Wychodzi ode mnie machając ręką i nawet się nie żegnając. Prawie słyszę, jak rzuca z niesmakiem: „A idź ty z taką robotą!”, zupełnie jak mawiał dziadek, gdy coś go zirytowało.
Ale następnego dnia przychodzi rano przetkać zlew i jest zupełnie inną osobą. Chce mi sprzedać stolik telewizyjny i przy okazji mnie na nim oszwabić, bo cytuje mi niebotyczną sumę 40 dolarów, opowiada mi, że od dwóch tygodni non stop coś się dzieje na osiedlu i lata przez to cały zestresowany, a potem proponuje mi, żebym się przeprowadziła na jego osiedle, bliżej Houston. Lepsze położenie, ta sama cena, a osiedle bardzo spokojne i sami Meksykanie. „100 per cent Mexican” - powtarza mi po angielsku dobitnie. „Ja tu jeszcze będę. Gdy będziesz się chciała przeprowadzić, tylko mi powiedz. Świetny dojazd i cichutko.”
Mówię mu, że jest magikiem, bo przetkał mi zlew, i ogólnie strasznie chcę mu się rzucić na szyję, ale opanowuję się. Mimo skandalicznego braku ślubu kościelnego, chyba mnie jednak lubi.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz