„Ale taką prawdziwą Niemką, czy Niemką z Mazur?” - zapytał mnie starszy Niemiec-imigrant, w którego piekarni kupowałam chleb wieloziarnisty i kilka obiecujących bułeczek obsypanych ziarenkami, ale, jak się później okazało, zabarwionych karmelem. Szyld na zewnątrz ogłaszał po angielsku, że znalazłam się w niemieckiej piekarni i kawiarni, i eksponował flagę teksaską i niemiecką. Miejsce obwieszone było niemieckimi suwenirami, zestawionymi bez większego ładu i składu. Tu kamionkowe, pękate kubki malowane w kwiaty, tam ozdobne deski do krojenia chleba, stos podniszczonych, niemieckich Pań Domu, rzeźbiona fajka, barometr z panią i panem w bawarskich ubraniach, szklanica na napiwki w czarno-żółto-czerwonej skarpecie. Na jednej ze sklejkowych szafek leżał na grzbiecie teksaski armadillo (pancernik) z butelką wściekle różowego szampana w łapach. „A kim jest pan?” - chciało mi się zapytać. Zwłaszcza po spróbowaniu piekarnianego Bratwursta.
***
O Haberbuschu i Schielem bardzo długo nie wiedziałam nic. Owszem, frapował mnie trochę księżycowy krajobraz na ulicy Grzybowskiej, ale chyba przyzwyczaiłam się do tego, że warszawska Wola jest trochę szczerbata. Uzębienie biednego człowieka: tu szpetny amalgamat z czasów PRL-u, tam sczerniały kikut przedwojenny, jeszcze gdzie indziej ładna plomba, bo akurat znalazły się pieniądze, na wszystkim osad dziesięcioleci. Okolice ulicy Żelaznej były po wojnie tak zniszczone, że długo nazywano je warszawskim „Dzikim Zachodem”. Wobec tylu ubytków, co to znaczy jedna wyrwa więcej? Nie drążyłam tematu.
Ale pierwszego stycznia 2016 roku wstałam późno. Ukochanej kawy nie zrobiłam, ze względu na to, że poprzedniego dnia nie zdążyłam kupić filtrów. (Fenomen z tymi filtrami. Jedyne chyba miejsce, gdzie na Woli można je dorwać detalicznie, to Hala Mirowska. Wchodzi się zieloną bramą na placyk i pierwszy straganik po lewej, gdzie można też kupić chemię zagraniczną i zimnotłoczony olej z owoców róży. Filtry marki Aro). Zamiast kawy zaparzyłam niechętnie podłą czarną herbatę. Nie kwapiłam się z wyciągnięciem ogona, więc herbata najpierw naciągała, potem parowała w noworocznej ciszy, tworząc od wewnątrz na porcelanie obskurne bure kółko. Na powierzchni zastygała smolista warstewka wolnych rodników. Miałam na nią coraz mniejszą ochotę. Zamiast herbaty sięgnęłam po wygazowaną Łomżę, której nie zdążyłam skończyć dzień wcześniej. Za szybą mrugała do mnie wielka spustoszona działka. Widać było wyraźnie przyprószone śniegiem fundamenty, przybudówkę ciecia i opustoszałe okna kilku porzuconych budynków - zabytków, których nie tknęła jeszcze karząca ręka zagranicznego dewelopera.
Wyczytuję, że o działkę od blisko kilkunastu lat toczy się sprawa w sądzie. Prawdopodobnie właśnie przez to nikt jeszcze nie postawił na niej kolejnego akwarium dla garniturów. A może powodem zwłoki jest system podziemnych korytarzy, który należałoby prawdopodobnie wkomponować w plany nowego budynku, godnie odrestaurować. Włożyć w niego trochę serca, a nie tylko metalowy gorset do nieba i innowacyjne szkło z przyklepem na górze.
W podziemnych korytarzach składowano nie tylko lód na użytek browaru, ale także broń i amunicję dla powstańców. Jeszcze wcześniej, w 1939 r., studnie głębinowe zakładu zasilały w wodę uszkodzoną sieć miejską. Teren browaru przylegał w czasie okupacji do warszawskiego getta; szmuglowano stamtąd do środka jedzenie i ubrania. Kierownik Aleksander Schiele dostał od okupantów propozycję zostania Volksdeutschem, ale odmówił. Zadenuncjowany za wspieranie podziemia, przeżył tortury na Alei Szucha. Jego syn Jerzy należał do AK. Rozstrzelali go hitlerowcy; ojciec dowiedział się o jego śmierci z plakatów rozlepionych po mieście: długie listy imion bez fabuły, które czytało się z sercem w gardle jak powieść. O magazyny browaru toczyły się w czasie powstania warszawskiego najbardziej zacięte walki. Zupa „plujka” robiona z browarnianego jęczmienia ratowała życie niezliczonym mieszkańcom odciętego od świata miasta. Po klęsce powstania hitlerowcy zrabowali z browaru wszystko, co użyteczne: maszyny, kadzie, nowoczesne aparatury. Resztę podpalili. Musiał być przepiękny pożar, łuna jak u impresjonistów: teren był ogromny, jeśli można się zorientować z opisów i fotografii, większy jeszcze niż obecne, i tak sporych rozmiarów, rumowisko. Były laboratoria, magazyny, warzelnie, rozlewnie, kominy, fabryka suchego lodu, kuchnie pracownicze, kasa oszczędnościowo-zapomogowa, ochronka dla dzieci, biura, nawet szkoła i gabinety lekarskie. Produkowano nie tylko kilka rodzajów piwa, ale także wódki, likiery, lemoniady i kwas chlebowy.
![]() |
| Powstańcy pakują jęczmień do worków w browarze Haberbuscha i Schielego przy ul. Ceglanej 4/6 (obecnie ulica Pereca). Fot. Wiesław Chrzanowski {{PD}} |
![]() |
| Żołnierze batalionu Gustaw przechodzą na północne Śródmieścia okopem przez Aleje Jerozolimskie, niosąc worki jęczmienia z magazynów Haberbuscha. Fot. Wiesław Chrzanowski, {{PD}} |
Do dzisiaj piwa Królewskie i Warka łączą swoją historię z Haberbuschem i Schielem (choć oba są, niestety, częścią koncernu Heineken. Pić należy więc jak najbardziej lokalnie). Królewskie ma nawet na etykiecie datę 1846, czyli właśnie ten rok, kiedy trzej przybysze z Niemiec zdecydowali wspólnie kupić na licytacji podupadły browar. Zacząć coś własnego, zamaszystego.
Niektóre artykuły podają, że pochodzili z Saksonii. Inne, że z Turyngii. Wolę, oczywiście, tę drugą opcję. Umieliby upiec na grillu dobrego Bratwursta. Brot und Wurst ergibt den Durst (chleb i kiełbasa gaszą pragnienie). Dobre piwo też do tego niezgorsze.
***
Zdjęcia podziemnych korytarzy Haberbuscha i Schiele znalazłam na niezwykle klimatycznym blogu Duchy Warszawy. Natomiast najbardziej drobiazgową historię dziejów browaru podaje strona Made In Wola, opisująca świat fabryk dawnej Woli.
Bardzo polecam także rozmowę z potomkiem Aleksandra Schiele, a poza tym rys biograficzny tegoż na stronie Żydowskiego Instytutu Historycznego. Ciekawa jest również strona o warszawskich Polakach z wyboru (gdzie, na przykład, można poczytać o etymologii wyrazu "klawo").



Brak komentarzy
Prześlij komentarz