Niestety, jakiś czas temu otrzymałam smutną wiadomość. Niespodziewanie, z własnej woli, odeszła moja znajoma. Wiadomość była surrealistyczna. Otrzymałam emaila od Mężczyzny, byłam w Polsce, stałam w drogerii, w dziale szamponów do włosów. „Jasne, dobrze oświetlone miejsce”, w którym nic złego nie może się nikomu przytrafić. Na dworze zmierzchało, ludzie śpieszyli do domów na obiad; Jeżyce, gdzie żyje się blisko, w ścieśnionych kamienicach, mieszkaniach, kolejkach. Mimochodem otworzyłam skrzynkę odbiorczą, a tam lakoniczny email. Trudno opisać, co czułam. Przypływ gniewu, a zaraz potem: strachu. Wiadomość była szokiem. Tyle tylko, że nie potrafiłam wątpić w jej prawdziwość. A. była podobna do mnie. Więc nie potrafiłam wątpić. Z drugiej strony, A. była podobna do mnie. Więc nie potrafiłam zrozumieć.
Długo nie chciałam o tym pisać. Zaniemówiłam. I nadal piszę o tym z niechęcią, glównie z myślą, by wypłukać ten zaschły w piórze atrament. Na potrzeby dnia codziennego nie mam w ogóle depresji. Tak sobie z nią poradziłam: przeczekując cholerstwo, przysypując problem, wynajdując kule, dzięki którym stanęłam na nogi. Jeśli to mechanizm wyparcia, to działa naprawdę świetnie. Pewne sprawy pozostały nie przepracowane, ale pies je lizał. Nie wszystko muszę do kości rozdrapywać, bo nabawię się sepsy. Zwłaszcza że sporo tej bolesnej pracy jest jedynie sztuką dla sztuki: bo nie żyję w próżni, bo pewne sprawy są niezależne ode mnie i nigdy się nie zmienią, bo węzły gordyjskie skuteczniej rozciąć, niż latami rozsupływać i dzielić się wrażeniami z rozsupływania. Odpowiedni bodziec, odpowiednie okoliczności i tak sprowadzą mnie do strefy zero, nie mam złudzeń. Być może będę na nią gotowa, być może nie. Sprawa podobna do wielkiego (i na dobrą sprawę bezużytecznego) pytania o utracalność zbawienia, którym tak podniecają się domorośli chrześcijańscy teolodzy. Być może jest w tym pewien masochistyczny dreszczyk, wyobrażać sobie, że w przyszłości rzeczywiście stanie się ze mną coś strasznego, że za iks lat okoliczności zmienią mnie na tyle, że podejmę upiorną i dziś dla mnie niepojętą decyzję. Jest to realna możliwość (realna w sensie istniejąca, bez informacji o faktycznym stopniu prawdopodobieństwa). Ja jednak mówię sobie, że będę gotowa i przetrwam. Przy kolejnym nawrocie też będę gotowa i przetrwam, i z każdym kolejnym razem będę gotowa i przetrwam, a moja ścieżka będzie coraz jaśniejsza i jaśniejsza, jak blask porannej zorzy, który z wolna sprowadza słoneczny dzień.
A., tyle chciałabym Ci powiedzieć! Choć wiem, że w strefie zero cierpienie jest bliskie, a racje odległe. Nie ma znaczenia sens czy logika. Mimo to, (wiedząc to,) i tak chciałabym Ci mnóstwo powiedzieć. Nic ciężkiego, nic mentorskiego. Od sporów o istnienie człowieka więcej waży odrobina głupoty. Co dalej? – i już istnieje „dalej”. Opowiadałabym Ci historie bohaterów, epopeje i tragikomedie. Opowiadałabym Ci frapujące baśnie, jak Szeherazada królowi ze złamanym sercem, tysiąc i jedną noc, jeśli byłoby trzeba, żebyś odroczyła wyrok śmierci.
