Pete wracał do domu w strugach deszczu. Wlókł się po mokrej jezdni, bo nawet przy wycieraczkach pracujących ostrym kłusem nie za wiele było widać. Wypadku, przy swoim minimalistycznym OC, wolałby jednak uniknąć. Siła złego na jednego. Zaparkował pickupa na podjeździe i czekał na moment, aż deszcz trochę się zatchnie, trochę się zmęczy swoją furią. W tym krótkim momencie sporadycznego pokapywania Pete przebiegł do tylnych drzwi, przez chwilę szamotał się z kluczami i wreszcie z parnego, wilgotnego dworu wszedł w klimatyzowaną ciemność zagraconej sieni. W salonie, Barbara drzemała na fotelu przed telewizorem. Ocknęła się na dźwięk otwieranych drzwi; spojrzała na niego pytająco, z wielkiej dali swoich snów. „Deszcz” - wyjaśnił Pete lakonicznie i zbędnie, bo szum był głośny i oczywisty. Wszedł do siebie i rzucił się z powrotem na łóżko. Był zmęczony. Męczyło go wstawanie po nic o czwartej nad ranem, gapienie się w obojętne niebo, zaczynanie roboty na niby, wyczekiwanie grzmotów z oddali jak odgłosów nadchodzącego zwierza.
To nie był dobry tydzień. Wczoraj przed południem zdechła Scarlett. Telepało ją bite dwie godziny. O tyle dobrze, że przynajmniej mógł przy niej być. Gdyby nie deszcz, staruszką musiałby się zająć kto inny, a on nigdy by sobie nie wybaczył swojej nieobecności. Scarlett już od dawna włóczyła się z bezwładną nogą, nieruchomiała na całe godziny; ale i tak, gdy ją zawołał, sunęła ku niemu wiernie, z wysiłkiem, centymetr po centymetrze. Jej wzrok był czymś najpiękniejszym na świecie. Niby wiedział, że wkrótce odejdzie, ale gdy wreszcie zastygła na amen, siekło go to porządnie. Siekło zresztą wszystkich w domu, choć była przecież przybłędą, jak i on. Wszyscy łykali łzy.
Był zmęczony, ale nie mógł zasnąć. Leżał z otwartymi oczami i śledził błyski odbijające się na zasuniętych szczelnie żaluzjach. Po każdym błysku liczył raz, dwa, trzy, jak uczyła go matka. Grzmoty przychodziły jak w zegarku. Zwykle działało to na niego krzepiąco, ale nie dzisiaj. Odejście Scarlett siedziało w nim jak fizyczny ból. Przypomniała mu się ta belka, która kilka miesięcy temu uderzyła go w bark na budowie. Przyjęli nowicjusza, który obsługiwał widać dźwig na chybił trafił. Inny robotnik dostał belką w głowę i wylądował w szpitalu z wstrząsem mózgu. Pech to pech. Budowę zamknięto na cały dzień. Pete nie pozwolił się zabrać do szpitala. Kilka tygodni chodził na prochach, z bólu nie mógł spać, lecz zaciskał zęby i pojawiał się na budowie z gorsetem ukrytym pod T-shirtem. Praca nie była zła, choć gdy zaczynał na początku roku, czuł się trochę zagubiony. Inni robotnicy przekomarzali się ze sobą po hiszpańsku, do pracy przynosili warzywa, tortille, fasolę i sosy ostro zalatujące octem. A jednak przyjęli go, gadali do niego swoją niedoskonałą angielszczyzną. Podłapał trochę latynoskiego slangu i zasmakował w ich kuchni. „Kalafior?” - pytała Barbara z niedowierzaniem, gdy rozpakowywał sprawunki. - „Kupiłeś ka-la-fior?”. Kupował kalafior, paprykę i jicamę; kupiłby nawet kilka nopales, tych śmiesznych cycków kaktusa, gdyby wiedział, co z nimi zrobić, żeby były takie dobre jak te z pomidorami i cebulą, którymi częstowano go w pracy. Nie miał kobiety, która by się tym zajęła, a Barbara ograniczała się do puszek. Na pewno o wiele bardziej podobało mu się na budowie niż wcześniej, gdy pracował jako hydraulik. Hydraulicy to byli dziwni ludzie. Przy pracy obijali się i opowiadali kiepskie dowcipy, a po godzinach wypisywali do niego SMS-y z jakimiś głupotami. Zarabiał więcej, ale co to była za męka. Teraz było dobrze. Tylko ten cholerny deszcz. Starał się obliczyć, ile pieniędzy dostanie wobec tego w przyszły piątek, ale cyfry plątały mu się w głowie. Deszcz szumiał, a grzmoty huczały nieprzejednanie, jak doprowadzona do ostateczności kobieta. Ona miota się po kuchni i grzmi, a ty siedzisz przy stole z oczami w słup i nie wiesz, co się dzieje. Poczuł, że znów bolą go plecy. Czternaście lat minęło jak jeden dzień. Przedwczoraj trzymał w objęciach szczeniaka, wczoraj składał w dół wyleniałego psa. Zamrugał. Zamknął oczy.
Wydawało mu się, że pod oknem słyszy szczekanie Scarlett; wyraźnie przebijało się przez uporczywy szum deszczu. W niespokojnym śnie opanowało go okropne przeświadczenie, że być może pochował ją żywą. Jak mógł tego nie zauważyć? Jak mógł jej to zrobić? Ziemię rozpulchnioną przez deszcz łatwo będzie rozkopać, może nie jest za późno... We śnie rył gołymi rękami czarną ziemię pod dębem, gdzie złożył wczoraj Scarlett; mimo deszczu nie ustępowała tak łatwo. Scarlett szczekała uparcie. Obudził się z rozszalałym tętnem, zlany potem. Za oknem przeszedł kolejny grom. Była dopiero ósma.

Czyta się z zapartym tchem. I nie wiem czy to za sprawą wiatru, który upiornie wieje mi za oknem, ale usłyszałam też szum tego deszczu i smutek Pete'a. Przygnębiająca historia, jedna z tych, które ciężko skomentować i po których wysłuchaniu tylko się wzdycha. Pozdrawiam Cię i życzę słońca (już chyba Ci je wysłałam, bo się właśnie zachmurzyło i pewnie będzie padać) :)
OdpowiedzUsuńDzięki. Cóż powiedzieć? Tak, ta historia jest stworzona do zadumy. Lubię historie takich ludzi, którzy donikąd nie należą i odżegnują się od jakiejkolwiek przynależności...
OdpowiedzUsuń