duchy u hrabiego Galveza

wtorek, 25 listopada 2014

Plaża w Galveston byłaby bardzo ładna, gdyby nie to, że równolegle do niej zbudowano szeroką czteropasmową ulicę, po której z rykiem przejeżdżają trąbiące pojazdy wydziczałych mieszczan. Wybija mnie to mocno z wypoczynkowego rytmu. Szereg mrugających hoteli, wypożyczalni rowerów, ogródków piwnych, rozchachanych restauracji, domków plażowych i pawilonów z japonkami za pół ceny, przestaje być linią prostą i zaczyna się w moim umyśle nieskończenie zaginać. Krąży wokół mnie jak sępia spirala. Kiedy chodzę plażą, zwykle zdejmuję spodenki, związuję trampki sznurowadłami i wchodzę w morze, żeby oddalić się od tego pieprzonego jazgotu. Czuję się jak baba z kiepskich dowcipów, która mieszka przy autostradzie i przychodzi do lekarza. Lekarz pyta: „Czy coś pani dolega?” A ona na to: „Niiiiu... Niiiiu... Niiiiuuuu...”

Oczywiście, lepiej brzmi ten nieśmieszny dowcip, kiedy sama go opowiadam. Może gdzieś się tu nagram, żeby został taki interaktywny smaczek.


Poza sezonem plaża trochę się wyludnia. Zostają brązowi wyspiarze i kilku niezmordowanych surferów w kombinezonach przylizanych do ciała. W ciemnościach pod betonowym zrębem, w hałdach wyplutych na brzeg wodorostów, grasują szczury lub duże myszy. Lepiej świecić sobie latarką, żeby coś tam pod stopą, ze świętym oburzeniem nie zapiszczało. Poza szczurami nic przykrego mnie na tej plaży nie spotkało, ale Mike’a owszem: raz podeszło do niego dwóch postawnych wyrostków i zażądało portfela. Bardzo, bardzo niefortunny pomysł, bo Mike w kaburze pod pachą wszędzie nosi ze sobą rewolwer. Wkłada go tam nawet wtedy, gdy idzie na obchód płotu w drugi koniec swojej posesji. Był więc na tę okoliczność przygotowany: jednym ruchem wyciągnął swoje cacko spod ramienia i wcisnął najbliższemu napastnikowi lufę w podbrzusze. Oczywiście, wywarło to odpowiednie wrażenie. Z przerażonym okrzykiem: „Ma broń, ma broń!” niedoszli złodzieje rozbiegli się w popłochu.

Takich historii Mike ma o wiele więcej, bo kiedyś szybko sięgał po broń i nie unikał konfrontacji. Nie wszystkie jego barwne opowieści nadają się dla dzieci i większość należałoby raczej opatrzyć literą R (soczysty język, częsta przemoc i sceny łóżkowe). Poza tym, podobnie jak Henry, Mike ma szósty zmysł i kiedyś zdarzyło mu się przez kilka lat mieszkać w domu nawiedzanym regularnie przez trzy duchy. Nie przeszkadzały mu za bardzo. Tylko jeden, którego dawało się wyczuć po odorze starszego mężczyzny, lubił mu w domu porozwalać sprzęty. Na przykład uderzyć znienacka od góry w wiszący na szafie wieszak, tak że ten wykonywał obrót o 360 stopni i zebrane na nim paski i krawaty świstały w powietrzu jak bicze. Była jeszcze mała dziewczynka, która zginęła we wbudowanej w ścianę windzie przemysłowej. I trzecia obecność, która tylko trwała uparcie i nie dawała się nikomu poznać. Czasem tylko uniemożliwiała robienie zdjęć, bo wchodziła w kadr i wszystkie kolory rozjeżdżały się w drobne poziome kreski.

(W sumie nie wiem, jak się do tych różnych historii ustosunkować. Teoretycznie raczej w nie nie wierzę. Z drugiej strony, skoro odchodzący człowiek zostawia czasem wyrwę w sercu, to podobne tąpnięcie w czasoprzestrzeni wydaje się całkiem logiczne. Zwłaszcza w przypadku osób istniejących z wielką pasją albo których odejście było gwałtowne i umęczone).

Z nie wszystkimi duchami Mike potrafi się jednak dogadać. Kiedy po raz pierwszy wybieraliśmy się do Galveston, poinstruował nas dokładnie, w którym hotelu mamy się zatrzymać. Sam nie zatrzymuje się nigdzie indziej. Hotel znajduje się niedaleko plaży i w sezonie, cena za jedną noc wzrasta prawie sześciokrotnie. Rozsądniej jest wtedy wybrać jakieś miejsce bardziej odległe od wodopoju, ale Mike woli przepłacić, niż narazić się na nieprzyjemne doświadczenie. Galveston to jedno ze starszych miast w Stanach. Bardzo prawdopodobne, że to właśnie na tej wyspie rozbił się w 1528 Cabeza de Vaca, hiszpański odkrywca, który osiem kolejnych lat wędrował przez terytoria plemion indiańskich, uchodząc wśród nich za szamana. Trzy wieki później, wyspa stała się prywatnym rajem pirata Jean Laffitte, zanim nie przegoniła go stamtąd amerykańska marynarka wojenna. W XIX wieku miasto było jednym z najważniejszych portów bawełnianych Ameryki, a główną ulicę miasta, ochrzczoną niemiecką nazwą Strand, nazywano Wall Streetem Południa. Galveston przeżyło wojnę secesyjną, epidemie żółtej febry, a także kilka huraganów. Najgorszy, z 1900 roku, na kilka lat wyludnił wyspę niemal całkowicie, przy okazji zabierając ze sobą ponad 6 tys. ludzkich istnień. Jak można sobie wyobrazić, materiału do straszenia cała bela. Ba, przeładowany magazyn.

Cichaczem wyznam, że zdarzało mi się nocować w innych hotelach na wyspie, ale miejscówka Mike’a jest faktycznie najlepsza: idealnie położona, w miarę cicha i poza sezonem dosyć tania. Na dodatek pokoje mają taki gryzący zapach morza. Wchodzę, zaciągam się - i od razu problemy czmychają jak te szczury przed światłem mojej latarki, błyskają tylko dużymi oczyma. Lubię się tu od czasu do czasu wyrwać na dzień lub dwa. Poprzesiadywać na jednym z licznych kamiennych molo wżynających się w morze. Czasem muszę je dzielić z jakimś zapalonym wędkarzem, ale zwykle udaje mi się znaleźć takie tylko dla mnie i mojej małej samotności. W wietrzny dzień, jeśli się zagapię, a prawdopodobieństwo takiego zawieszenia systemu jest spore, mogę dostać niezły prysznic, bo wysokie fale są mocno nieprzewidywalne. Znienacka wyłania się przede mną taka rozczapierzona łapa, biała od spienionej wściekle piany, i pac solidnie w głowę. Wszystko mam później pełne soli. Zwłaszcza uszy.

[Nazwa Galveston pochodzi od nazwiska XVIII-wiecznego wicekróla Nowej Hiszpanii, hrabiego Galveza]. 
Share /

11 komentarzy

  1. Dziwne , że większość historii o duchach na jakie trafiam to te opowiadane przez Amerykanów. Moze po prostu nie obawiają się o nich mówić?
    Ładne i klimatyczne miejsce! Na pewno warto się tam zapomnieć :) szkoda tylko że przy czteropasmowce. Wydawać by się mogło ze spokoju można tam szukać tylko w nocy, z tym ze wówczas istnieje szansa ze zamiast zapalonego wędkarza będziemy ten (nie)spokoj dzielić z buntownikiem od wieszaków ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W nocy jest faktycznie ładnie, czteropasmówkę też wybaczam, bo kiedy wchodzi się na molo, to już nic za bardzo nie słychać oprócz szumu fal :)

      Też po cichu zastanawiam się nad tymi amerykańskimi opowiadaniami, bo naprawdę sporo ich słyszę. Czyżby to jakaś cecha Nowego Świata, że ten świat duchowy jest jakiś bliższy?? A może faktycznie jest jakieś większe przyzwolenie na te opowieści?

      Usuń
    2. Kto wie, może to obecność duchów starych Indian? Z tego co wiem, to oni często i owocnie z duchami rozprawiali :)
      Czy większe przyzwolenie? Pewnie tak. Mam wrażenie, że w ogóle po tamtej stronie oceanu ludzie bardziej otwarcie mówią o różnych rzeczach, nazywają je po imieniu i nikt się temu nie dziwi i nie zatyka uszu :)
      Pozdrawiam! Tu już noc, u Ciebie pewnie środek dnia :)

      Usuń
  2. pięknie napisane ,, uwielbiam Twój styl ...
    lubię Galveston ... szczególnie ranitko o świcie ...woda zamulona przez Mississippi i tankowce w oddali nie jest zbyt piękne ale Galveston nie udaje Palm Beach o nie jest właśnie taki prawdziwy nic nie musi udawać .
    mam sentyment to tam właśnie po raz pierwszy w życiu dotknąłem Atlantyku .. i mam wiele wspomnień z Mardi Gras z czasów studiów w Houston ...

    w mieście czuję się ducha tragedii z huraganu (kiedy jeszcze nie było falochronu) z 1900 jednej z największych tragedii w historii Stanów obok trzęsienia ziemi w SF ... .

    pozdrawiam bardzo ciepło i następnym razem będę wyglądał postaci tam gdzieś na kamiennym molo :^)

    https://www.facebook.com/PeregrinoPL/photos/pb.119487178212015.-2207520000.1416967362./343826062444791/?type=3&theater

    https://www.facebook.com/PeregrinoPL/photos/pb.119487178212015.-2207520000.1416967362./343826062444791/?type=3&theater

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, Galveston jest autentyczny, niczego nie udaje. Może dlatego wybaczam mu tę czteropasmówkę (chyba przeszkadza mi ona dlatego, że myślę o polskim morzu, zwłaszcza Świnoujściu, gdzie do morza trzeba dojść przez las i to jest takie urokliwe...).

      Poranki są faktycznie piękne... Obcowanie z oceanem niesamowicie ładuje baterie. Potem kawa i dzień już oswojony.

      Lubię też cmentarze z nazwiskami ze wszystkich stron świata, ze śladami cyrylicy, hebrajskiego, greki.

      Usuń
    2. tak ludzie z całego świata gnani nadzieją na nowy start pozostawili tam ślad niesamowite ..

      wiem co masz na myśli z tą 4 pasmówką .. widzę ją jako część autentyczności po prostu jako że TX jest po prostu samochodowy :^)) ...a ta ulica być może też daje bufor w przypadku huraganu ... troszkę dalej na płd są już dziike plaże .. lasu ni ma nie ten klimat ale są wydmy .. tylko trzeba uważać na grzechotniki :^))

      pozdrawiam bardzo ciepło :^) ..

      Usuń
  3. Ciekawe. Tak zdjęcie jak i wpis rzecz jasna. No i duchy też.
    Gdybym był młodszy to może bym powiedział, że kategorycznie nie wierzę, ale mam na karku wystarczająco dużo zim, żeby wiedzieć, że jeśli czegoś nie potrafimy na teraz naukowo udowodnić, to jeszcze nie znaczy, że nie istnieje;) Na przykład jak wytłumaczyć, że mój tato potrafi znaleźć podziemne źródła wody i wie gdzie kopać studnię? Ha? Albo to, że po swojej śmierci moja babcia dosyć regularnie hałasowała w naszym domu na Śląsku? Niby nikogo na górze nie było, tylko czemu u licha słychać było stukania, kroki, włączał się piecyk (junkers) itp.? No właśnie...
    Tak więc, wolę pokornie przyznać: nie wiem jak to jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety (?) nie mam żadnego szóstego zmysłu, więc pokornie słucham tych, którzy mają podobne doświadczenia. Też mieszkałam dosyć długo w domu, w którym podobno pokazywała się zmarła babcia, ale nigdy nic mi się nie przytrafiło, a spałam w pokoju z jej urną. Może faktycznie wrażliwość na takie sprawy jest jakimś darem. A może po prostu zwykle mam oczy w kosmosie, więc nic nie zauważam :)

      Usuń
  4. Napisałam do Ciebie email na podany adres:pequeninha.docura@gmail.com. jednak nie mogę wysłać wiadomości, bo mam informację, że adres jest niepoprawny. Co radzisz? Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Email na pewno działa (sprawdzone), ale jeśli nadal masz trudności, spróbuj: nsorvalho@gmail.com. Bardzo mi miło, że napisałaś, czekam z niecierpliwością! :)

      Usuń
    2. Skopiowałam adres. Tez mam konto w " guglu", więc jutro będę próbować

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo