Poza tym przesiaduję w nim długimi godzinami, gdy akurat pracuję nad czymś, przy czym wyjątkowo nie muszę żonglować dwoma lub trzema ekranami. Na ich koszt podładowuję sobie elektronikę, siedzę w internecie i zużywam dane, spuszczam wodę w łazience, kreatywnie zużywam mydło w płynie i ćwiczę mój talent do origami na bioprzetwarzalnych serwetkach. Ogólnie tylko patrzeć, jak Starbucks wyzionie ducha.
Po lekturze kultowej książki „No Logo” Naomi Klein, wspierać Starbucksa zupełnie mi się odechciało. Natomiast po moim przyjeździe do Stanów okazało się, że owszem, współzawodnictwo handlowe jest sakramentem i owszem, jako konsument mam wybór. Mogę pić kawę w Starbucksie lub robić sobie w domu. Inne lokalne kafejki na mojej prowincji Starbucks sakramentnie zagryzł.
Na początku oczywiście jestem pełna zapału. Kawę przecież potrafię sobie w domu zaparzyć, Starbucksowi już dziękujemy. Kupuję sobie plastikowy lejek, zupełnie taki sam, jaki miałam w Warszawie, i paczkę filtrów. Ale kawa nie wychodzi taka, jak w Polsce. Kupuję młynek do kawy i zaczynam używać kawy ziarnistej. Nic. Eksperymentuję z różnymi markami. Nic. Kawa nadal jest lurowata i paskudnie bezsmakowa.
To sprawka filtrów: za cienkie. Woda za szybko przez nie przecieka i nie ma czasu naciągnąć.
To sprawka lejka: za mały. Niewłaściwie wyprofilowany. Zawsze wsypię do niego za mało tej kawy, choć wydaje mi się, że akurat jest w sam raz.
To sprawka wody: za dużo w niej albo za mało jakichś świństw, które powinny w niej być.
Próbuję wlewać wodę do lejka z boku, hurtem, stopniowo, po troszku... W porywie desperacji projektuję skomplikowany technicznie bufor ze złożonej czterokrotnie chusteczki do nosa, podłożonej pod filter. Kucam przy blacie i w napięciu przypatruję się kroplom skapującym w dół przezroczystego kubka. I nastrój mi od razu siada: kolor kropli jest znowu za jasny, zdecydowanie za jasny. Powinny być ciemne jak grudki nieobrobionego bursztynu, a tu mam jakieś ohydne żółte podróbki sprzedawane na plaży w Świnoujściu.
Odchodzę od zmysłów nad kuchennym blatem. Za chwilę rozbiję sobie głowę od walenia nią w szafki, słowo daję. Człowiek nie powinien zaczynać dnia od takich stresów.
* W Ameryce prawo się ma zawsze WIELKIMI, a gdy trzeba to WYTŁUSZCZONYMI LITERAMI (a najlepiej to się jeszcze powołać na konstytucję i zagrozić pozwem).

Brak komentarzy
Prześlij komentarz