Strasznie miło być na blogu ponownie. I ponownie pisać!!!
Tu moje notatki z pierwszych dni spędzonych w Nowym Meksyku.
Jest gorąco. Bardzo gorąco. Gorąco z tego paradoksalnego powodu, że w Nowym Meksyku wcale gorąco nie bywa. Wysokie temperatury, na jakie natrafiam podczas mojego pobytu w Albuquerque, są pewną anomalią. Trzydzieści stopni - można powiedzieć, co to dla mnie? W teksaskie lato normą jest ponad trzydzieści pięć, co w połączeniu z wysoką wilgotnością powietrza działa jak chloroform. Tylko że w Nowym Meksyku, w przeciwieństwie do Teksasu, niewielu mieszkańców inwestuje w centralny system chłodzący za kilkanaście tysięcy dolarów. Po co? Na te kilka dni w roku, gdy robi się naprawdę gorąco, wystarczy mały klimatyzator za dwie setki, który wstawia się w okno i cześć. Ba, u ciepłolubnych uciągnie nawet stary dobry wiatrak. Gdy tylko chowa się słońce, w Albuquerque robi się chłodno, choćby dzień był najgorętszy. Po co więc wydawać pieniądze?
Przyzwyczajona jestem do arktycznych, piętnastostopniowych temperatur panujących w teksaskich budynkach, więc gdy nowomeksykanie nie włączają w aucie żadnego nawiewu, natychmiast to zauważam. Siedzę, suszę zęby, staram się wywrzeć dobre wrażenie, a w rzeczywistości pocę się zawzięcie i z irytacją. Później okazuje się, że brak nawiewu to norma, nie wyjątek. Nawiew zasadniczo w samochodzie jest, ale poza hałasem za wiele nie robi. A kierowca też jakby nie wiedział, co z nim począć. W połowie rozmowy wyłącza, bo aparat głośno huczy i słów nie słychać. Nie pyta nawet, czy może, po prostu wyłącza. Teksańczycy, gdy tylko ładujesz się im do auta na tylne siedzenie, natychmiast pytają: „Masz powietrze?”. W sensie, czy dociera do ciebie nawiew. A tu nic.
Poza tym jest sucho. Pamiętam, jak raz w Nowym Orleanie przystanęłam na Jackson Square, by posłuchać starszego pana, który grał koncert na szklankach wypełnionych wodą. Wyjaśniał mi szczegółowo, jak przebiega proces strojenia. Zapytałam: „Ale przecież woda paruje i dźwięk się zmienia. Jak sobie pan z tym radzi?”. Odpowiedział:
„Pani, tu w Nowym Orleanie jest tak duża wilgotność, że jedno strojenie wystarczy na kilka godzin. Nie ubywa ani milimetra. Ale kiedy dawałem koncert w Phoenix w Arizonie, musiałem stroić co utwór. Woda znikała w oczach”.Nowy Meksyk dzieli granicę z Arizoną; wilgotność jest minimalna. Roczne opady niziutkie, raptem 240 mm: dwa razy mniej niż w Wawie, pięć razy mniej niż w Houston. Wieczorem, przed pójściem spać, nakładam na włosy przyzwoitą porcję odżywki, a potem łyżkę oleju sezamowego. W skalp wmasowuję nawilżacz. Rano włosy są suche, suchutkie. Na dodatek smętne i wygłodzone, jakbym niczym ich nie nakarmiła. W lustrze widzę ponadto, jak wymiętemu porannie człowiekowi łuszczy się delikatnie skóra i skalp. Mimo pewnej bezradności odczuwam na ten widok potężne rozbawienie. Bawi mnie chyba to stoickie mocowanie się na rękę z naturą. Ja tu nawilżam, jak mogę, a skóra śluuuurp: i już za chwilę chce więcej.
Przez pierwszy tydzień noce są bardzo długie: budzę się co godzinę z wyschniętym gardłem, z cienkim, papierowym naskórkiem. Jestem jak te mumie odnajdowane w Andach, idealnie spreparowane w suchym górskim powietrzu. Pięćset lat minęło, a one nadal mają skórę i włosy, i mięśnie, i wnętrzności. Tylko wody w nich brak.Piję chciwie, ale pomaga to tylko doraźnie: za godzinę budzę się znowu. Drugi tydzień jest trochę lepszy. Uczę się, by na stoliku nocnym stawiać dwie butelki z wodą. Poza tym, wstaję o piątej i wracam po ósmej, więc w tej sytuacji suchość powietrza schodzi na drugi plan. Przyzwyczajam się też do spania bez kołdry, bo klimatyzator działa tylko pi razy oko, a wiatrak u sufitu jest połączony z lampą i gdy go włączam, całe to skomplikowane ustrojstwo zaczyna się telepać i trzeszczeć. Znajduje się dokładnie nad moim łóżkiem, więc finał naszego spotkania byłby bardzo, ale to bardzo nieestetyczny.
Przed zaśnięciem rejestruję uporczywe krzyki świerszczy. Podobno świerszcze cykają, ale tutaj wydają się krzyczeć: głośno, mechanicznie, nachalnie i bez żadnego zmęczenia.

Dziwne jest to przechodzenie z poziomu wilgotności 96% na znacznie mniejszy. Zaskakującym jest zwłaszcza fakt, że skóra rąk wysycha mi natychmiastowo zaraz po tym jak wracam do domu (do Polski) i po raz pierwszy umyję tam ręce. Zwłaszcza zimą. I choćbym smarowała toną kremu i wcierała w siebie olejki to za chwilę efekt jest taki sam.
OdpowiedzUsuńPrzypomniała mi się ostatnia rozmowa z koleżanką na temat klimatyzacji. Gdy na zewnątrz jest upał, ona musi nosić ze sobą skarpetki do pracy i chustkę żeby nie zmarznąć, gdy w firmie włączą klimatyzację. Dziwne, że jeszcze wszyscy mamy się dobrze mimo tak drastycznych zmian temperatur na co dzień :) Pozdrawiam i fajnie, że wróciłaś!
Suchość rąk w Polsce to faktycznie prawdziwa zmora. Mnie robią się nawet maleńkie ranki, jeśli w porę rąk nie natłuszczę. Do niedawna sprawdzała się tylko Neutrogena, teraz odkryłam, że masło shea działa podobnie.
UsuńA wyobraź sobie być w rejonie dwa razy suchszym od Polski... wilgotność kilkuprocentowa zaledwie. Naprawdę byłam w szoku, jak szybko organizm odwadnia się w takich warunkach :) Pozdrawiam cieplutko!!
O, właśnie. Mnie też się nieraz robią te małe ranki, dramat. Tak, masło shea się sprawdza, polecam też kremy z tołpy :)
UsuńWłaśnie ciężko jest mi sobie wyobrazić jak można funkcjonować w rejonie tak suchym. Tam standardowe 2 litry wody powinno się pić chyba na "dzień dobry" ;) Gratuluję wytrwałości! Zdecydowanie wolę klimat śródziemnomorski, gdzie kremów i olejków używa się z wyboru a nie konieczności :) Pozdrawiam! :)