T jak Tejanos II:
Anglo contra Tejano

poniedziałek, 4 maja 2015

Wszystkiego najlepszego z okazji Cinco de Mayo, czyli meksykańskiej majówki! Jest to święto o tyle ciekawe, że o wiele chętniej obchodzone za granicą niż w rodzimym Meksyku. Cinco de Mayo upamiętnia bitwę pod Pueblą z 1862 r., kiedy to mizerne siły meksykańskie przeciwstawiły się doborowemu wojsku francuskiego najeźdźcy - i wygrały! Dwa tysiące Meksykanów pokonało sześciotysięczną armię, która na dodatek od pięćdziesięciu lat nie znalazła sobie równej na kontynencie europejskim. Jest moc, jak to mówi dzisiejsza młodzież!

Niestety, okazało się, że Meksykanie wykorzystują swoje zwycięstwa równie dobrze jak Polacy: bitwa pod Pueblą nie zapobiegła okupacji francuskiej, która trwała w Meksyku dwa lata. Z Francuzami ostatecznie rozprawił się Benito Juárez. Cinco de Mayo natomiast, jako święto, zostało odkryte na gruncie amerykańskim przez ruch Chicano, aktywny w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Zjawisko jest oczywiście o tyle zabawne, że jest to chyba jedyne święto obchodzone w Stanach, które nie ma nic wspólnego z amerykańską historią. Mimo tego drobnego szczegółu, obchodzone jest dosyć hucznie, zwłaszcza w rejonach, które historycznie mają z Meksykiem wiele wspólnego, czyli między innymi właśnie w Teksasie.
Daniel Maldonado, Mi Tierra, 2001. W: Arte Tejana, s. 30. Bezcenna jest ironia tego przekazu: wydaje mi się, że wielu Angloamerykanów do teraz tak właśnie postrzega kulturę latynoską w ogóle. Zwróćcie uwagę na seksowną Latinę w tle
W zeszłym tygodniu było trochę o Tejanos. Teraz będzie o Anglos, no bo jak to właściwie się stało, że hiszpańskie terytorium Tejas stało się częścią Stanów Zjednoczonych, i skąd w ogóle wzięli się w Teksasie Amerykanie? Otóż po początkowej euforii odkrycia Nowego Świata, okazało się, że terytoria te są dla osadników raczej mało atrakcyjne. Pogoda psia, żar leje się z nieba dniem i nocą, skorpiony, grzechotniki, pumy, tarantule, kaktusy i ogólnie, jak to ktoś określił, wszystko albo gryzło, albo kąsało, albo kłuło, albo drapało, albo rozszarpywało. Na dodatek, po bardzo krótkotrwałym „miesiącu miodowym” między Indianami a białymi przybyszami, nastał okres krwawych walk, które z różnym stopniem nasilenia trwały aż do końca XIX w. Wiadomo, że bez mieszkańców nie zbuduje się mocnej gospodarki, dlatego Nowa Hiszpania, aby poradzić sobie z tym fantem, wprowadziła dość przyjazny system imigracyjny, pozwalający przybyszom z zewnątrz na osiedlanie się na terytorium późniejszego Teksasu.

Fantastyczne imperium hiszpańskie szybko zaliczyło równie fantastyczną implozję, a na gruzach imperium powstała niezależna republika Meksyku (1821). Tutaj również władze meksykańskie dość szybko zorientowały się, że bez amerykańskiego osadnictwa daleko nie zajdą. Terytorium Teksasu było tak rzadko zaludnione, że ze względów politycznych trzeba było je połączyć z innym stanem, i tak powstał stan federacji meksykańskiej Coahuila y Tejas. Właśnie w tym samym mniej więcej okresie Stany Zjednoczone kupiły sobie od Francji graniczącą z Teksasem Luizjanę i bardzo chętnie kupiłyby jeszcze więcej. Wielu zapaleńców całkiem otwarcie mówiło, że terytoria Teksasu należą się Amerykanom (na mocy prawa cudownie sformułowanego przez Frasiera Crane, jednego z moich ulubionych telewizyjnych bohaterów: „Ameryka: kraju założony w oparciu o zasadę: znalezione niekradzione!”). Tak czy inaczej, zakup Luizjany oznaczał wzmożoną imigrację amerykańską na ziemie Teksasu i oczywiście nieunikniony szok kulturowy między Tejanos i Anglos.

Anglos: definicja łopatologiczna

Anglos to zasadniczo termin jeszcze mniej konkretny niż Tejanos. Łopatologicznie rzecz ujmując, na gruncie teksaskim Anglos to wszystkie osoby, które z jakichś powodów nie podpadają pod określenie Tejanos (lub Hispanic w ogóle). Banalne rozwiązanie! Będą to więc osoby takie, które więcej mają wspólnego z kulturą i dorobkiem amerykańskim niż hiszpańskim / meksykańskim. Swego czasu sądziłam, że Anglos to synonim Anglo-Saksończyków, do momentu, gdy w literaturze teksaskiej zetknęłam się z niezwykle pojemnym określeniem Anglo-Celtowie. Anglos to więc ponownie wyraz-waliza, do której bez problemu można upchnąć nie tylko faktycznych Anglo-Saksończyków, ale też niemal wszystkich Europejczyków, bo przecież gdzie ci Celtowie nie zaszli! Również mnie można określić jako Anglo, bo dla Latynosów jest to pewien skrót myślowy: chodzi o osobę z zewnątrz i nie należącą do la raza (narodu).

Niewolnictwo, nagie kąpiele w rzece i inne szokujące kwiatki

Jak można się domyślić, zderzenie obu tych bardzo różnorodnych grup nie było pozbawione dramatyzmu. Anglos przynosili ze sobą inny język, inne wyznanie i inne oczekiwania kulturowe. Ważką sprawą było niewolnictwo, proceder wzbroniony na terytorium Meksyku. Zakaz ten oznaczał, że wielu niewolników uciekało z amerykańskiego Południa i z powodzeniem osiedlało się w Teksasie. Aby przyciągnąć większą ilość osadników angloamerykańskich, władze meksykańskie honorowały istniejący już status niewolniczy, co oznaczało, że można było ich wwozić jako własność osobistą, ale nie nabywać. Mimo to, pod rządami Meksyku i później, za czasów niezależnej Republiki Teksasu, liczba niewolników na ziemiach Teksasu była - w porównaniu ze stanami głębokiego Południa - dość znikoma. Wzrosła gwałtownie dopiero po tym, jak Teksas stał się częścią Stanów Zjednoczonych, czyli w 1845 r.

Nie była to oczywiście jedyna różnica między Anglos i Tejanos. Zachowania Tejanos szokowały purytańskich Angloamerykanów. Wielu Anglos w listach z Dzikiego Zachodu, ze zgrozą opowiadało bliskim o meksykańskich kobietach, które jak gdyby nigdy nic kąpały się nago w rzece w sercu miasta San Antonio, brały udział w grach hazardowych, tańczyły do ognistej hiszpańskiej muzyki i nie nosiły gorsetów. Tylko nieliczni zauważali, że tak gorszące potańcówki były, w gruncie rzeczy, wyjątkowo czystą imprezą. Obecność rodziców i przyzwoitek skutecznie uniemożliwiała młodym wszelkie zdrożne kontakty. A brak gorsetów, cóż, meksykańskie panie najwyraźniej wiedziały, jak żyć pełną piersią.

Prawdą było natomiast, że od czasów Nowej Hiszpanii Tejanas zajmowały dość mocną pozycję w społeczeństwie, którą utrzymało również prawo meksykańskie. Kobiety mogły samodzielnie ubiegać się o przydział ziemi od korony hiszpańskiej i dziedziczyły ziemię na równi z synami. Dobra posiadane przez nie przed małżeństwem nie stawały się własnością męża; kobiety miały prawo do połowy majątku nabytego w czasie trwania małżeństwa, a mąż nie mógł nim rozporządzać bez ich zgody. (To ostatnie prawo, znane jako communio bonorum, przetrwało do dzisiaj jako community property w Teksasie i innych ziemiach meksykańskiego niegdyś Southwestu. Czasem słyszy się w mediach, że jakaś gwiazda ubiega się o rozwód np. nie w Kalifornii, a w Nowym Jorku, i prawdopodobnie robi to właśnie ze względu na taki, a nie inny podział wspólnego majątku).

Mimo wielu skandalicznych różnic, mariaże między Anglos a bogatymi Tejanas były całkiem powszechne. Małżeństwa takie były oczywiście dla Anglos okazją do szybkiego wzbogacenia się i zaistnienia w społeczeństwie. Rodzinom Tejanos zależało natomiast na wpływach politycznych i związkach ze cywilizacją angloamerykańską. Związki takie zapoczątkowały proces kulturowego przenikania, który pod wieloma względami trwa do dziś.

Sytuację kobiet na ziemiach Teksasu diametralnie zmieniła Konstytucja Teksaska z 1848 r. i oczywiście dołączenie do Stanów Zjednoczonych. O tym jednak przy innej okazji. Tymczasem ¡feliz Cinco de Mayo a todos! Znajdźcie jakie sombrero albo co tam z rondem się Wam nawinie i strzelcie sobie szklaneczkę tequili blanco. Mówią, że gdyby nie Batalla de Puebla, Francja z pewnością wsparłaby siły Konfederacji w wojnie secesyjnej, a gdyby to się stało, to kto wie, z jaką Ameryką mielibyśmy obecnie do czynienia? Oczywiście to tylko takie tam historyczne dywagacje, ale miło je posnuć. ¡Salud compañeros!



Zdecydowanie nie jestem historykiem, ale na tyle, na ile umiem, staram się zrozumieć historyczne łamigłówki i ochoczo korzystam ze źródeł!

Acosta, Teresa Palomo - Ruthe Winegarten. 2003. Las Tejanas: 300 years of history, Austin, TX: University of Texas Press.
Moreno, Cesaréo. 2011. Arte Tejano de campos, barrios y fronteras, Buenos Aires: Fundación OSDE.
Share /

3 komentarze

  1. Teksas nawet jeśli kąsa to i tak podoba mi się coraz bardziej. Nie wiem dlaczego ale kultura latynoska pociąga mnie i rozciąga, dlatego też czytam z zapartym tchem wszystko co piszesz. Jak się kiedyś dorobie to pozwiedzam wszystkie te miejsca, Teksas też! Pozdrawiam! :)
    PS. Twarzowe sombrero :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdeczne dzięki!! Też bardzo lubię kulturę latynoską... zdecydownie bliżej mi do niej niż do amerykańskiej; amerykańska, mam wrażenie, depcze po wszystkich moich odciskach, natomiast latynoskiej jestem w stanie wybaczyć również wady :)

      Zapraszam bardzo serdecznie!! Służę miejscówką, pickupem i zupą z tortilli, być może nawet zapasowe sombrero się znajdzie :) Pozdrawiam :D

      Usuń
  2. Tą zupą mnie przekonałaś! Zbieram na bilet :D

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo