zapomina się wszystko,
nie traci się nic

środa, 18 maja 2016

Ta nowelka – niewiele ponad sto stron – to jedna z książek dla mnie najważniejszych. Czytałam ją zaraz po wydaniu, czyli sześć lat temu. Dopiero niedawno, na potrzeby tego cyklu, przejrzałam nieliczne, krążące w internecie recenzje i z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że nowela Chang uważana jest powszechnie za książkę „o pisaniu poezji”. Jakoś tego wąskiego czytania nie kupuję – ale może to moje zboczenie. Nie potrafię poważnie potraktować idei studiów magisterskich, na których rozintelektualizowani młodzi gniewni uczą się pisać poezje i dyskutują bez ironii o tym, kim jest „prawdziwy poeta”. Być może jest to przepaść kulturowa; uniwersytety amerykańskie oferują takie i podobne studia jak najbardziej poważnie. Ale ja natychmiast uznałam, że realia opisywane przez Chang to tylko i wyłącznie pretekst do medytacji o czymś innym, głębszym. Jeśli mam rację i Chang faktycznie analizuje mit najdroższy amerykańskiemu sercu – mit sukcesu – to poezja, w której ćwiczą się główni bohaterowie, jest dla autorki tylko metaforą. Metaforą bardzo celną, bo świetnie podkreśla efemeryczność całego przedsięwzięcia. Co sprawia, że osiąga się sukces, a William Carlos Williams to kultowy amerykański poeta? Nikt nic nie wie. Talent. Warsztat. Nastrój. Wyczucie czasu. Ciężka praca. Subiektywna reakcja odbiorców. Układ gwiazd. Tabaka w rogu. W języku greckim poieo, słowo, od którego wzięła się nasza „poezja”, to po prostu „czynię, robię”. To tylko świat zachodni z biegiem czasu uznał poezję za szczyt niepraktyczności.

Roman Morris, bohater noweli Chang, jest przekonany, że do sukcesu nie wystarczy talent, ważna jest strategia. Prowadzi drobiazgowy rejestr wierszy, jakie wysłał do czasopism literackich; kataloguje listy odmowne, publikacje i wzmianki o swoich dziełach; śledzi informacje o stypendiach i konkursach; planuje kolejne linie ataku. Kilka lat starszy niż przeciętny student wydziału, Roman porzucił lukratywną posadę w banku, aby całkowicie poświęcić się poezji. Cichaczem pogardza resztą młodszych kolegów z roku. Dogaduje się tylko z dobrodusznym Bernardem, dziwakiem, który nawet najbanalniejsze myśli formułuje za pośrednictwem eleganckim, precyzyjnych zdań złożonych. Mimo swoich trzydziestu lat Bernard „zachowuje się, jakby był w średnim wieku”. Roman traktuje Bernarda z pobłażaniem, później z niechętną fascynacją. Bernard nie ma przed sobą konkretnego celu, zależy mu jedynie na dalszym doskonaleniu swojego fachu. Znamienny jest frament, gdzie Roman pyta Bernarda o plany na przyszłość. Bernard nie wie w pierwszej chwili, co odpowiedzieć, aż przyciśnięty do muru oznajmia: „Prawdopodobnie przeprowadzę się do Nowego Jorku, nadal będę robił to, co robię teraz”. Odpowiedź Romana? „Chcę zostać wielkim poetą”.

Lan Samantha Chang jest prozaikiem; świat poezji i poetów zna jedynie z drugiej ręki. Ta niewiedza tłumaczy, być może, pewną sztuczność rozważań, jakie okazjonalnie snują bohaterowie noweli na tematy poetyckie. To słaby punkt całej książki. Innym słabym punktem jest - dziwnie to zabrzmi - idealnie dopracowany styl. Jego poprawność i zrównoważenie wręcz męczy. Tę nowelę czyta się jak złoty sen; poza narcyzmem głównego bohatera nie dzieje się w niej nic obrzydliwego. Być może zakłócanie tego spokojnego rytmu nie jest potrzebne; być może ma to być właśnie taka impresjonistyczna, oszczędna nowelka. Wyważony styl stanowi kontrast dla przerośniętych ambicji, emocji i zazdrości, jakie przenikają świat literatów.

Mimo niezaprzeczalnego talentu i świetnie wykorzystanych szans, mimo nagród i uznania, Roman nie jest w stanie stwierdzić, czy jego poezja jest naprawdę cokolwiek warta. Dręczy go podejrzenie, że w swojej twórczości stoi w miejscu, że coś wymknęło mu się bezpowrotnie. Coraz wyraźniej też uświadamia sobie, że może i jest dobrym poetą, ale Bernard jest poetą wybitnym. Bernard, którego poemat „zalewa Romana zawiścią i jednocześnie radością wręcz metaboliczną… dzieło tak przenikliwe, tak przejrzyste, w każdym szczególe tak oryginalne, że nie będzie mógł się otrząsnąć z czytania przez bardzo długi czas”. Bernard, który mimo ponaglań przyjaciół nadal spokojnie dopracowuje swój wielki poemat i który oświadcza w pewnym momencie prostolinijnie: „Poza moim raczej mizernym prawem do podnajmowanego mieszkania na Manhattanie, chyba nigdy nie osiągnąłem ani nawet nie osiągnę sukcesu, o którym ty, Romanie, myślisz. Chociaż czuję się bogaty w przyjaźń… Jeśli Nowy Jork podtrzyma obecną sytuację na rynku mieszkaniowym, mój obecny stopień sukcesu mam zapewniony do końca życia”. 

***

Lan Samantha Chang. 2010. All is Forgotten, Nothing is Lost. New York: W. W. Norton & Company.

Chang jest profesorem języka angielskiego na Uniwersytecie w Iowa i dyrektorem słynnego w Stanach Iowa Writers’ Workshop, studiów magisterskich z pisania kreatywnego.

Poza tą nowelą napisała również świetny zbiór opowiadań Hunger (1998), o chińskich imigrantach w Stanach Zjednoczonych, a także powieść Inheritance (2004) - dla mnie mocno przeciętną. Jak dotąd nie tłumaczona na polski.
Share /

5 komentarzy

  1. Umiesz mówić o twórczości innych. To cenna zaleta, bo żaden autor nie istnieje bez tego, który o nim mówi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam ten wpis po raz drugi i przypomniałam sobie jak córka mówiła mi, że w USA panuje przekonanie, że wszystkiego można się nauczyć: poezji, malarstwa, baletu. Nauczyć się Niżyńskiego albo Barysznikowa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie... czy to się da? Jestem bardzo sceptyczna. Ale - należy powiedzieć - z drugiej strony, patrząc okiem kompletnie pragmatycznym, generuje to miejsca pracy, pensje, stypendia dla ludzi, którzy piszą. To cenny efekt uboczny, zwłaszcza dla tych, którzy jeszcze się nie wydali. Można pójść do nauczyciela z książką albo szkicem, poprosić o redakcję i uwagi. Z rekomendacją o wiele łatwiej o wydanie. To na pewno ułatwia życie, rozwija rzemiosło i popycha kulturę dalej. U nas na przykład, cóż, przetrwają najsilniejsi :) PS. Dzięki za Twój poprzedni komentarz... nie zauważyłam go :)

      Usuń
  3. Pisać coś a sprzedać to- to dwie rózne kwestie. Ja nie mogę się zebrać, zeby wysłac swoją baśń dla dzieci do jakiegoś wydawnictwa, a powinnam wysłac wszędzie. Nie wiem, czy to lęk przed odrzuceniem, czy to poczucie braku doskonałości...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak... Sprzedać się: tego bardzo nie umiem. Może do tego się dojrzewa? Może można się tego nauczyć? Niektórzy chyba mają to we krwi. My musimy się przełamać. Lęk przed odrzuceniem? Na pewno. Ale bez porażek nie ma sukcesu. Tym bardziej że zdarza się, iż redaktorzy mylą się w swojej ocenie, subiektywnie odrzucają coś, co później okazuje się arcydziełem. Np. amerykański autor kryminałów, James Burke, opowiada, że jedną książkę odrzucono mu 17 razy. Uparł się, wydał ją wreszcie nakładem jakieś małego uniwersyteckiego wydawnictwa. Nominowano ją do Pulitzera. To fajna historia :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo