Czekam na deszcz. Jest pora deszczowa i niebo od rana jest granatowe, ciężkie. Od rana zatem średnio co dwadzieścia minut podlatuję do okna i podglądam przez żaluzje, czy już, czy jeszcze nie. Nie jest to takie oczywiste, bo na zewnątrz przez cały czas szumią klimatyzatory; wiadomo, Stany Zjednoczone, prawo do klimatyzacji w okresie letnim jest prawem konstytucyjnym każdego człowieka! Tak więc nabawiam się psychozy szumu. Siedzę, pracuję, poprawiam, dumam i nagle ogarnia mnie pewność, pewność mówię, że ten szum za oknem to ten szum, na który czekam, ten jedyny! Pędzę do okna, a tam słońce się przedziera przez chmury, złoci trawnik i wygląda na to, że deszczu w ogóle, ale to w ogóle dzisiaj nie będzie! Życie jest okrutne.
Oczywiście, kiedy wreszcie nadchodzi szum, ten właściwy szum, sprawa od razu jest oczywista. W ogóle nie da się go pomylić z buczeniem klimatyzora, co ja tam sobie wmawiam! Brzmi raczej jak rozdzwonienie się miotełek pierkusisty na mosiężnym talerzu, bez tłumika oczywiście. Jakiś bezsilny krzyk, tupot stóp zaskoczonych przechodniów, których deszcz złapał na gorącym uczynku. Aha! Myśleliście, że coś tam pod moim nosem załatwicie? Nic z tego! Szum jest tryumfalny, wyzywający wręcz w swojej sile. Chwytam więc przygotowany właśnie zielony koktajl z awokado, kiwi i ananasa i wypadam na antresolę, szczęśliwa jak diabli. Deszcze tutaj są idealnie pionowe, nic nie zacina. Człowiek siedzi sobie pod daszkiem przytulnie jak w uchu. Tylko taka srebrzysta deszczowa mgiełka osiada na włoskach na przedramieniu.
Na zewnątrz tymczasowem, w prawdziwym świecie, pandemonium. Wszystko płynie, i to dosłownie, bo z powodu niedostatecznego systemu odprowadzania wody łatwo o tak zwane nagłe powodzie. Trwają one dosłownie chwilę, bo jak tylko deszcz przestaje padać, woda paruje w tropikalnym upale (ziemia pachnie wtedy tak zmysłowo...). Ale i tak w tej krótkiej chwili nietrudno o zniszczenia: wzbierająca znienacka woda potrafi wedrzeć się do garażu lub piwnicy, podmyć fundamenty; zalać, a nawet porwać samochód, zwłaszcza jeśli ma niskie podwozie. (Oczywiście nie mojego wysokiego pickupa, pickup przetrwa wszystko, pickup forever!).
Tak więc podczas gdy w prawdziwym świecie wszystko zaczyna się dziać w zwolnionym tempie, a z oddali zaczyna dochodzić wycie syren (jest to wręcz momentalne), ja odłączam wszystko grzeczniutko od prądu (bo jak trzaśnie piorun, to całkiem na serio wszystkie urządzenia dunder świśnie), siadam sobie na antresoli i podziwiam. Napawam się bezczelnym uczuciem Schadenfreude, że akurat dziś nie muszę tą mokrą autostradą jeździć. Wtedy to dopiero człowiek nabawia się psychozy, kiedy sunie „bezpieczną” setką przez krajobraz jak z Moneta! Wyjadam łyżeczką zielony koktajl ze szklanicy, za chwilę głowę do niej wcisnę chyba, takie pyszne coś zrobiłam, i myślę sobie, że jestem normalnie gieniuś. Gieniuś! Wzdłuż sąsiedniego budynku przemyka łaciaty kot; chcę mu krzyknąć, żeby znikał, bo leje, ale jemu to jakoś nie przeszkadza - przeciąga się nawet w tej ulewie, przeciąga się geometrycznie, w samych kątach prostych, jakby miał przetrącony grzbiet albo był naładowany elektrycznością.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz