Henry i psiarnia USA

czwartek, 16 kwietnia 2015

„To było w Cloverleaf, takiej dziurze niedaleko nas. Uwierz mi, kiedy ja jeździłem tam z listami, to naprawdę było dziwne miejsce, pełne pomyleńców, śmieciarzy, zainfekowanych dziwek z wrzodami na ramionach i typków spod najciemniejszej gwiazdy. Podobno to dlatego, że kiedyś w tej okolicy bracia żenili się z siostrami. Ja tam nie wierzę w te gadki, ale to by sporo wyjaśniało. Pamiętam jedną kobietę, która po prostu mieszkała w chaszczach na czyimś zarośniętym poletku. W okolicznych sklepach nakradła wózków do zakupów i zrobiła sobie z nich chatynkę. Metalową kratkę poprzetykała gałęziami, kółeczka wkopała w ziemię. W sumie całkiem pomysłowe to było, a ile pracy! W roli dachu rozciągnęła płachtę brezentu. Mówię ci, takich rzeczy się nie zmyśla. Na skraju poletka stała, jakby nie było, całkiem przyzwoita skrzynka na listy. Co miesiąc przychodził do starej czek z emeryturą - i to wszystko. Na poczcie mówili mi: „Nie doręczaj, bo ona nie ma tam meldunku”. Ale co miałem zrobić? Ta emerytura to wszystko, co miała. Gdy tylko wkładałem list do skrzynki, babinka już wychodziła ze swojego domku. Zawsze w tej samej sukience, prawdopodobnie niemytej od wieków. Psim swędem wiedziała, że przyjechały jej pieniądze. Doręczałem listy na zmianę z jeszcze jednym gościem i oboje baliśmy się jednego: że któregoś pięknego dnia ta sukienka zaskrzypi i spadnie z niej w kawałkach, oczywiście na naszych niewinnych oczach.


Pamiętam, że to było bardzo upalne lato. Z nieba lał się okrutny gorąc, wszyscy chodzili lekko podhajcowani. Zatrzymałem się na ulicy Bożego Ciała, miałem przesyłkę dla jakiegoś dineru. Kiedy tarabaniłem się z paczką, usłyszałem, że z tyłu budynku, w ogródku, kłóci się ze sobą dwóch mężczyzn. Trudno było dociec, o co chodzi, bo kłótnia była już na poziomie samych wyzwisk. Dochodził mnie tylko wzburzony potok przekleństw. W pewnym momencie jeden z mężczyzn odszedł na chwilę do swojego pickupa, wrócił z Winchesterem i wystrzelił drugiemu prosto w twarz. Zostawiłem paczkę na środku chodnika, wszedłem do środka i powiedziałem kelnerce: „Dzwoń na policję”. Przyjechali dość szybko. A tamten nawet nie próbował uciekać. „Obraził moją suczkę, obraził moją suczkę” - powtarzał, jakby to on był tu poszkodowanym. Cóż, każdy człowiek ma takie coś, za co zabije. W całej miejscowości faktycznie pałętało się mnóstwo bezpańskich kundli. Hycle jakby wymarli, a może to psy ich zagryzły. Spróbuj prowadzić samochód w takich warunkach. Szczerze mówiąc, bardzo się cieszyłem, gdy wreszcie zmienili mi trasę. Tym bardziej, że tuż zanim skończyłem tam jeździć, w okolicy zaczęto wybijać prostytutki. Znajdowano je w śmietnikach i krzakach, a na budynkach pisano o nich niewybredne slogany. Pamiętam, że na znakach stopu pojawił się napis: „Nie dotyczy dziwek”. Ktoś urządził sobie małą krusadę, chciał zmienić świat na lepsze, gardziołko po gardziołku. Naprawdę nie brak mi tego miejsca.”

Henry przerywa, odchyla się wygodnie w swoim fotelu, który czasem, gdy nikt na nim nie siedzi, sam się kołysze: podobno to jego zmarła teściowa przychodzi w odwiedziny i ogląda Discovery Channel ze swojego ulubionego miejsca. Henry wypija łyk kawy ze swojego poplamionego kubka wielokrotnego użytku i kręci głową. „Cloverleaf, psiakrew” - mruczy i śmieje się do siebie. - „Niech mnie diabli, jeśli to nie było naprawdę popieprzone miejsce. Jedna wielka psiarnia USA”.

A potem dodaje postscriptum-nie postscriptum. Rozmowy ze starszymi ludźmi przypominają lekturę księgi prorockiej: jedna linijka dotyczy czegoś, co oddalone o kilka lat, druga tego, co hen za półwieczem. „Były tam takie delikatesy, do których lubiłem zaglądać w porze lunchu. Sklep prowadzony przez bardzo miłą parę. Ożenieni czy nie, nie wiedziałem i nie interesowało mnie to. Raz przychodzę, patrzę: sklep pusty, a Laura siedzi na stołeczku za ladą i wypłakuje sobie oczy. Żal mi się jej zrobiło, podszedłem więc bliżej i w tym momencie zobaczyłem przed sobą bardzo wyraźnie twarz jakiejś rudej kobiety. Nie wiem, skąd i jak mnie to naszło, ale spojrzałem na Laurę i zapytałem: „Ta ruda, co ona ci zrobiła?”. Laura drgnęła, spojrzała na mnie z zaskoczeniem i szybko podeszła do lady. „Skąd wiesz?” - zapytała ściszonym głosem, rozglądając się wokół. - „Nikt o tym przecież o nie wie...”

A potem dodała, płacząc: „Ta ruda zabawia się z moim mężczyzną...”

Zrobiło mi się strasznie przykro. Zaczęliśmy rozmawiać. Chyba ulżyło jej, że był ktoś, kto o wszystkim wiedział. Ostatecznie jednak nie za wiele jej pomogłem, bo co tu pomagać? Cokolwiek zrobiła, sama musiała potem sobie z tym poradzić. Ale powiem ci jedno: niektórzy faceci nie potrafią utrzymać fiuta w portkach, ot co. A kobiety też wcale tak ze sobą nie trzymają, jak można by się spodziewać. Osobiście to nie mam ciągot poligamicznych... cóż, teraz to nie mam już żadnych ciągot, ale naprawdę, kto chciałby mieć więcej niż jedną kobietę? Mało to zachodu przy jednej? A Laura, powiem ci, była naprawdę warta zachodu. Wszelkiego zachodu! Ale co mi jej to mówić. Ona sama powinna to wiedzieć”.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo