Henry'ego historie o duchach II

poniedziałek, 17 listopada 2014

„W tamtych czasach zawsze kombinowałem, jak by tu się jeszcze jakimś sposobem dorobić. W godzinach roznosiłem listy, a po godzinach łapałem węże. Popyt na nie był, wbrew pozorom, spory. Zawsze znalazł się ktoś, komu do szczęścia brakowało węża w roli maskotki. Sam miałem kiedyś w domu pięknego boa, którego przywiozłem sobie z Panamy. Lubiłem go bardzo, aż mój kolega-idiota go nie zabił. Wyjechałem, zaufałem draniowi, że się nim zaopiekuje, a baran nie dopilnował odpowiedniej temperatury w terrarium i szlus. Wracając jednak do polowania na węże. Kilka razy udało mi się sprzedać zdobyte grzechotniki do laboratorium, gdzie pozyskiwano ich jad. Oczywiście, czasem ludzie płacili mi za zastrzelenie jakichś gadów znalezionych w ogrodzie czy na drzewie, bo tam właśnie lubią wylegiwać się mokasyny. Różnie bywało. Grunt, że trochę na tym łażeniu zarobiłem.


Któregoś dnia przeczesywałem okolicę w poszukiwaniu węży, gdy nieoczekiwanie drzewa się przerzedziły i zaszedłem na czyjąś posesję. Dom w starym stylu, dwupiętrowy. Pamiętam do teraz, bardzo zadbany ogród. Grządki równiutkie, rośliny przycięte, alejki jak mierzone linijką, trawnik przystrzyżony, wręcz wymuskany. Na balkonie stała jakaś kobieta w różowym peniuarze, wściekła jak nie wiem co. Szybko okazało się, że z mojego powodu. „Wynoś się pan stąd!” - skrzeczała. - „To teren prywatny! Żadnych obcych tu nie chcę! Wynocha!”. Piekliła się dość konkretnie, więc uniosłem ręce, uchyliłem kapelusza i grzecznie się zwinąłem.

Za chwilę zresztą zapomniałem o całym zajściu, bo było już dobrze po południu i strasznie chciało mi się jeść. Zaszedłem więc do spożywczego, który znałem z mojej trasy. W tamtych czasach można było zajść do spożywczaka albo rzeźnika i zamówić kanapkę, robili ci ją na miejscu bez gadania. Wchodzę, a tam spory tłok, najwyraźniej nie tylko ja zapomniałem, że nie samą pracą i tak dalej... Oparłem się na kontuarze, zamówiłem Reubena, a gdy młody zaczął się uwijać, powiedziałem: „Człowieku, co za dzień. Jakaś kobieta mało mnie nie zabiła, bo zapuściłem się na jej teren.” „Gdzie?” - pyta młody. „A tu niedaleko... Jakieś cztery kilometry stąd. Mało z siebie nie wyszła, taka była wściekła.” Młody przestał ważyć moją wołowinę i pyta: „Nie miała na sobie przypadkiem takiego różowego szlafroka?” „Tak, a dlaczego?” - zdziwiłem się. „Bo w tym ją pochowali. Sam byłem na pogrzebie, jeszcze gdy byłem małym chłopcem.”

Tu do rozmowy włączyło się kilku innych mężczyzn. Jeden z nich, o którym wiedziałem, że od lat montuje w okolicy linie telefoniczne, znał nawet tę kobietę osobiście. Nie pamiętam, kto rzucił pomysł, może właśnie on: „Chodźmy zobaczyć dom.”

Poszliśmy. Trochę się po drodze pogubiłem, ale wreszcie drzewa się przerzedziły i naszym oczom ukazał się dom... Ten sam niby, ale zupełnie zmieniony. Wyglądał tak, jakby od lat nikt w nim nie mieszkał. Wyblakła, łuszcząca się farba, brakujące dachówki, ocipiały bluszcz płożący się wszędzie bez ładu i składu, chwasty w ogrodzie wybujałe do pasa, po wypielęgnowanych kwiatach ani śladu. Alejki zarosłe trawą, ledwo widoczne. Staliśmy tak przed tym obrazem nędzy i rozpaczy i nie wiedzieliśmy za bardzo, co zrobić. Kilku poszło obejść dom dookoła, ale bez większego przekonania, bo co było, każdy widział. Monter stał przy mnie kręcąc głową i po raz kolejny poprosił o streszczenie całego zajścia. Potem zaśmiał się ponuro. „No cóż. Wszystko się zgadza. Stara Ruth zawsze taka była. Mało przyjemna. Charakterna. Nikomu nie przepuściła. Każdego przegoniła. Szczerze mówiąc” - tu ściszył głos - „na pogrzeb poszedłem głównie po to, by się upewnić, że wiedźma nie żyje. Szaleńców śmierć się nie ima.”

Chcieliśmy jeszcze zajść na jej grób, bo pochowano ją na pobliskim cmentarzu, ale zaczęło się ściemniać, więc daliśmy spokój...”
Share /

1 komentarz

  1. Charakterna bohaterka:) Lubię takie historie z dreszczykiem... pozdrowienia dla Autorki. Z przyjemnością czytam twój blog, smakując po kawałeczku, jak szarlotkę do kawy z cukrem waniliowym i cynamonem:)

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo