Jim Bowie
i srebro w San Saba

środa, 17 czerwca 2015

Aby oszczędzić na prochu i nie nadużywać zbytnio swojej rusznicy, Jim Bowie przywykł chwytać swoją zdobycz na lasso, a potem dobijać ją nożem, z bliska i intymnie. Oczywiście nie wiedział, że z czasem jego nazwisko stanie się znane na cały świat jako nazwa długiego noża z solidnym trzonkiem i wymodelowanym ostrzem. W swojej długości i poręczności nóż Bowie jest być może wcieleniem szkockiego sztyletu, bo właśnie z tamtych stron pochodziła rodzina Jima. Ale na dobrą sprawę jego początki i ewolucja są niepewne - tak jak niepewne są fakty z życia człowieka, od którego nóż bierze swoje imię. Bowie zostawił po sobie niewiele dokumentów i zginął stosunkowo wcześnie, na dodatek w okolicznościach, które niemal momentalnie stały się kanwą wielkiej teksaskiej legendy - jakby mało było opowiastek krążących na temat jego życia!

Komiks autorstwa Joe Simona i Jacka Kirby'ego: twórców m.in. Kapitana Ameryki. Źródło
Bowie urodził się w Kentucky, ale wzrastał w Luizjanie. Jego ojciec był urodzonym pionierem: kochał wielkie, otwarte przestrzenie i prosty żywot trapera. Kilkakrotnie zmieniał miejsce zamieszkania: osiedlał się na najdalszych krańcach dopiero co utworzonego kraju i natychmiast z nich uciekał, gdy tylko stawały się bardziej cywilizowane. Jako osiemnastolatek Jim zaciągnął się do luizjańskiej armii, która miała odeprzeć atak Brytyjczyków na Nowy Orlean. Kilka lat później wraz z braćmi wybrał się na teksaską wyspę Galveston i zawarł porozumienie z piratem Jean Lafitte. Wspólnie zaczęli szmuglować niewolników na ziemie amerykańskie. Mieli idealne wyczucie czasu: w 1808 r. amerykański kongres zakazał wwozu nowych niewolników na ziemie amerykańskie - co oznaczało, że nielegalny handel ludźmi stał się nad wyraz opłacalny. Bracia Bowie ciągnęli ten proceder przez rok, aż zarobili około 65 tys. dolarów. Wtedy, jak to mówi brat Jima, „spasowaliśmy i natychmiast wszystko wydaliśmy”.

Tak, początek XIX w. był czasem idealnym dla gentlemana z fantazją. „Księżycowe miasto”, Nowy Orlean, niedawno dostało się w ręce amerykańskie, a wraz z nim bajeczny wręcz szmat ziemi. Przestrzeń nie do ogarnięcia! Przedwczoraj terytorium hiszpańskie, wczoraj francuskie, dziś amerykańskie: kto by tam w tym zamęcie zauważył jakieś pomniejsze zawirowanie? Bowie ponownie idealnie wstrzelił się w klimat i potrzeby chwili. Zaczął fałszować hiszpańskie tytuły własności, zwykle dotyczące ziemi, do której nikt nie rościł sobie pretensji. Poświadczał je u notariusza i sprzedawał za czysty zysk. Oszustwo było tak niesłychane i na dobrą sprawę tak nowe, że Stany Zjednoczone nie zdążyły jeszcze uchwalić praktycznie żadnych praw dotyczących spekulacji gruntem. Historycy szacują, że Bowie sprzedał w ten sposób ponad 26 tys. hektarów, choć prawdy trudno dociec: większość dokumentów zostało straconych.

Tereny objęte zakupem Luizjany (kolor zielony). Ziemie na prawo (kolor ceglany + Michigan Territory zaznaczone na pomarańczowo, bez Florydy) to ziemie pierwotnych Stanów Zjednoczonych. Żółte terytoria należały do Hiszpanii, a od 1821 - do Meksyku. Źródło
Do pewnego stopnia operacja była całkiem niewinna: poza amerykańskim rządem nikt na niej nie tracił, zyskiwali niemal wszyscy. Ostatecznie jednak Jim nie mógł blefować w nieskończoność. W Luizjanie zaczął mu się palić grunt pod nogami. Został wyzwany na honorowy pojedynek, który zakończył się nie do końca honorową walką wręcz. Jim zdołał zakłuć przeciwnika swoim wielkim nożem, ale sam został pokiereszowany tak, że nie wiedziano nawet, czy przeżyje. (Wieść o pojedynku momentalnie zaczęła żyć własnym życiem, bo choć animozje były biznesowe, to ostatecznym punktem zapalnym okazała się cześć kobiety: na potrzeby pogłoski i mitu temat wyjątkowo chodliwy).

Gdy Bowie wylizał się z ran, postanowił wyemigrować do Meksyku i rozpocząć wszystko od nowa. Udał się do Teksasu, gdzie od kilkunastu lat powstawały angloamerykańskie osady pod czujnym okiem wizjonera Stephena A. Austina. W San Antonio trzydziestoczteroletni Bowie zakochał się w Ursuli de Veramendi, młodziutkiej córce wicegubernatora kolonii, oświadczył się i - o dziwo - został przyjęty. Wicegubernatora przekonało jego całkiem rozległe portfolio, choć oczywiście - z uwagi na okoliczności - Bowie uznał za stosowne odjąć sobie trochę lat i przyznać kilkadziesiąt tysięcy dolarów ekstra. Być może właśnie na fali tego udanego mariażu Bowie podjął się kolejnego szalonego przedsięwzięcia - jeszcze bardziej szalonego niż poprzednie. Postanowił odnaleźć zaginioną kopalnię misji San Saba.

Wieści o skarbie krążyły w tych okolicach od prawie pół wieku. Misję założyli franciszkanie z osady San Antonio na prośbę Apaczów. Prośba okazała się jednak oportunistyczna: Apaczom zagrażali od północy Komancze, więc sprowokowanie konfrontacji między dwoma wrogimi im siłami było dla nich jak najbardziej pożądane. Ich plan się powiódł: rok po wybudowaniu misji dwutysięczna armia Komanczów spaliła do cna liche drewniane zabudowania. Hiszpanie odbudowali misję, tym razem jako istną twierdzę. Komancze, rzecz jasna, ani myśleli ją oblegać. Tak jak Apacze, byli wrodzonymi partyzantami: podpalali pola, rozkradali bydło i wybijali pojedynczych żołnierzy, którzy wypuszczali się po zwierzynę lub chrust. Co ważniejsze, zasadzali się na wozy z zaopatrzeniem, które jechały do San Saba z San Antonio. Osada umarła ostatecznie z wycieńczenia, niskiego morale i zwykłego głodu. Przeżyła ledwie jedenaście lat. W jej ruinach miano ponoć odnaleźć wielkie sztaby srebra, które dały początek legendzie o eksploatowanej kopalni.

Ruiny misji San Saba. Zniszczenie misji przez Komanczów 16 marca 1758 r. pamiętane jest w regionie do teraz. Co roku tego dnia w pobliskiej parafii wierni przyjmują Komunię (ponoć z tego samego kielicha, który był w użyciu w San Saba), a potem odbywają pielgrzymkę do ruin. W masakrze zginęło osiem osób. Źródło
Tu jednak Fortuna odwróciła się od Jima. Zamiast srebra, Bowie znalazł tylko armię wrogich Indian i wdał się z nimi w przewlekłą strzelaninę, która trwała od wczesnego ranka do późnego wieczora. Utarczka skutecznie odstraszyła ekspedycję Bowiego od dalszego pałętania się po wrogim terenie. I szczerze mówiąc, poszukiwanie skarbu na chybił trafił nie licuje mi się do końca z poprzednimi przedsięwzięciami Bowiego, które choć śmiałe, były jednak dobrze zorganizowane i opierały się na solidnych przesłankach. Być może Bowie liczył tutaj na dziki łut szczęścia? Być może grał tu rolę fakt jego niedawnego małżeństwa z Ursulą? Człowiek zakochany zdolny jest do takiego optymistycznego rzucania się na wiatraki. W każdym razie Bowie wrócił do San Antonio z pustymi rękami. Witała go z płaczem Ursula ubrana już we wdowią czerń - w międzyczasie w mieście usłyszano pogłoski o wrogich Indianach w okolicy i uznano, że niewielka ekspedycja Jima nie miała wobec nich żadnych szans.

Nie brak oczywiście takich, co wierzą, że Bowie znalazł jednak skarb i ukrył go w San Antonio, w studni na terenach starej misji Alamo. Ma to rzekomo tłumaczyć, dlaczego Alamo było później tak heroicznie bronione przez rewolucjonistów i tak uparcie oblegane przez Santa Annę. Alamo - i tragiczny koniec Jima Bowie - zasługuje jednak na osobny wpis. Na razie zostawmy Bowiego w spokoju, w objęciach młodej Ursuli, pełnego nadziei na przyszłość. „Będą inne skarby” - myśli sobie pewnie. Być może ma już pomysł na kolejny szalony przekręt.

Źródło:

Edmondson, J.R. 2000. The Alamo story: From early history to current conflicts. Plano, TX: Wordware Publishing, ss. 82-129.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo