Jest cisza. Niebo rozciera się cukierkowo, suchymi pastelami. Iglica kościoła prezbiteriańskiego wyraźnie się odcina od tego taniego, pudrowego koloru. Tyle w tym kraju kościołów. Po kilka w każdej dzielnicy. W Polsce są katolickie, w Brazylii zielonoświątkowe, w Stanach protestanckie. To okolica się zmienia, ja stoję ciągle w jednym miejscu. To tylko planety wirują wokół mnie, nieruchomej. Zachód słońca na chwilę jest, a zanim zdążę dojść na koniec parkingu, gdzie zaparkowana jest moja półciężarówka - już go nie ma.
Houston
Jest cisza. Dzieje się u mnie sporo dziwnych rzeczy. Taki to wolny kraj, że nie mogę ich tu dosadnie opisać. Taki to kraj ludzi odważnych, że na dopuszczenie krytyki odwagi już nie starcza.
Na marginesie.
Wychodzimy ze szklanego biurowca w skwar teksaskiego lata. Wydaje mi się, że powoli osiągamy poziomy upału pozwalające na smażenie jajek na betonie. Zapaleńcy wypróbowują również, czy białko zetnie się na trawniku, rozgrzanym od południowego słońca. Zaparkowaliśmy w rogu parkingu, w cieniu rozłożystego dębu, który stoi na sąsiedniej posesji i przytula się do metalowej siatki okalającej parking. Zaglądam ciekawie przez bluszcz i widzę nagrobki na estetycznie przystrzyżonym wzgórzu. Cmentarz?
„Czekaj” - mówi Mężczyzna, zatrzymując się wpół gestu przy drzwiach do pickupa. - „Czy to nie jest ten cmentarz, na którym pochowany jest Howard Hughes?”.
Na marginesie.
Wychodzimy ze szklanego biurowca w skwar teksaskiego lata. Wydaje mi się, że powoli osiągamy poziomy upału pozwalające na smażenie jajek na betonie. Zapaleńcy wypróbowują również, czy białko zetnie się na trawniku, rozgrzanym od południowego słońca. Zaparkowaliśmy w rogu parkingu, w cieniu rozłożystego dębu, który stoi na sąsiedniej posesji i przytula się do metalowej siatki okalającej parking. Zaglądam ciekawie przez bluszcz i widzę nagrobki na estetycznie przystrzyżonym wzgórzu. Cmentarz?
„Czekaj” - mówi Mężczyzna, zatrzymując się wpół gestu przy drzwiach do pickupa. - „Czy to nie jest ten cmentarz, na którym pochowany jest Howard Hughes?”.
indiańskie bajanie
Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia ukształtował świat na wschodzie. Potem powoli przemieszczał się na zachód, po drodze powołując do życia ludzi i rzeźbiąc teren tak, jak mu podpowiadała fantazja. Każdą grupę obdarzył innym językiem, bo taką miał akurat melodię. Wreszcie zaszedł na północny zachód, tam, gdzie wielka słona woda wrzyna się klinem w ląd i przeplata się z nim jak łyko z łykiem w rękach zręcznej koszykarki. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia tak się zacudował własnym dziełem, że postanowił zatrzymać się tam na dłużej. Zostało mu jednak sporo języków do rozdania. Zniecierpliwiony, opróżnił zanadrze na raz i rozsypał pozostałe języki po całej okolicy. Dlatego właśnie wokół słonego estuarium mieszka tyle plemion mówiących różnymi językami. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia wybrał sobie małą wysepkę, cieszył oko wielobarwnymi zachodami słońca i przyglądał się, jak w słonej wodzie baraszkują wielkie orki.
[bajka plemienia Snohomish]
Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia ukształtował świat na wschodzie. Potem powoli przemieszczał się na zachód, po drodze powołując do życia ludzi i rzeźbiąc teren tak, jak mu podpowiadała fantazja. Każdą grupę obdarzył innym językiem, bo taką miał akurat melodię. Wreszcie zaszedł na północny zachód, tam, gdzie wielka słona woda wrzyna się klinem w ląd i przeplata się z nim jak łyko z łykiem w rękach zręcznej koszykarki. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia tak się zacudował własnym dziełem, że postanowił zatrzymać się tam na dłużej. Zostało mu jednak sporo języków do rozdania. Zniecierpliwiony, opróżnił zanadrze na raz i rozsypał pozostałe języki po całej okolicy. Dlatego właśnie wokół słonego estuarium mieszka tyle plemion mówiących różnymi językami. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia wybrał sobie małą wysepkę, cieszył oko wielobarwnymi zachodami słońca i przyglądał się, jak w słonej wodzie baraszkują wielkie orki.
San Antonio
wojaże
San Antonio poznaje się tak: jadę trzy godziny międzystanówką I-10, sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilometrów na godzinę; wpadam w taki ponadstówkowy trans, że gdy tylko jakiś samochód plącze się zbyt blisko, to czuję się nieswojo i dodaję gazu, i nagle po tych trzech godzinach ruch odczuwalnie zwalnia. W okolicach Houston przy dozwolonej prędkości sto kilometrów, jedzie się przeciętnie sto dziesięć, sto dwadzieścia. I mimo to non stop ktoś miga z tyłu światłami, że mam się przesunąć z pasu szybkiego ruchu, bo jemu się spieszy. Więc ta zmiana w San Antonio jest momentalnie wyczuwalna: natychmiast mimowolnie ładuję się komuś na zderzak, a potem otrząsam się, zwalniam do dziewięćdziesiątki i zatapiam się w miłym, sennym letargu razem z resztą ospałych kierowców. Autostrada kołysze mnie łagodnie w górę i w dół i w pewnym momencie, gdy wynurzam się na wierzchołek kolejnego wzgórza, w dolinie przede mną ukazuje się Miasto. Nie ma, nie ma i nagle jest.
Jeszcze dziesięć minut, i po prawej stronie widzę sylwetkę centrum, z charakterystyczną Wieżą Ameryk (Tower de las Americas), która króluje wśród biurowców i hoteli.
Jeszcze dziesięć minut, i po prawej stronie widzę sylwetkę centrum, z charakterystyczną Wieżą Ameryk (Tower de las Americas), która króluje wśród biurowców i hoteli.
firmowe rozkminki
„Lew Lechistanu” i obrońca wiary, Jan III Sobieski, doczekał się w Polsce własnej marki papierosów i wódki. (Swoją drogą ciekawe, dlaczego akurat on. Ja tam bym wolała Jagiełłę. Ale to ja).
Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
mieszkanko blues
San Antonio
Kobiety na dziedzińcu obsiadły kamienne donice, śmieją się, rozmawiają i z wyraźną przyjemnością palą papierosy. Wokół nich biegają dzieci. Bawią się w berka, puszczają bańki mydlane. Są szczęśliwe, że żaden dorosły nie zwraca na nie uwagi, że nikt ich nie uspokaja. Hassan wychodzi na zewnątrz z okrągłą tacą zastawioną małymi szklaneczkami do herbaty. Pękate brzucho srebrzystego dzbanka połyskuje w białym świetle latarni. Przy stole na dziedzińcu, na uboczu, jakiś mężczyzna, wyciągnięty w twardym ogrodowym krześle, pali z namysłem sziszę. Bliżej, w kręgu święta, stoją roześmiani mężczyźni. Przyglądają się biegającym dzieciom i rozmawiają. Niektórzy ubrani w typowy mundur amerykańskiego biznesmena, czyli koszulę i spodnie khaki z ciemnym paskiem fatalnie podkreślającym tuszę wieku średniego. Inni są w jasnych tunikach i szarawarach tego samego koloru, z taquiyą (czapeczką modlitewną) na głowie. W środku restauracji, w sali bankietowej wynajmowanej na imprezy i specjalne okazje, wielki stół zastawiony słodyczami. Ściany są ze szkła, więc widać gości dobierających sobie kawałki baklawy, kwadratowe porcje ciasta ze zmielonych orzechów i moje ulubione kruche ruloniki z ciasta francuskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
