Taka pluskwa, którą przykleja się pod biureczko na dłużej, żeby jej żaden ważny szczegół nie umknął.Znów jestem w Nowym Orleanie. Tym razem przyleciałam o godziwej porze, nie w środku nocy, więc mogłam sobie obejrzeć z samolotu malownicze mokradła, ciągnące się kilometrami wokół miasta. Woda ma intensywnie ceglany kolor, a nieregularne plamy dryfującej po niej zieleni są miejscami aż fluorescencyjne. W niektórych miejscach wystają z tych wysepek szare od słońca drzewa: cienkie, wiotkie, zaskakująco wysokie patyki. Połowa powierzchni Nowego Orleanu znajduje się pod poziomem morza i obniża się coraz bardziej: krzepiąca perspektywa. Ciągnie mnie widać z natury do gatunków zagrożonych wyginięciem.
Autokar zabiera mnie z lotniska do Dzielnicy Francuskiej i na widok znajomych wąskich uliczek, odrapanych fasad i wymyślnych balustrad z kutego żelaza czuję drgnięcie serca: rozpoznaję moje wspomnienia. Dopiero teraz, za szóstą, siódmą wizytą, zaczynam czuć się tu swobodniej. Pierwszy raz gdziekolwiek, jest taki nieporadny: wspinam się na nagą ścianę, sama rozstawiam haki.
Za drugim i kolejnym razem mniej skupiam się na tym, co zrobić dalej; szlak już przetarty: mogę pozwolić, by miejsce pochłonęło mnie całkowicie.Choć Houston również leży w klimacie tropikalnym, to dopiero w Nowym Orleanie naprawdę się ten gorąc odczuwa. W moim exxonowym miasteczku nie ma chodników. Z mieszkania przechodzi się do samochodu, z samochodu do pracy i z powrotem. Życie toczy się w klimatyzowanych skansenach. Choć na zewnątrz ponad trzydzieści stopni, spokojnie można nosić długie spodnie, długi rękaw, podkoszulkę. Zmarzlakom przyda się nawet kurtka, bo w zimnym pomieszczeniu łatwo się przeziębić. Po rozpalonym dworze nikt nie chodzi z własnej woli. W ciągu dnia także i Houston sprawia wrażenie w większości wymarłego. Po ulicach śmigają samochody, ale ludzi nie widać, jakby wydarzyła się jakaś apokalipsa.
W Nowym Orleanie klimatyzacja nie jest sakramentem.Przeciwnie, wiele miejsc, jak na przykład oblegane Chartres House, latem celowo otwiera drzwi i okna na przestrzał, tak że siedzi się jakby w wielkiej zacienionej altanie pod starymi arkadami. (Do baru lubił ponoć zaglądać Tenessee Williams, dramaturg i autor m.in. „Tramwaju zwanego pożądaniem”). U sufitu obracają się leniwie skrzydła wielkich wiatraków. Człowiek siedzi i się poci, marynuje się we własnej frustracji, otępieniu i zmęczeniu. Potem niepostrzeżenie przyzwyczaja się do dyskomfortu i ogarnia go przyjemne rozleniwienie, i tak jak całe miasto zaczyna się poruszać na zwolnionych obrotach. Jedzenie jest konkretne i pożywne; żeby je należycie strawić, trzeba utopić je w jakimś wściekle pikantnym sosie, a potem dobić brudnym martini. Jeszcze więcej potu, jeszcze więcej gorąca i ostatecznie jeszcze większy leń.
W historycznym centrum budynki są stare i czasem zdarza się, że woda świszczy w rurach, klimatyzacja działa na pół gwizdka, a internet pełznie. Ruch uliczny funkcjonuje na zasadzie umownej kurtuazji: światło czerwone to rzecz względna; gdy nic nie jedzie albo gdy ruch jest wolny, przez jezdnię z filozoficznym spokojem przechodzą tabuny pieszych, a kierowcy uprzejmie to akceptują. Taksówki jeżdżą z opuszczonymi szybami, nawet gdy działa klimatyzacja. Przez ulice obsadzone wysokimi palmami kursują rozklekotane tramwaje. Ich charakterystyczna kakofonia napełnia mnie wielką warszawską nostalgią, a akcje Nowego Orleanu od razu za ten klekot u mnie zwyżkują.
Oczywiście, są w Nowym Orleanie takie rzeczy, które zdecydowanie mnie irytują.Choć nawet ten fakt świadczy o pewnej przyjemnej zażyłości: do obcych miejsc podchodzi się z pustą kartką, a tu już mam gruby brulion zabazgrany emocjami: jest ciekawie. Irytuje mnie marna kawa, bo jak na miasto afiszujące się wszem i wobec firmową mieszanką Cafe du Monde, uparte serwowanie lurowatej kawy do śniadania powinno być karane jakąś grzywną. Irytuje mnie nieobecność warzyw. Tę sprawę pamiętam z Bahii, którą Nowy Orlean bardzo mi przypomina klimatem, leniwą atmosferą i kuchnią. Na co dzień odżywiam się głównie sałatkami i zielonymi koktajlami, a więc odstawienie takiej dawki chlorofilu na dłużej to szok dla systemu. Irytuje mnie tłum wstawionych chłopaczków na Bourbon Street; irytują mnie wielkie kolorowe drinki z zawyżoną zawartością cukru i z zaniżoną zawartością alkoholu. Irytuje mnie również turystyczne skrzywienie tego miasta: dokądkolwiek nie pójdę, zawsze ktoś mi chce sprzedać wycieczkę albo przejażdżkę dorożką, albo dwa drinki w cenie jednego na wynos, albo jambalayę w jakiejś niesamowicie romantycznej miejscówce, albo tajski masaż w mało kameralnych warunkach. Dziękuję, nie chcę. Będę chciała, to sama was znajdę.
Ze swojej strony Nowy Orlean prawdopodobnie nie może znieść mojego spięcia, niezdolności do bezmyślnego kręcenia kciukami i upartego przemycania pracy w teczce, aczkolwiek w tym mieście wypoczynek naprawdę wychodzi mi coraz lepiej. Trudno zresztą oprzeć się atmosferze fajrantu, którą oddycha Nowy Orlean. Za każdym razem coraz bardziej czuję tego bluesa. Być może dlatego, że towarzystwo starego znajomego relaksuje wręcz a priori: tak miło go znowu zobaczyć, tak miło znowu tu wrócić.

"Ciągnie mnie widać z natury do gatunków zagrożonych wyginięciem.", nie jesteś sama w tym zboczeniu. Wenecja tez już milion razy była żegnana w wielu publikacjach, jako miasto, które lada moment może zniknąć pod woda. Też wyznaję zasadę "powrotów". Za pierwszym razem prawie nigdy nie uda nam się poznać istoty miejsca, jego "ukrytego oblicza". To trochę jak z czytaniem książek. Gdy sięgamy po tę samą powieść po raz kolejny, za drugim razem cala historia jawi się nam w nieco innym świetle. I dobrze jest mieć w miejscu przyjaciela :)
OdpowiedzUsuńCo do upałów to tutaj jest podobnie. Bo ubiorze poznasz kto może pozwolić sobie na luksus przebywania w klimatyzowanym pomieszczeniu, a kto przemieszcza się pieszo po parującym mieście. Pozdrawiam Cię :)
Dokładnie tak samo było w Salwadorze: kto szedł pieszo, widać nie miał ze sobą nic, co warto by ukraść. Oczywiście, narkomani potrafili zaatakować samochód zatrzymujący się na pasach: to dopiero adrenalina, na dodatek zwykle byli na głodzie, więc nie myśleli racjonalnie, potrafili pociągnąć za cyngiel przestraszeni nagłym ruchem. Na szczęście tu tych atrakcji nie ma.
UsuńNowy Orlean w ogóle mi się nie nudzi: zawsze odkrywam w nim coś, co z braku czasu muszę już zostawić "na potem"... Jestem zdecydowanie uzależniona!!! A do Wenecji tak zachęcasz, że teraz już koniecznie muszę zobaczyć :) Serdeczności!
Dla mnie to bajka z baśni tysiąca i jednej nocy. Zawsze pociągający z jazgoczącym jazzem, a można poczuć bluza. Orszakami uśmiechów .. ze swoimi mokradłami i charakterystyczną pewnie wilgotnością której nie znoszę. A jednak choćby raz przeżyć to co nieznośne i co bajkowe w tym mieście, marzy mi się.
OdpowiedzUsuń;)
Migafko, do Nowego Orleanu niezmiennie zachęcam. Tak jak do Teksasu podchodzę z pewną chłodną fascynacją, to Nowy Orlean: tak, bezwarunkowo tak! Dla niego warto się postarać o amerykańską wizę (choć wiem, że głównie ta biurokracja zniechęca...).
UsuńA co do jazgoczącego jazzu: właśnie przeszła mi pod oknem wielka procesja z kilkoma orkiestrami i całym balem przebierańców. Dla takich momentów tu się jest, żeby popodrygiwać na ulicy i złapać sznurek karnawałowych paciorków lecący w Twoją stronę z przejeżdżającej platformy :)
Wilgotność: owszem, choć w czerwcu jeszcze ujdzie, gorzej będzie w lipcu, sierpniu. Tak więc zapraszam teraz :)
artykuł bardzo przyjemnie się czyta, twój blog odkryłam dopiero teraz, ale wpadnę jeszcze przeczytać parę wpisów
OdpowiedzUsuńA to miłe :) Dziękuję Ci za wizytę i mam nadzieję, że jeszcze wpadniesz. Pozdrawiam :)
Usuń