Z restauracji wychodzimy grubo po zamknięciu, bo przy mocno pikantnym jedzeniu otwierają się pory i dusza; od goździków i kardamonu człowiekowi robi się ciepło i serdecznie; rozwiązuje się nasmarowany olejem język i rozsupłują się ukryte pragnienia serca. Na zewnątrz wiatr i nieprzyjemna, zacinająca wrogo mżawka. W świetle wysokich latarń krople błyskają pomarańczowo jak zdradziecka mika, którą oszukali się poszukiwacze złotych miast Ciboli. Przebijamy się powoli przez deszcz. Na ciemnych odcinkach trzeba uważać, by nie zjechać nieświadomie do przydrożnego rowu, w którym czyha woda. Jak to możliwe, że w przeciągu kilku godzin solidny grunt ustępuje miejsca mokradłom i rzekom? Na autostradzie nie jest lepiej. Te ambitne podniebne zakrętasy wypełniają się wodą w trymiga, jak wielkie koryta. Tam, gdzie opadają, tworzą się minijeziorka. Na szczęście jesteśmy w pickupie. Niebo tymczasem pojawia się i znika w świetle błyskawic. Ale żywioł i tak dopiero się zbiera w sobie, wyczuwamy to wyraźnie. Przeciąga się, ziewa potężnie, pomrukuje, gotuje się do skoku.
W mieszkaniu sprawdzamy radar Dopplera i widzimy wielką czerwoną amebę, sunącą przez nasze hrabstwo. Znaczy się, niedobrze. Poza tym alarm powodziowy dla naszego rejonu aż do rana. Odłączamy internet i wszystko, co na prąd, bo budynek nie ma piorunochronu. Odsuwam od okna komputery i elektronikę, na wypadek, gdyby wywiało szyby. I tak jesteśmy w lepszej sytuacji niż mieszkańcy regionów zachodnich: zanim ameba zdąży się dotoczyć nad zatokę, już się trochę zmęczy, a wiatry znad wielkiej wody dodatkową ją wyhamują. Gorzej, gdy huragan uderza od strony morza: wówczas pierwsi idziemy pod bicz, odsłonięci i bezbronni.
Sny mam intensywne i rwane. W sumie nic dziwnego: do tak dramatycznego podkładu. Grzmoci tak hucznie, że za chwilę nas rozniesie to złowieszcze nagromadzenie energii, na pewno! Z tym przeświadczeniem rychłego końca, niepostrzeżenie zasypiam. Budzę się późno. Za oknem jasność. Gaworzy pogodnie ptak, urzędujący gdzieś w konarach rozłożystego dębu, pod którym zwykle parkuję pickupa (wiem, podczas burzy to mało inteligentny wybór). Na zewnątrz pachnie wilgotną glebą. Parno. Cicho. Grzmotów jakby nigdy nie było. Jakby nie przetaczał się nigdy przez te strony wóz rozgniewanego boga.
***
Tutaj internauci pokazują zalany pomnik Steviego Ray Vaughna w Austin do dźwięków jego nieśmiertelnego szlagieru, Texas Flood. Powodzie to o częsty problem w Teksasie, ale w ostatnich tygodniach sytuacja zrobiła się naprawdę poważna. W Teksasie i Oklahomie zginęło jak dotąd kilkanaście osób. Wiele osób nie docenia niebezpieczeństwa, dopóki jest już za późno, na przykład gdy samochód porywa już woda.


Brak komentarzy
Prześlij komentarz