Jego zadanie miało jednak pozostać trudne. Coś tam jeszcze mówił: instruował, jakie dokumenty załatwić; pełny odpis aktu urodzenia zamiast skróconego, bo „skrócony akt urodzenia w Ameryce, to można tu sobie przy granicy z Meksykiem kupić od ręki”. Kilkakrotnie doradził też, że powinniśmy kupić coś na raty, bo wspólne zadłużenie cementuje związek i jest dowodem szczerego zaangażowania. „Kupcie chociażby sofę” - sugerował. A na odchodnym podkreślił dobitnie:
„Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia”.Bakcyla do dziś nie połknęłam. Cykam obecnie całkiem sprawnie, ale nadal czuję w tej czynności obcą mi wrażliwość. I za każdym razem zachowuję tę świadomość, że teraz robię zdjęcia, a za chwilę, gdy stwierdzę, że już wystarczy, że już mam to, co chciałam - schowam telefon do torby i wtedy dopiero sobie wszystko na spokojnie pooglądam. W pewnym bardzo podstawowym sensie nadal uważam zdjęcia w ogóle za absolutnie zbędne. Być może właśnie dlatego - o ironio - że są dla mnie tak pragmatyczne, tak podyktowane moją obecną sytuacją. Nadal robię je z myślą o rządzie amerykańskim, nadal męczy mnie to pytanie, czy mój segregator jest dość gruby, czy anonimowego biurokratę przekonają rzędy małych prostokątów kiepskiej jakości, wydrukowanych byle aby, żeby tylko można było mniej więcej rozpoznać twarze. Człowiek się męczy z ustawieniem ostrości, rozważa kompozycję, przejmuje się, że oczy zamknięte, że grymas - a ostatecznie chodzi tylko o wartość bezwzględną: czy widać nas razem, czy nie, ile tych zdjęć wspólnych jest, jak to wpływa na prawny status naszej relacji: czy została zawarta w dobrej wierze, czy nie, czy jest bona fide, czy mala fide.
Mówię Mężczyźnie: „To jest ta dekada, kiedy musimy sobie robić jak najwięcej zdjęć. Wszystkie te portrety, które później będą wisieć na ścianach i na gzymsach kominków. Kobiety mają krótszą datę ważności. Mam jeszcze może piętnaście lat, a później będzie już tylko gorzej. Ty za to zawsze będziesz wyglądał dobrze, tobie wszystko jedno. Ta dekada powinna przejść do wieczności”.Teorię, jak widać, znam. Intelektualnie przynajmniej pojmuję koncept utrwalania czegoś dla teoretycznej potomności. Praktyka jednak wyraźnie kuleje. Mimo usilnych przykazań prawnika, zdjęć ślubnych mamy razem może piętnaście, wszystkie robione jednorazową kamerą. Z dość kameralnych rocznic może jedno czy dwa, na których widać nas razem. Od czasu do czasu rzucamy się, by pójść do profesjonalisty, ale zdaje się, że u obojga priorytetowość tego przedsięwzięcia jest, mimo deklaracji, nikła. Coś tam ciułamy na wspólnych wyjazdach. Czasem trafi się los na loterii i na jakimś wypadzie zdjęcia cyka miłosierny znajomy. Oglądam je później: faktycznie, fajnie je mieć. Głównie myślę jednak z ulgą: „Będzie dla prawnika”. Kilka starych zdjęć dziadka noszę w portfelu, na ścianach nie wieszam nic. Przypinam tylko ulubione fotki tancerzy z Houston Ballet Company, bo cieszy mnie dynamika tych ujęć, geometria szpagatów, stopy wygięte w bezlitosnym dążeniu do doskonałości. Mam słabość do czarno-białej fotografii, lubię minimalistyczne akty Wańtucha i twardą estetykę Helmuta Newtona. Nie mam nic przeciwko fotografii jako takiej: jest piękna. Sama jednak nie lubię jej tworzyć.
Czy to się kiedyś zmieni? Być może. Być może nie. Są ludzie aseksualni, ja być może urodziłam się bez popędu fotografowania, choć zdaję sobie sprawę, że w obecnym, rozcykanym społeczeństwie insta, znajduję się w nietypowej mniejszości.Do Brazylii o mały włos pojechałam bez aparatu. Sąsiadka wmusiła mi swój w wigilię wylotu. Nosiłam go ze sobą wszędzie, ale rutynowo zapominałam o jego istnieniu. Walał się w torebce, wchodził natrętnie w ręce. Udawałam, że go nie widzę. Myślałam: „Nie teraz, za chwilę, później”. Przeszkadzało mi to, co zawsze mi w fotografowaniu przeszkadza: że do zdjęcia trzeba się złożyć jak do strzału, utworzyć dystans, ustawić rygorystycznie parametry, zajrzeć jak obcy w czyjeś oświetlone okno. Potem, po fakcie, włącza się (mimowolnie?) taka lekka impertynencja: mam. Ustrzeliłem, skonsumowałem - idę. Trofeum staje się ważniejsze niż samo przeżywanie, staje się najważniejsze. Byłaś w Brazylii? Masz zdjęcia? Fotografia wysuwa się na pierwszy plan; wartość samej fotografowanej treści leci na łeb, na szyję. Zdecydowanie jesteśmy społeczeństwem zorientowanym wizualnie, rozumiem to. Ale, jak mówi filozof Ravi Zacharias, na początku było Słowo, nie Wideo.
Brazylia, oczywiście, była jeszcze przed Stanami i przed blogiem: miałam ten luksus, że nie musiałam usilnie robić nic na pamiątkę. Ostatecznie i tak uzbierałam jakieś kilkadziesiąt zdjęć, zapisanych na karcie, która okazała się felerna: uparcie odmawiała zgrania zdjęć na twardy dysk. Moje przeżycia okazały się prawdziwie hermetyczne, tak jak indywidualna pamięć, radość i ból, którymi nigdy się do końca podzielić nie można. Po powrocie planowałam zanieść kartę do jakiegoś informatyka, aby się z nią potrudził, ale sąsiadka dopominała się o swoją własność. (Czyżby jej życie bez aparatu stało się tak podatne na zapomnienie? Przepraszam. Czysta złośliwość z mojej strony, choć to raczej moje dziwactwo zasługuje na złośliwości). W sumie nie walczyłam o niego zanadto. Karta została natychmiast sformatowana. Trochę mnie to obeszło, ale przecież żadnych wspomnień nie straciłam: wszystkie wspomnienia zachowałam w 4D.
Sofy nie kupiliśmy do teraz.

Haha Karolina :-) Czas na iphone's :-)
OdpowiedzUsuńPowodzenia ze Sprawa x
Hej Natka, dzięki :) Mam nadzieję, że w tym roku zostanie rozwiązana: niedługo znowu mamy świecić oczami przed prawnikiem :) Pozdrawiam!
UsuńKupujcie tą sofę!!! No co, jakaś fajna, wygodna sofa Ci się nie przyda?... Nasłuchałam się takich historii... segregator musi być gruby, a najlepiej, żeby cały plecak był. Twoje posty są tak bogate i barwne, że zdjęcia mogłyby wręcz niepotrzebnie odwrócić uwagę czytelnika, więc ja głosuję, zdjęć na blogu NIE, ale zdjęcia do prawnika TAK.
OdpowiedzUsuńJoanno!! Strasznie mnie ucieszyło to, co mówisz, bo nie ukrywam, że czasem odczuwam presję wrzucania zdjęć. Jak to żartuje mój brat, "jak to tak bez obrazków"?? Oczywiście cieszą mnie blogi stricte fotograficzne, ale z założenia na blogu gwiazdą ma być tekst... Zdjęcia wrzucam na instagrama i na facebooka (gdy pamiętam :)
UsuńZamiast sofy kupiliśmy ławeczkę (taką do parku) i postawiliśmy w salonie :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie z Denver!