![]() |
| Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Nine months in the Bronx |
To było kilka lat temu, choć problem oczywiście żyje i ma się dobrze. BBC dostało się wtedy za rzucanie kamieni w sąsiadów. Niech się Brytole złapią za swój własny nos – taki był wydźwięk amerykańskich komentarzy. Gospodarka amerykańska kuleje, więc wszelkie programy rządowe tym bardziej trzeba odchudzić, a że więcej dzieci przy tym zginie: no cóż, jedno to tragedia, milion to statystyka, jak by powiedział Papa Stalin. BBC, niezrażone, ciągnie temat i w tym roku wypuściło u siebie inny ciekawy raport: minidokument Nine Months in the Bronx (Dziewięć miesięcy w Bronxie).
![]() |
| Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Dziewięć miesięcy w Bronxie |
Felicia jest czarna i mieszka w typowym miejscu złym, czyli w Bronxie. Dwoje jej pozostałych dzieci, z polecenia sądu, wychowuje babcia. Problemem dla służb socjalnych nie jest Felicia, ale jej partner, który w kartotece ma zarzut zaniedbania. „Zaniedbanie” polegało na tym, że kiedy odwiedził Felicię w szpitalu po urodzinach pierwszego wspólnego dziecka, nie trzymał noworodka poprawnie, tylko „jak piłkę do rugby”. Teraz Felicia jest w ciąży i w strachu, bo nie chce stracić syna. Zrobi wszystko, aby został razem z nią.
Dokument jest zdawkowy i niejednoznaczny. Nawet przy oszczędności formy widać, że środowisko Felicii jest jak żywcem wyjęte z opowiadań Edwarda P. Jonesa, którego recenzowałam tutaj. W zarzucie zaniedbania postawionym jej partnerowi chodzi być może o więcej. (Z drugiej strony, nie byłby to pierwszy absurd urzędniczy). Poza tym we krwi Felicii wykryto raz, podczas rutynowego ciążowego badania, marihuanę. Już ten fakt to w większości Stanów, a w Nowym Jorku na pewno, spore wykroczenie, choć żadne badania nie wykazały jak dotąd negatywnego wpływu marihuany na płód. Ale oczywiście Amerykanie uwielbiają wsadzać młodych kolorowych do kicia za posiadanie zioła. W kiciu młodociani uczą się poważniejszego fachu i po wyjściu powielają statystyki, czyli ponownie, niech żyje system.
Praktyka odbierania dzieci czarnym rodzicom określana jest przez wielu czarnych aktywistów jako „kulturowe ludobójstwo” (cultural genocide). Tak samo nazywana bywa adopcja transrasowa, czyli sytuacja, w której białe małżeństwo adoptuje czarne dziecko. Trudno o bardziej chybioną metaforę, oczywiście. Ten frazes, jak wiele innych, przypomina mi, że pod względem historycznym Amerykanie to wielkie dzieciaki. Ludobójstwo ma konkretne znaczenie. Śmierć to śmierć, nie niby-śmierć. Ale jak widać, w Ameryce można użyć tego sensu także na potrzeby własnej nienawiści. Swoją drogą fajny frazes: wciska w fotel, zapada w pamięć przejmuje dreszczem. Jest prawdziwy, ale tylko o tyle, że świetnie przekazuje irracjonalny ładunek gniewu i nieufności, jaki istnieje między rasami w Stanach Zjednoczonych. O tej nieufności opowiada film.
***
Ten miniony tydzień był trudny dla relacji rasowych – „relacji” w sensie najbardziej ogólnym, nie implikującym żadnego dialogu ani kontaktu, a jedynie położenie w wielkim układzie współrzędnych. Jak to pisałam w zeszłym roku: dwa kroki do przodu, trzy do tyłu. Eskalacja nie zaskoczyła mnie ani nie wzruszyła. Gdy się tu żyje i słucha się gniewu - ocipiałego, nierozumnego gniewu - z jednej i drugiej strony, to człowiek zaczyna podświadomie oczekiwać, że „something’s gotta give”, coś musi pęknąć. Może rzeczywiście, jak mówi amerykański fundamentalista cytowany w książce Denisa Johnsona, wolność osiągnie się tylko przez krew. Jak dotąd, historia Stanów nie uczy nas niczego innego. Jedną wojnę domową już mieli. Być może lubią się tłuc.
[Statystyki i liczby wzięte z raportu BBC, podlinkowanego wyżej].



Smutna konkluzja. Zatem wracasz do Polski czy zostajesz? A jeśli zostajesz, to napisz, czego brakowałoby ci w Polsce?
OdpowiedzUsuńCiekawej pracy? Masła orzechowego? Przyjaciół? A może słońca...Wiesz, słońce wiele wyjaśnia....Klimat wiele wyjaśnia....
Pozdrawiam serdecznie!