pokarm pocieszenia

wtorek, 4 listopada 2014

Orestes umierał kilka miesięcy. Na początku w sumie nikt nie wierzył w to, że umrze, a jednak jego układ krążenia uznał widać, że weźmie i wszystkim pokaże. Orestesowi dano jakieś tam ampułki, które rozregulowały jego system tak skutecznie, że spał o bardzo dziwnych porach, a nocami ciągnęło go nie wiadomo dokąd. W tym okresie bardzo często zachodził właśnie do Mi Tierra. Mi Tierra (Moja ziemia) to restauracja meksykańska w centrum San Antonio, tuż przy pawilonach El Mercado, w których można kupić figurki i talizmany z kościotrupią Santa Muerte, świece i znicze ze świętymi i papieżem, różnokolorowe mantyle, poncza i sombrera, szorstkie pasiaste koce, mało stonowaną biżuterię i inne różnorodności „hecho en Mexico”. Mi Tierra istnieje od 1941, a przy jej wejściu widnieje tabliczka ze zwięzłym, bardzo krzepiącym napisem: „We never close” (Nigdy nie zamykamy drzwi).

Orestes uwielbiał przesiadywać w tym czystym, dobrze oświetlonym miejscu, w którym nic się nigdy nie zmieniało; zmieniali się tylko kelnerzy, do domu szli ci wymięci i śpiący, a nowa partia była już wypoczęta i rzutka, jak trzeba. Pod sufitem zawsze kołysały się światełka choinkowe i rzędy kolorowych meksykańskich dekoracji, kwadratów powycinanych precyzyjnie w ażurowe wzory. Obrusy zawsze były oślepiająco białe i wykrochmalone w sztorc. Jeśli Orestes przyszedł koło północy, mógł jeszcze być może natknąć się na wychodzących mariachis, grupę muzyków ubranych w sombrera i aksamitne garnitury wyszywane lśniącą nicią. Być może zatrzymał ich jeszcze, zażyczył sobie jakiejś nastrojowej ranchery. Tego akurat nie wiem na pewno, bo Orestes włóczył się po nocy samotnie. Człowiek, który pozostawił po sobie kilka rodzin, przesiadywał w Mi Tierra bez świadków ani druhów. Jeśli miał więc okazję zatrzymać wychodzących muzyków, być może z niej skorzystał. Tym bardziej, że kiedy zamówi się u nich rancherę, to stają wokół stolika i patrzą na ciebie z uczuciem, śpiewając. Oczywiście trzeba im za to zapłacić, ale jest to tak uwodzicielski moment, że da się o tym fakcie zapomnieć. Na całą długość piosenki śpiewają tylko dla ciebie. Patrzą na ciebie. Zaśpiewają ci, co chcesz. Albo sami coś wybiorą. Na przykład: „Ojalá que te vaya bonito, ojalá que te acaben tus penas...” (Oby ci się pięknie szło, oby zaleczyły się twe rany).

O godzinie trzeciej, czwartej, piątej nad ranem, Orestes zamawiał sobie wielki talerz enchiladas ze szpinakiem w kremowym sosie z queso fresco. Gdy nie miał apetytu, to pił tylko czekoladę meksykańską z chili i korzeniami. Siedział tak w jasnym świetle jarzeniówek i wtapiał się w tło, aż ogarniała go senność i wzbierała odwaga, żeby jednak pojechać do domu i położyć się do łóżka. Kto cierpiał kiedykolwiek na bezsenność, wie, jakiej odwagi do tego trzeba. Bo jeśli jednak sen nie przyjdzie?

Mi Tierrę lubię bardzo. Czasem, gdy wracam do domu nocnymi ulicami San Antonio, wpadam do ich piekarni i kupuję dwa ciastka z orzechami, oba wielkości rozczapierzonej łapy, albo dwa pierniki podobnej wielkości. Mężczyzna pyta zawsze: „Dlaczego tylko dwa??” i nie może zrozumieć mojego skąpstwa. Ale ja dobrze wiem, że te dwa ciastka pożrę za chwilę w aucie, zanim zdążymy dojechać autostradą do domu. Ogólnie mam wrażenie, że odkąd mieszkam na emigracji, zagnieździł się we mnie taki Gollum. Wygląda słodko, bezbronnie i nieporadnie, lecz gdy tylko znajdzie się w pobliżu dobrego jedzenia, to rzuca się ze szponami jak potwór. Nie chodzi o to, że nic nie jem, ale po prostu mam wrażenie, że w Ameryce musiałam na nowo wypracować sobie moją jedzeniową apteczkę pocieszenia, którą straciłam po przeprowadzce: wiele rzeczy nie smakuje tak samo i w konsekwencji tak samo nie działa. W języku angielskim funkcjonuje określenie „comfort food”. Taki pokarm, do którego w trudnej chwili chce nam się przypiąć i jeść i jeść, aż zaśniemy z twarzą na blasze i obudzimy się z okruszkami przyklejonymi do policzka, lekko być może zażenowani, ale z ranami przynajmniej tymczasowo zabliźnionymi. Taki pokarm, którego jedzenia zwykle nie chcę wydzierżawiać żadnej restauracji, bo jest ono bardzo intymnym przeżyciem. Chcę zrobić sobie gar kaszki kukurydzianej z malinami, usiąść pod kocem, zapodać jakąś komedię albo, jeśli chcę się przyjemnie postresować, to coś bardziej sensacyjnego. Na scenach tortur albo przy strzelaninie zakładam koc na głowę, strategicznie oglądam tylko pasek kontrolny i czekam na jakąś scenkę bardziej rodzajową. Przebijam się przez ten cały gar pokarmu pocieszenia, a kiedy łyżka poskrobie wreszcie dno, czuję się o wiele lepiej i idę bardzo mocno spać.

Orestesa bardzo nam brakuje. Czasem chciałabym sobie z nim porozmawiać. Kilka pytań mam, na które tylko on by odpowiedział. Kilka spraw tylko on by mi wytłumaczył. Pies na baby był, to prawda, sporo cudzego istnienia nakrzywdził, ale dusza człowiek. Dziwne. Regularnie nachodzi mnie ochota, by nim potrząsnąć - a tu nie ma kim. Myślę sobie, że gdybym wiedziała o jego nocnych peregrynacjach, to może wybrałabym się z nim. Oszczędziłabym mu tych kilku dolarów, które wydawał na intymny krąg mariachis.

Ale z drugiej strony, w sumie to nie wiem. Człowiek trochę chce, ale chyba jednak bardzo nie chce być przyłapany na własnej samotności. Nie chce być przyłapany na własnych, bardzo alternatywnych metodach leczenia tego egzystencjalnego chłodu, który siedzi sobie w środku jak Gollum. Być może Orestes lubił sobie pobyć właśnie sam na sam z kubkiem gorącej czekolady, w miejscu, które nigdy się nie zamyka i nigdy nie gasi bożonarodzeniowych światełek. Być może w ogóle się mylę odnośnie tych mariachis, no bo błagam, dziesięć dolarów za piosenkę, którą można sobie w domu spokojnie puścić na słuchawkach z płyty albo z youtuba. Poza tym, nie zawsze człowiek chce, żeby wlepiano w niego wzrok. (Choć cudze patrzenie to podobno wykładnik naszego istnienia. Hm.). Czasem miło jest, kiedy wszechświat przymyka na chwilę powiekę, a nasze istnienie zaczyna mrygać i migotać i gasnąć, jak na ekranie, w którym coś nie styka.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo