Na dodatek z biegiem lat następuje, zdaje się, eskalacja tego diabelstwa. Ostatnią kawę, którą dla mnie zaparzyła, ledwo mogłam przełknąć. A przecież i moja kawa jest całkiem mocna, nie każdy ją wypije; na pewno nie ci, co w kawiarni zamawiają wielkie latte i podniecają się, że „bez kawy to oni żyć nie mogą”. Nie chciałam przy siostrze bezczelnie pluć w garść, więc łyk, który wzięłam, grzecznie trzymałam w buzi i po troszeczku sobie dozowałam, żeby tak doszczętnie nie zgorzknieć. Resztę w filiżance, oddałam jej. Na szczęście tego dnia siostra zaprosiła mnie także na naleśniki, które skutecznie tego szatana prześwięciły.
| Ostatnie śniadanko z naleśnikami. Szatan poza kadrem. |

