Jest cisza. Niebo rozciera się cukierkowo, suchymi pastelami. Iglica kościoła prezbiteriańskiego wyraźnie się odcina od tego taniego, pudrowego koloru. Tyle w tym kraju kościołów. Po kilka w każdej dzielnicy. W Polsce są katolickie, w Brazylii zielonoświątkowe, w Stanach protestanckie. To okolica się zmienia, ja stoję ciągle w jednym miejscu. To tylko planety wirują wokół mnie, nieruchomej. Zachód słońca na chwilę jest, a zanim zdążę dojść na koniec parkingu, gdzie zaparkowana jest moja półciężarówka - już go nie ma.
Dzisiaj na nowo dopada mnie zmęczenie tym prostym faktem, że w tym kraju wszędzie trzeba dojechać samochodem. Do kina dojechać, do sklepu po sodę do pieczenia dojechać, do urzędu dojechać, do przystanku autobusowego dojechać, do parku na piknik dojechać, do kawiarni dojechać, do trasy rowerowej dojechać, z rowerem umocowanym w tyle samochodu, a jeśli chcę sobie pobiegać nad wodą, to też przebij się najpierw przez zakorkowane centrum nad houstońskie bajoro. Nawet to, co podobno jest „tuż za rogiem”, okazuje się niedostępne, oddzielone ulicami bez chodników i pobocza, tak że bezpieczniej jest na kilka minut wsiąść w samochód. A w samochodzie siłą rzeczy dopada nas psychoza bliskości. Wiadomo, zbliżać się do siebie nie można. W samochodzie, dalej jest bezpieczniej. Ulica bezpieczna to ulica szeroka, wielopasmowa, gdzie łatwo się mijamy i wymijamy. Mnie samej włącza się lampka alarmowa, gdy jadę w gromadzie kierowców. Jeden skręci gwałtownie, bo zobaczy leżącą na środku drogi oponę, a dla mnie już czasu zabraknie.
Pękające opony to w tym skwarze norma. Potem leżą takie ciemne strzępki na środku autostrady, czekają, aż ktoś się na nich wykolei.
Centrum Houston po godzinach jest wymarłe. Jeśli nie stoi się akurat pod teatrem i nie trafi się na koniec spektaklu, to krajobraz wydaje się postapokaliptyczny. Katastrofa wybrzmiała, klamka zapadła, mnie tam nie było. Ludzkość wymiotło i tylko ja jedna zostałam na stosie betonu, szkła i oczywiście tysięcy samochodów zaparkowanych wzdłuż chodników z wytrzeszczonymi ślepiami. Chodzę sobie w szpilkach wśród wieżowców i mam takie uczucie, jakbym cała wystrojona spóźniła się na koniec świata.
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




bardzo fajnie to ujęłaś .. ten obraz Ty w szpilkach spóźniona na koniec świata :^)
OdpowiedzUsuń..
bywam często w tych okolicach .. na pewno Cię zdziwię ale ja nie ma samochodu :^)
'jak żyć' ... jakoś się daje .. z Austin to Houston jadę autobusem ,, jest tanio czysto i jest wifi a ja nie muszę mysleć o korku ..
już na miejscu w Houston 'łapię' autobus 82 lub 81 wzdłuż Westheimer do hotelu lub biura :^) .. jestem w autobusie wśród bardzo różnorodnej ludności nawięcej kolorowej :^) .. fajnie mi tak być wolnym od kółek .. czasem 'wołam' Lyft lub Uber jak muszę
w Austin zazwyczaj pracuję z domu albo pożyczam samochód od jednej z córek :^)
pozdrowienia z ATX :^)
Piotrze!!!! Naprawdę nie masz samochodu?? Zupełnie mnie zaskoczyłeś!! Szczerze mówiąc, trudno mi to sobie wyobrazić. Dwa lata przeżyłam w Stanach bez samochodu i to było dla mnie istne piekło. Może gdybym mieszkała bardziej w centrum Houston, byłoby mi łatwiej. Może niedługo będę? Zaoszczędzilibyśmy na paliwie i na pewno na nerwach...
UsuńAutobusem jeżdżę czasem do San Antonio albo Corpus Christi. Bardzo to lubię. Przypomina mi się Polska :) Tylko że właśnie, do mojej sypialni znowu trzeba z przystanku dojechać. Być może kiedyś się to zmieni, kto wie.
Piotrze, ogromne dzięki za to, że się tym podzieliłeś - dajesz mi nadzieję, że się da :) Może nie w mojej obecnej sytuacji, ale na pewno będę do tego dążyć! Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie :)
tak od kilku lat już nie mam ..po prostu musiałem kupić dla moich córek a potem opłacać ich studia (jeszcze daleka droga bo na razie 1 z 3 ukończyła) .. wiem, że jest niełatwo i często wprawiam w osłupienie innych :^) .. ale mam po prostu taką pracę, że samochód był dla mnie luksusem (paliwo ale i serwis, opony) ... pracuję często z domu albo latam do klientów ... albo jadę do Houston autobusem do sidziby firmy
OdpowiedzUsuńteż mieszkam na przedmieściach i muszę kombinować z dojazdem do Megabus tuż przy UT .. najczęściej jedna z córek mnie podwiezie choć często muszę poczekać i po prostu pracuje w Starbucks przy UT
myślę, że można żyć bez samochodu ale tylko w centrum Houston tam gdzie masz ligh rail albo autobus (ciąg Westheimer) ale i tak czasem nie będzie łatwo .. no a w lecie wiesz jak jest aby dojść do przystanku to łaźnia ale w autobusie zamrażalnik tak chłodzą i zdążę wyschnać i wyglądać jako/tako w biurze w Houston :-) .. w pracy mam kilku kolegów w Houston, którzy mieszkają w centrum i nie mają samochodów .. ich partnerki tak ... :^)
pozdrawiam bardzo ciepło z ATX
Przeczytałam Wasze komentarze i... pomyślałam: co to za dziwny kraj, gdzie w mieście nie ma chodników a zarazem są tak szerokie drogi...?Może tylko w tym mieście...? W każdym razie miasto, gdzie nie można chodzić przypomina mi sen w którym wszyscy skręcali tylko w jedną stronę. Pozdrawiam serdecznie:)
OdpowiedzUsuńtak tutaj jest na południu ... w Bostonie gdzie mieszkałem jakis czas albo w Nowym Jorku jest inaczej ..
Usuńchodzć można :^) nikt nie zabrania po prostu 90% ludzi woli samochód z klimatyzacją bo przez 5 miesięcy gorąco jak dziś w Polsce :^)
czyli to nieco klimat nieco wygoda a w stanach zachodnich ludzie naturalnie przesiedli się z konia do samochodu :^) te miasta pionierskie nigdy nie były europejskie z wyglądu :^)
Elżbieto, Piotr wyjął mi to ust :) Sytuacja wygląda tak, że każde miasto ustawia to sobie inaczej. Denver wygląda inaczej niż Houston albo Phoenix. Na Wschodnim Wybrzeżu o wiele łatwiej nie mieć samochodu, ale na Południu czy w wielu miastach Midwestu infrastruktura wygląda zupełnie inaczej. Najśmieszniejsze są chodniki-widma, które kończą się w środku trawnika albo przy wiadukcie :)
UsuńMnie też trudno uwierzyć, że Piotr żyje bez samochodu. Czyli, Piotr, jest nadzieja...? Sugerujesz, że dożyję czasów, kiedy wyprowadzę się z miniwana i to moje trzy córki będą mnie podrzucać do pracy, czy na zakupy...? O chwała Ci za to, chwała..!
OdpowiedzUsuńLimonko, mnie też bardzo to zaimponowało :)
UsuńDrogie Limonko i Pequeninha :^) .. ja tam żaden bohater nie jestem :^)) ot tak mi się po prostu złożyło, że samochód okazał się zbędnym wydatkiem :^) ... nie jest to wybór łatwy w Stanach jak dobrze wiecie. :^) ... taką mam pracę, że nie muszę dojeżdzać
Usuńa jak potrzebuję to moje córki albo żona mnie gdzieś podwiozą bo mają pracę lub szkołę/uczelnię gdzie samochód jest dla nich koniecznością .. w samym centrum Austin samochód jest zbędny ale już poza to inna sprawa..
moje dwie starsze córki to są Austinites .. na razie studiowały lub studiują na Univ of Texas (100% Longhorns :^) ) i nie bardzo chcą nigdzie indziej jechać choć pośrednia coś mówio Seattle lub Portland (ja sam bardzo lubię te liberalne progresywne miasta)
najmłodsza na razie chciałaby studiować na NYU zobaczymy czy będzie mnie na to stać być może tak jesli dostanie jakieś częsciowe stypendium..
no cóż a ja jestem wędrowcą i pielgrzymem z genów .. i po prostu tak jak podróżuję czy chodzę w Azji czy Ameryce Pld czy Europie to mogę i chodzić i tu w Stanach :^)
i taka fajna ironia .. kiedy dorastałem w Polsce to samochód to było jakieś marzenie wtenczas .. a tutaj chodzenie piechotą czy jazda autobusem czy tramwajem jest teraz tym czego pragnę :^))
Pozdrawiam Was gorąco z ATX :^)
Zgadzam się z Piotrem : cudownie to ujełaś! Swoją drogą to ciekawe podejście żeby wystroic się na koniec świata jak na jakieś efektowne rozdanie nagród a nie apokalipse. Fajne zdjęcia, bije z nich taki amerykański sen, naprawdę zaczynam się do niego przekonywać i myślę że po Kubie będzie to kolejny upatrzony cel podróży :)
OdpowiedzUsuńNie zazdroszczę tych odległości , ja uwielbiam przemieszczać się wszędzie pieszo i jeśli muszę podjechać gdzieś dalej to wsiadam w autobus i fajnie ze moja mała Bolonia dopasowuje się do moich oczekiwań :)
Pozdrawiam ciepło! :)
Mnie też strasznie brakuje komunikacji publicznej... Po powrocie do Polski jeżdżę autobusami z tak ogromną przyjemnością; pomyśleć by można, że to czynność aż egzotyczna...
UsuńNawiasem mówiąc, zauważyłam, że niektóre buty sprzedawane w Stanach zupełnie nie nadają się na europejskie realia: pamiętam, jak raz przeszłam miasto w mokasynach kupionych w Teksasie i... odpadł cały obcas :) szkoda, bo były naprawdę ładne!
Przeżyłam kiedyś tydzień w okolicach Chicago bez samochodu. Koszmar. Wyprawa do sklepu zakończyła sie niemal potrąceniem przez samochód...
OdpowiedzUsuńSzkoda, że w Stanach nie doceniają uroku spacerów dla przyjemności.Fakt, spacer wzdłuż wielopasmowej drogi w smogu to zero przyjemności... Ale brak chodników doskwiera zwłaszcza Europejczykom:)
Spacery dla przyjemności oczywiście w parku, do którego trzeba dojechać, albo... w centrach handlowych. Wiem, że niektóre centra handlowe idą mieszkańcom na rękę i otwierają budynki wcześnie rano dla okolicznych joggingowców. To oczywiście też kwestia temperatury: w Phoenix w Arizonie, jeśli chce się pobiegać latem na dworze, to trzeba wstać o czwartej-piątej, żeby temperatura była przyzwoita :)
UsuńPamiętam, jak raz szłam wzdłuż autostrady (był malutki chodniczek) do niedalekiego Starbucksa i jakiś samochód zatrzymał się przy mnie, a kierowca spojrzał na mnie z zatroskaniem: "Nic się pani nie stało? Na pewno nic się nie stało? A może panią dokądś podwieźć?". Bo to widać niesamowite, że "normalna", niebezdomna osoba idzie NA PIECHOTĘ wzdłuż autostrady...