100 percent Mexican

sobota, 9 sierpnia 2014

Carlos kręci nade mną głową. Grzebie przy mojej spłuczce, zdejmuje porcelanową pokrywę z rezerwuaru i zagląda w skomplikowaną maszynerię, w której urwał się cienki trefny łańcuszek. Wszystko to mrucząc sobie coś tam pod nosem. „Jak to nie masz ślubu kościelnego?!” - wybucha wreszcie. - „Bez kościoła to nie ślub. On nie będzie tego traktował poważnie. Pójdzie se, wróci, pójdzie se, wróci, a ty będziesz płakać.”

I trze oczy grzbietem ręki, żeby mi to zilustrować. Oczy ma bardzo zmęczone i ogólnie cały wygląda na zmordowanego. Jest wpół do szóstej i zadzwoniłam prawie na sam koniec fajrantu. A on był na osiedlu od rana; od rana widzę z antresoli, jak jeździ po osiedlu swoim wózkiem golfowym, od problemu do problemu, w blisko czterdziestopniowym upale. Z rysów twarzy przypomina mi mojego dziadka. Ta sama szczęka, ta sama obcesowa energia w oczach. Tylko oczywiście skóra dwa razy bardziej brązowa.

Wychodzi ode mnie machając ręką i nawet się nie żegnając. Prawie słyszę, jak rzuca z niesmakiem: „A idź ty z taką robotą!”, zupełnie jak mawiał dziadek, gdy coś go zirytowało.

Ale następnego dnia przychodzi rano przetkać zlew i jest zupełnie inną osobą. Chce mi sprzedać stolik telewizyjny i przy okazji mnie na nim oszwabić, bo cytuje mi niebotyczną sumę 40 dolarów, opowiada mi, że od dwóch tygodni non stop coś się dzieje na osiedlu i lata przez to cały zestresowany, a potem proponuje mi, żebym się przeprowadziła na jego osiedle, bliżej Houston. Lepsze położenie, ta sama cena, a osiedle bardzo spokojne i sami Meksykanie. „100 per cent Mexican” - powtarza mi po angielsku dobitnie. „Ja tu jeszcze będę. Gdy będziesz się chciała przeprowadzić, tylko mi powiedz. Świetny dojazd i cichutko.”

Mówię mu, że jest magikiem, bo przetkał mi zlew, i ogólnie strasznie chcę mu się rzucić na szyję, ale opanowuję się. Mimo skandalicznego braku ślubu kościelnego, chyba mnie jednak lubi.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo