tu pobierz ostatnią aktualizację
amerykańskiej historii

piątek, 3 lipca 2015

Mam słabość do dobrze napisanych reportaży - inteligentny reportaż uwiedzie mnie z o wiele większym powodzeniem, niż miałka powieść z listy bestsellerów. Do moich ulubionych pozycji tego typu należy „Among the Believers” (Wśród wierzących) noblisty V.S. Naipaula, zbiór zapisków z podróży po trzech bardzo różnych krajach, które uchodzą za muzułmańskie: po szyickim Iranie, ortodoksyjnym Pakistanie i progresywnej Indonezji. Polecam całą książkę, choć rozdział dotyczący Pakistanu jest dla mnie chyba najbardziej frapujący. Być może dlatego, że interesują mnie eksperymenty, a Pakistan jest - do pewnego stopnia - tworem eksperymentalnym, młodziutkim, powstałym dopiero w 1930 roku. Na dodatek, jako idea kraju dla prześladowanych indyjskich muzułmanów, narodził się w głowie poety. (Fakt ważki i niebezpieczny, bo coś w tym jest, że taki mózg jak Platon zakazał jednak artystom wstępu do swojego modelowego państwa).

Pakistan miał być, w swoim założeniu, idealnym państwem muzułmańskim. Wkrótce po jego powstaniu zawiązał się komitet ideologiczny, który miał zająć się infrastrukturą i prawodawstwem - na podstawie Koranu. Banki miały nie pobierać odsetek, system zapomóg społecznych miał być zbudowany z obowiązkowej jałmużny (która jest jednym z filarów islamu), osiedla miejskie miały być zorganizowane wokół meczetu, tak by wierni słyszeli słyszeli zew do modlitwy, i tak dalej. Fascynujące studium skrajnego (radykalnego) innowatorstwa.
Myślę, że Europejczycy, do pewnego stopnia, nigdy takiego nastawienia do końca nie pojmą. Fakt, są takie karty w naszej historii, które chcielibyśmy wyrwać albo zamazać; są takie sprawy - głównie kulturowe - które ciągle wymagają aktualizacji, a jednak - globalnie rzecz biorąc - nie kusi nas, by wyrzucić, na przykład, całą spuściznę Imperium Rzymskiego, zreorganizować siatkę dróg, zrewidować podstawowe wytyczne prawa i zacząć od punktu zero, podpierając się, powiedzmy, Pięcioksięgiem (albo - czemu nie - „Panem Tadeuszem”).
A przecież jest na świecie więcej młodych krajów, które - tak jak Pakistan - z różnych względów chciałyby się od swojej historii zdystansować lub mają wobec niej stosunek tak ambiwalentny, że w bardzo małym tylko stopniu przekłada się on na użytek praktyczny. Wbrew pozorom, to wyparcie jest całkiem logiczne, bo jeśli dostępną spuściznę zostawił nam podły imperialista lub wróg, to czemu mielibyśmy z tego ciała obcego korzystać? Wymyślmy coś lepszego, własnego. Europejczycy natomiast patrzą na te twórcze eksperymenty z perspektywy swojego tysiąclecia i kręcą głową z dezaprobatą i niedowierzaniem.

W tym dywagacyjnym szaleństwie jest metoda, oczywiście. Kilka dni temu z naznaczonego historią Nowego Orleanu przeleciałam pół kontynentu i znalazłam się znienacka w nowiutkim Denver w stanie Kolorado, na skraju Gór Skalistych. Jeszcze mam w oczach odrapane osiemnastowieczne kamienice i pomarańczowe błocko na potłuczonym bruku, szereg flag przypominających o skomplikowanej historii Luizjany, a tu nagle jestem w mieście, które wydaje się funkcjonalnym, czyściutkim, gustownym centrum handlowym. Kapitol pośrodku miasta prawie niezauważalny wśród szklanych wieżowców i też jakby nowy, błyszczy w słońcu złocistą wypolerowaną kopułą. Ulice czyste, ani jednego śmiecia, nie to co w Nowym Orleanie, gdzie lawiruje się między odpadkami wystawianymi malowniczo na skraj chodnika (kwaśny smród w gorącym wilgotnym powietrzu).


Wielu mieszkańców Denver chodzi dzień w dzień w sportowych ubraniach, bo klimat jest dogodnie umiarkowany i cały rok można ćwiczyć na dworze, korzystać z tras joggingowych albo z kilkudziesięciu pięknie zaprojektowanych parków miejskich. Kuchnia jest nowoczesna, organiczna; w niczym nie przypomina ciężkich kreolskich potraw; nie przypomina także - na szczęście - papieru toaletowego podgrzanego w mikrofalówce, którym dławię się w wielu teksaskich restauracjach. Ciekawe lokalne przedsiębiorstwa, dyskretne apteki, gdzie można kupić marihuanę, niedawno zalegalizowaną w Kolorado na użytek rekreacyjny; elektryczne autobusy, tak cichutkie, że w moim roztargnieniu naprawdę muszę na nie uważać. Chodzę sobie wieczorkiem po centrum i wypełnia mnie taka ahistoryczna lekkość. Na horyzoncie pasmo ośnieżonych szczytów, zaraz nad nim - jak lustrzane odbicie - pasmo podobnie ustawionych chmur.
Lubię te niezużyte miasta: Denver, Cleveland, Seattle, Houston, Phoenix, wszystkie te konstrukty z czytelnym wykresem słupkowym na horyzoncie: rzędem szklanych wieżowców, awangardowymi rzeźbami, estetyczną gamą kolorystyczną, w której dominują odcienie zachowawczego beżu. (To nie Warszawa, w której jak huby na pniu wyrastają coraz to inne architektoniczne stwory. Tu jest Ordnung).
Ale gdy te miasta odwiedzam, zawsze narzuca mi się refleksja o tym, jak - w gruncie rzeczy - strasznie młoda jest Ameryka. Oczywiście, porównywanie jej z Pakistanem i państwami postkolonialnymi jest z mojej strony celowo przewrotne, ale jednak pomyślmy: wiele ustaleń amerykańskich ojców-założycieli było motywowanych negatywnie. Myślę na przykład o wolności wyznania, wolności posiadania broni, wolności stanów do prawnego samostanowienia, ograniczeniu odgórnych praw federalnych, wyraźnym wykluczeniu instytucji religii narodowej i tak dalej. Twórcy Konstytucji rozsądnie zaczerpnęli ze spuścizny angielskich filozofów, ale równocześnie działali ze świadomym innowatorstwem, w odpowiedzi na konkretną sytuację historyczną, z chęcią zdystansowania się od Europy, która ich rozczarowała, i stworzenia pewnego unikatu.
Udało się? Pewnie, że się udało. Cokolwiek by o nich nie powiedzieć, Stany Zjednoczone są wyjątkowe. Historia zachowuje się tu inaczej: mam wrażenie, że nie biegnie, ale nieustannie się aktualizuje, jak nowoczesny apple'owski program.
Jest w Denver, oczywiście, sporo historii. W górach wielokrotnie znajdowano cenne metale; miały tu miejsce okresowe gorączki złota; do teraz można sobie od władz stanowych kupić kawałek skały i zacząć kuć (prawa zawierają jednak klauzulę o konieczności eksploatacji, w przypadku zaniedbania, ziemia wraca do stanu). W zagnieceniach górskiego terenu wiele małych, wymarłych miasteczek górniczych, krajobraz ghost towns. Denver zyskało na znaczeniu również w czasach zimnej wojny: u podnóża góry Cheyenne wybudowano wówczas wielki bunkier, siedzibę NORADu (North American Aerospace Defence Command, Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej). Po zamachach na World Trade Center bunkier odnowiono i wyposażono w najnowocześniejszą technologię. Jeśli diabli wezmą Waszyngton, D.C., Denver stanie się de facto stolicą państwa.

Jakaś historia więc jest, siłą rzeczy. A jednak, jeśli wolno mi tak wprost powiedzieć, na nas, jako na Europejczykach, na nas, jako na Polakach, daty zaczynające się od osiemnastki nie robią chyba wielkiego wrażenia. Moje liceum zostało założone w roku 1303, czasem mówię to moim amerykańskim znajomym, żeby zobaczyć, jak lasuje się mózg. Wiek XIX: dla nas niemal modernizm, być może nawet pewne zmęczenie: tyle się do tego czasu wydarzyło, a ile traum wydarzy się później! I dokądkolwiek się w Europie nie zajdzie, widać ten bieg historii; widać ślady jej przejścia. A w Stanach? W Stanach historia to raczej mitologia, aktualizowana na bieżąco, zawsze w wersji najnowszej, updejtowana w czasie rzeczywistym.
Share /

4 komentarze

  1. Włochy jako jednolite państwo, tez są w gruncie rzeczy młodym krajem, ale za to często sięgającym do korzeni i przede wszystkim z nich dumnym. Wszyscy czują się spadkobiercami wielkiego imperium :) Dla Amerykanów, jak piszesz, starsza historia wydaje się mitologią, zupełnie jak gdyby nie czuli powiązania ani z historią Europy (skąd w zasadzie pochodzą rodzice, dziadkowie czy pradziadkowie większości z nich) ani z kontynentem amerykańskim i jego losami przed przybyciem Europejczyków. Trochę to dziwne bo przecież są to dwa podstawowe filary, z których dzisiejsze Stany mogły się narodzić.
    Tak z innej beczki to słuchałam Cię na audioblogu! Masz spokojny, relaksujący głos i powiem Ci szczerze, że słuchając, można jeszcze bardziej " poczuć " treść. Wzruszylam się słuchając wpisu "Pelargonie i sól"! Jest pięknie i niech się dzieje :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ta niejasna relacja z Europą wydaje mi się bardzo dziwna. W niektórych środowiskach jest taka tendencja, by na siłę się od Europy dystansować; republikanie zarzucają na przykład Obamie, że na siłę chce robić ze Stanów Europę (jakby była ona tak jednolita :), często spotykam się z przekonaniem, że w Europie jest zły socjalizm (bo jak to, że państwo się obywatelem opiekuje?). Z drugiej strony oczywiście podziw dla dorobku europejskiego, ale też przy jednoczesnym zaznaczaniu swojej odrębności. Ciężka sprawa!

      Karolino, dziękuję ogromnie za dobre słowa dotyczące Audiobloga :) Bardzo się cieszę i oczywiście czuję się zachęcona do dalszego działania!! W ten czwartek wpis o pickupie i zobaczymy, co dalej :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!

      Usuń
  2. Bardzo interesujący wpis! Mam podobne odczucia na temat amerykańskiej historii, jest taka młoda, niepozorna i wyluzowana, zapisana na T-shirtach, bokserkach i dżinsach Levisach! Pytanie, czy na pewno te marijuanowe apteki są dyskretne? Niedawno widziałam reportaż o tym, jak po zalegalizowaniu w Kolorado ten biznes kwitnie i rozrasta się w niesamowitym tempie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie to ujęłaś, Joanno... Historia zapisana na T-shirtach, bokserkach i dżinsach... bardzo trafny obraz!! Dzięki!

      Co do "zielarni" z marihuaną: jutro ukaże się na blogu wpis traktujący tylko o tym, bo temat dosyć chyba ciekawy. Myślę, że apteki są wystarczająco dyskretne; dyskretniejsze, szczerze mówiąc, niż czasem alkohol albo roznegliżowane billboardy (w tym ostatnim akurat Denver nie celuje, ale np. Nowy Jork już owszem). Poza tym konsumpcja w miejscu publicznym jest zakazana, zresztą tak samo jak publiczne picie alkoholu. "Coffee shopów" takich jak w Holandii nigdzie nie widziałam, choć też nie szukałam specjalnie, to chyba bardziej specjalność Washingtonu i Oregonu. Natomiast tak, przemysł rozrasta się w naprawdę imponującym tempie. Jestem ciekawa dalszego ciągu, szczególnie tego, czy rzeczywiście legalizacja wyeliminuje organizacje przestępcze. Niestety, to chyba tylko czas pokaże...

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo