stołecznie, charakternie

piątek, 9 stycznia 2015

Małe pomieszczenie do załatwiania różnych ważkich spraw. Jedno okienko do informacji, jedno do warszawskiej karty miejskiej, jedno nieczynne i jedno do zakupu biletów PKP. W małym pomieszczeniu, luźny obwarzanek kolejki. Wchodzę i pytam, kto jest ostatni. (Pierwszy dzień w Polsce, prosto niemal z lotniska, w prochowcu zalatującym piwnicą, na lekkim niedospanym gazie). „Ja” - oznajmia pani z drugiego końca małego pomieszczenia, okutana we wrzosowy płaszcz z mechatej wełny. Przedostatni jest ktoś przy drzwiach. Starszy pan, który jest trzeci od końca, przycupnął sobie na jednym z pięciu twardych plastikowych siedzeń w środku pomieszczenia. I tak dalej. Kolejka jak gra w klasy: skacz gdzie bądź.

Stoję pośrodku pomieszczenia, bo nie ma gdzie indziej, i ukradkiem śledzę panią we wrzosowym płaszczu, po której mam prawo podejść do mojego okienka. Za chwilę wchodzi kolejna osoba i przeprowadziwszy wstępny wywiad, wypowiada magiczne: „To ja po pani!” i zaczyna skrzętnie obserwować mnie. Chcę kupić bilet na pociąg, więc po cichu wydaje mi się, że jedna kolejka nie ma większego sensu, skoro każdy ma, podejrzewam, nieco inną sprawę do różnych okienek. Ale odpływam już w przyjemny marazm rozmazanej odpowiedzialności.
Tymczasem w małym pomieszczeniu, ludzi jest coraz więcej i bezład też coraz rozleglejszy. Jakiś pękaty pan w czapce dorożkarskiej, zamierza, o zgrozo, wtrynić się poza kolejką. Zaręcza przy tym z zaambarasowaną miną, że „on już tu był przedtem” i musiał tylko donieść odpowiednie dokumenty. Chyba jednak raczy żartować, bo natychmiast podnosi się chorał protestów bezpośrednich (pod jego adresem) i pośrednich (utyskiwań ogólnych skierowanych do sąsiadów). A do mnie zwraca się ktoś stojący za mną: „Co za ludzie dzisiejszymi czasy, naprawdę.”

„Uhm...” - mruczę bez przekonania. Jest mi w tym bezładzie i bezskładzie bardzo ciepło i dobrze.

W pewnym momencie do małego pomieszczenia wchodzi jakiś mężczyzna... Chociaż tak na dobrą sprawę to przegapiłam moment jego wejścia, bo w małym pomieszczeniu jest już całkiem tłoczno, a moja kolej się przybliża i muszę uważać. Znienacka słyszę jednak za sobą tubalny męski głos: „Ale dlaczego tylko trzy okienka są otwarte? Nie widzą panie, jaki tu tłok? Dlaczego jedna pani nie pracuje? Kierownika proszę zawołać!”.

Tubalny głos i zamaszysta maniera przypominają mi mojego znajomego, bębniarza. Też taki wysoki, górujący nad tłumem przynajmniej o głowę, postawny, w kurtkach, które zawsze wydają się przyciasne na jego niestandardową osobowość, w rzeczywistości pękającej wobec niego w szwach.

Oczywiście rejwach przycicha, a później jakby się rozdrabnia. Następuje pełne napięcia, cienkie muzycznie interludium. Panie za szkłem udają, że nie słyszą. Nie wypadają z urzędowego rytmu; nie podnoszą wzroku znad komputerów. Stuka, stuka klawiatura jak metronom. Kwiczy drukarka do biletów. Mężczyzna nie zamierza jednak dawać za wygraną.

„To będzie ten kierownik czy nie? Proszę spojrzeć, jaki tu ruch. Wszystkie okienka powinny być otwarte, a nie tak na pół gwizdka!” - tłumaczy solennie, ale z mocą. I nadal bardzo, bardzo głośno. Jedna z kasjerek wyjaśnia półgłosem, nie podnosząc wzroku, że koleżanka jest na przerwie.

„Ale jaka to przerwa? Przez jedną przerwę taki tłok? Bardzo proszę ją zawołać. Koleżanka może dokończyć sobie przerwę, jak nie będzie ruchu.”

Wysoki dryblas w rureczkach, z miną skwaszoną i wyniosłą, z okrągłymi, białymi słuchawkami Sony wokół niezhańbionej szalikiem szyi, posyła mężczyźnie spojrzenie pełne dezaprobaty. To akurat rejestruję bardzo wyraźnie, bo dryblas stoi dwa kroki ode mnie i emanuje namacalną wręcz pogardą. Ale bębniarz nic sobie z tego najwyraźniej nie robi. Wręcz przeciwnie, zwraca się do młodzika wprost: „Młody człowieku, proszę na mnie tak nie patrzeć, proszę ze mnie brać przykład. Tak się powinno sprawy rozwiązywać.” I po chwili znowu przypuszcza atak na szkło: „Prosimy artystkę na scenę! Już się nie możemy doczekać!”.

W tym momencie nadchodzi moja kolej, moje upragnione pięć minut. Zamawiam bilet. Pani słucha uważnie, dokąd chcę jechać i w jaki sposób - moment pewnej intymności. Zaczyna wstukiwać moje zamówienie w swój system. Nie widać, by awanturnicze zachowanie klienta jakoś ją obeszło. Ale nie napotyka mojego wzroku; spojrzenie wbija w ekran. Mówię nieporadnie: „Co za harmider! Trudno chyba w czymś takim pracować.” Ona nie odpowiada. Nie usłyszała być może. W tej chwili z zaplecza faktycznie wychodzi czwarta pani i zasiada w dotychczas nieczynnym okienku. A rozochocony mężczyzna zaczyna bić jej powolne, drwiące brawo. „Pięćdziesiąt osiem złotych” - mówi moja bileterka. Sprawnie zabiera mój banknot, który odbył całą podróż przez Atlantyk i z powrotem; zbywa machnięciem ręki moje przeprosiny, że nie mam drobnych; wydaje resztę. Kolejka się rozrzedza; nowa pani bez słowa odpala komputer; za chwilę okienko będzie czynne. Ja tymczasem wychodzę na stołeczny mrozik. Wkładam starannie rękawiczki wyciągnięte z kieszeni prochowca. Zleżana skóra rozprostowuje się z miłym chrzęstem. Myślę przelotnie o spotkaniu mężczyzny z którąś z bileterek; o tym momencie skrępowanej intymności, która za chwilę - nieuchronnie - czeka ich oboje. Jakaś przykrość. Zaciągam się zimowym powietrzem i odchodzę.

Share /

10 komentarzy

  1. bardzo dobry tekst, choć smutny. te pośrednie protesty to trochę nasz sport narodowy - my nie protestujemy głośno, my wzdychamy ostentacyjnie, wzrokiem szukamy porozumienia z innymi wzdychającymi, życzeniowo myślimy, że tym wzdychaniem swoim odmienimy złe serca tych, co chcą wejść bez kolejki. od czasu jak zauważyłam, że też mi się to czasem zdarza, bardzo już pilnuję, żeby nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz, Janino! (Nawiasem mówiąc, mam mega słabość do tego imienia :). Kojarzysz pewnie takie angielskie określenie "passive aggresive". W Ameryce strasznie się go nadużywa, ale trafnie chyba diagnozuje takie zachowania. Najsmutniejsze, że są one najczęściej wyrazem bezradności lub urojonej bezradności - niczego nie rozwiązuje. Też mi się zdarza czasem "pośrednio" przewrócić oczami, ale również się pilnuję i staram się być konstruktywna :) Pozdrawiam Cię bardzo ciepło!

      Usuń
  2. Widzę, że nie tylko ja robię krzywe zdjęcia :) dużo więcej na nich widać, prawda? :) sytuacja przy zakupie biletów na dworcu bardzo dobrze mi znana. I pewnie się nie zmieni dopóki panie za okienkiem nie zostaną na dobre zamienione automatami wydajacymi bilety. To trochę smutne, ale niestety prawdziwe.
    I zgadzam się z Janina co do naszych "pośrednich protestów". Wzdychamy, kiwamy się z nogi na nogę, obserwujemy ludzi, aby ostatecznie być szczęśliwymi ze udało się nam zdążyć na pociąg który nie był opóźniony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. TAAAAAAAKKKK!!!!!!!!! O wiele więcej widać na krzywych zdjęciach :)))

      Winny takim zachowaniom jest moim zdaniem system. Już powoli pojawiają się automaty (ale tylko na kartę kredytową, co nie wszystkim odpowiada) i działa przyzwoity (choć trochę udziwniony) system do kupna biletów przez internet, ale zmiany potrwają latami. Oczywiście, ze względów praktycznych (i humanitarnych), trudno wszystkich tych bileterów nagle zwolnić, wiadomo. A wielu z nich ma swoje własne, być może wyniesione z dawnego systemu, przyzwyczajenia.

      A jak działa kolej we Włoszech? Słyszałam, że w Hiszpanii po 15-minutowym opóźnieniu zwracają podróżnym pieniądze. A u Ciebie??

      Usuń
  3. Ale fajnie, że się zgadzamy :)
    Na ostatnim roku studiów zaczęłam korzystać z możliwości zakupienia biletów przez internet, aby zaoszczędzić czasu, który zazwyczaj traciłam na stanie w kolejkach (bo po co otworzyć 5 kas na 10 skoro otwarte są 3 ? W tym jedna, jak się okazuje, to okienko z informacją). W żadnym wypadku nie jestem za zwalnianiem ludzi, ale z każdym rokiem wszystkim coraz bardziej się śpieszy, a mam wrażenie ,że paniom z okienek kasowych coraz mniej.
    Ha! Wiesz, że kolei we Włoszech miałam zamiar co nie co napisać w kolejnym wpisie? :) Różnie to bywa. Zazwyczaj działa sprawnie i bez opóźnień. Ale zdarzają się też "nagłe" strajki poszczególnych pociągów, i nie masz szans odzyskać pieniędzy jeśli skasowałaś już bilet (co powinno się robić właśnie przed wejściem do pociągu, bo jeśli nie to mandat. Dodam, że dość spory ;)) Każdy kraj ma swoje czarne i białe strony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo jak fajnie! Już się cieszę na perspektywę wpisu o pociągach!! Strasznie lubię koleje i brakuje mi ich w Stanach.

      Usuń
  4. Z tych opowieści o scenach przed okienkiem PKP albo PKS można by chyba zrobić konkurs ogólnopolski i wielopokoleniowy;) Chyba każdy, kto wychował się w Polsce ma choć jedną historię na temat...
    To magiczne "ja tu stałem" i pasywno-agresywne podejście koljkowiczów i pań/panów w okienkach wszelkiej maści nie ogranicza się do PKP i pokrewnych. Może teraz się zmienia powoli, ale jest to często wyznacznik polskiego bytu. Coś jak flaga, 'o tu dotarliśmy, nasi tu byli/są'. Przyczółki tej polskiej cywilizacji są nawet tu, w Kanadzie. Wystarczy się przejechać do polskiej dzielnicy albo odwiedzić polski konsulat generalny, żeby sobie na przykład odnowić paszport. Od razu z grubej rury wsiąkamy na amen. I... uciekamy gdzie pieprz rośnie, przynajmniej ja.
    Krzywe zdjęcia są dla mnie bolesne, bo muszę wyginać szyję i głowę, zeby się przyjrzeć;)

    PS. Domena mi padła i nie wiem czy dam radę odnowić pod tym samym adresem, bo przeżywam Catch 22 na żywo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ResVaria, witam serdecznie w Nowym Roku! Przykro mi, że walczysz z domeną. Straszna szkoda! Mam nadzieję, że nie straciłeś kontentu? Życzę Ci, aby wszystko się rozwiązało możliwie jak najpozytywniej.

      A pewnie, może jakiś zbiór ze wspomnieniami, jak to się kiedyś w kolejkach stało. To faktycznie jakaś spuścizna - nie wiem czy tylko polska, czy ogólnie krajów postkomunistycznych. Naprawdę istnieją te zachowania w polskiej dzielnicy??? Ciekawe. Niestety (?) Houston nie ma takiej konkretnej polskiej części miasta, chociaż istnieje polska parafia, sklep z polską żywnością (niestety głównie słoiki importowane z Chicago) i polska restauracja. Aha, i sklep z alkoholem, gdzie można kupić spirytus. Niestety na kolejki nigdzie się nie natknęłam :)

      Usuń
    2. A tak tak, polska dzielnica, teraz już bardzo przerzedzona (większość Polaków wyniosło się za zachodnie rogatki Toronto, do miasta-sypialni Mississauga) i gentryfikująca się w szalonym tempie, ale dalej znana jako polska dzielnica: Roncessvales Ave. Jest tam wszystko co w każdym katalogu stereotypowej polskiej cepelii znaleźć się powinno: polski kościół, pomnik papieża, księgarnia z dewocjonaljami i wydawnictwami "niezależnymi" w której jadowity antysemityzm paruje z tytułów i wsiąka w zawieszone na półkach portety Matki Boskiej z Częstochowy i różnej maści Jany Pawły... Jest Polimex, czyli firma kuriersko-ubezpieczeniowo-turystyczna. Jest i normalna księgarnia, redakcja polskiej "Gazety", sporo sklepów spożywczych, w tym sławne/niesławne Benna's Deli i Super Kolbassa, dwie polskie restauracje, bary, apteka... Rzadko bardzo tam zaglądam, ale kiedy jestem to zwykle trafiam na jakąś scenkę rodzajową. Panie ekspedientki w Benna's są rodem przeniesione z głębokiego PRLu, spora częśc klienteli też. Nie wyobrażasz sobie jak można utyskiwać, narzekać, mruczeć, chmurzyć się i marudzić pod nosem kupując albo sprzedając kawałek polskiej kiełbasy albo śledzia. Była i polska cukiernia, Granowska, która zamknęła się kilka lat temu. Tam obsługa była nie dość, że mało przyjemna to jeszcze zwykle ignotowała klientów. Szału można było dostać. W barach nad kieliszkami i kuflami smutne twarze rzucają mięsem, pachną bigos i pierogi. Klasyka. Taka, o której miło się czyta ale niekoniecznie chce się ją przeżywać...
      W konsulacie kolejka, trzy okienka, w telewizorze jakiś polski serial. Osobna kolejka do opłat, osobna do załatwienia sprawy. Pracownicy wołają głośno z okienek: Pani Kowalska w sprawie rozwodu. Pan Kowalski w sprawie paszportu dla córki. Czy jest tu pani Iksińska w sprawie aktu zgonu ojca? Prywatność? Po co komu prywatność. Kolejka mruczy, plotkuje, narzeka i wije się czekając... Co jakiś czas spotykają się dawni znajomi. Co jakiś czas ludzie narzekają na formularze. Jak to nie wolno wypisać na komputerze formularza na paszport? Dlaczego na kanadyjski się da a na polski nie? Naprawdę muszę przyjechać odebrać osobiście? Ja mieszkam tysiąc kilometrów stąd a państwo macie bardzo krótkie godziny pracy... Nie da się? Kurtyna...

      Usuń
    3. Muszę zacytować: "[Rzeczywistość] taka, o której miło się czyta ale niekoniecznie chce się ją przeżywać". Świetnie ujęte, więc nawet nie komentuję! Dzięki!

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo