Orestes uwielbiał przesiadywać w tym czystym, dobrze oświetlonym miejscu, w którym nic się nigdy nie zmieniało; zmieniali się tylko kelnerzy, do domu szli ci wymięci i śpiący, a nowa partia była już wypoczęta i rzutka, jak trzeba. Pod sufitem zawsze kołysały się światełka choinkowe i rzędy kolorowych meksykańskich dekoracji, kwadratów powycinanych precyzyjnie w ażurowe wzory. Obrusy zawsze były oślepiająco białe i wykrochmalone w sztorc. Jeśli Orestes przyszedł koło północy, mógł jeszcze być może natknąć się na wychodzących mariachis, grupę muzyków ubranych w sombrera i aksamitne garnitury wyszywane lśniącą nicią. Być może zatrzymał ich jeszcze, zażyczył sobie jakiejś nastrojowej ranchery. Tego akurat nie wiem na pewno, bo Orestes włóczył się po nocy samotnie. Człowiek, który pozostawił po sobie kilka rodzin, przesiadywał w Mi Tierra bez świadków ani druhów. Jeśli miał więc okazję zatrzymać wychodzących muzyków, być może z niej skorzystał. Tym bardziej, że kiedy zamówi się u nich rancherę, to stają wokół stolika i patrzą na ciebie z uczuciem, śpiewając. Oczywiście trzeba im za to zapłacić, ale jest to tak uwodzicielski moment, że da się o tym fakcie zapomnieć. Na całą długość piosenki śpiewają tylko dla ciebie. Patrzą na ciebie. Zaśpiewają ci, co chcesz. Albo sami coś wybiorą. Na przykład: „Ojalá que te vaya bonito, ojalá que te acaben tus penas...” (Oby ci się pięknie szło, oby zaleczyły się twe rany).
O godzinie trzeciej, czwartej, piątej nad ranem, Orestes zamawiał sobie wielki talerz enchiladas ze szpinakiem w kremowym sosie z queso fresco. Gdy nie miał apetytu, to pił tylko czekoladę meksykańską z chili i korzeniami. Siedział tak w jasnym świetle jarzeniówek i wtapiał się w tło, aż ogarniała go senność i wzbierała odwaga, żeby jednak pojechać do domu i położyć się do łóżka. Kto cierpiał kiedykolwiek na bezsenność, wie, jakiej odwagi do tego trzeba. Bo jeśli jednak sen nie przyjdzie?
Orestesa bardzo nam brakuje. Czasem chciałabym sobie z nim porozmawiać. Kilka pytań mam, na które tylko on by odpowiedział. Kilka spraw tylko on by mi wytłumaczył. Pies na baby był, to prawda, sporo cudzego istnienia nakrzywdził, ale dusza człowiek. Dziwne. Regularnie nachodzi mnie ochota, by nim potrząsnąć - a tu nie ma kim. Myślę sobie, że gdybym wiedziała o jego nocnych peregrynacjach, to może wybrałabym się z nim. Oszczędziłabym mu tych kilku dolarów, które wydawał na intymny krąg mariachis.
Ale z drugiej strony, w sumie to nie wiem. Człowiek trochę chce, ale chyba jednak bardzo nie chce być przyłapany na własnej samotności. Nie chce być przyłapany na własnych, bardzo alternatywnych metodach leczenia tego egzystencjalnego chłodu, który siedzi sobie w środku jak Gollum. Być może Orestes lubił sobie pobyć właśnie sam na sam z kubkiem gorącej czekolady, w miejscu, które nigdy się nie zamyka i nigdy nie gasi bożonarodzeniowych światełek. Być może w ogóle się mylę odnośnie tych mariachis, no bo błagam, dziesięć dolarów za piosenkę, którą można sobie w domu spokojnie puścić na słuchawkach z płyty albo z youtuba. Poza tym, nie zawsze człowiek chce, żeby wlepiano w niego wzrok. (Choć cudze patrzenie to podobno wykładnik naszego istnienia. Hm.). Czasem miło jest, kiedy wszechświat przymyka na chwilę powiekę, a nasze istnienie zaczyna mrygać i migotać i gasnąć, jak na ekranie, w którym coś nie styka.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz