razy wolniejszym tempie. Nawet jeśli nie będę spał, powrót może mi zająć nawet dłużej niż te pięć dni. Jeśli wytrzymam.

Oderwałem wzrok od celownika, wysunąłem nabój z bębenka, żeby mnie nie kusiło. Bolało, naprawdę bolało. Stary jestem.

Teraz co sobotę chodzę biegać z synem moich sąsiadów. Mały ma dziesięć lat; niziutki jest, ale zawzięty, i ma krzepę. Myślę sobie, niech podrośnie, niech nabierze mięśni, to zacznę go zabierać ze sobą, żeby mi pomógł nosić zwierzynę”.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo