przenajświętsze czaple od żadnych decyzji

poniedziałek, 10 listopada 2014

W San Antonio odżywamy zwykle kulturalnie. Naprawdę, przy naszym nienormowanym trybie życia, mieszkanie na suburbiach (tak jak w Houston/Baytown) to gwarancja rychłego filistynizmu. Po przebiciu się przez popołudniowy tłok w sumie już niczego się nie chce, tym bardziej, jeśli po coś wartościowego trzeba znowu wsiąść w samochód i machnąć pięćdziesiąt kilometrów. Stać nas jedynie na to, by przejechać się jedną przecznicę do meksykańskiej kantyny, złożyć zamówienia w okienku i ewentualnie zadbać o to, by nie zapomniano dać nam wielkiego pojemnika z zieloną, wściekle ostrą salsą, którą oboje pijemy przez rurkę.

W San Antonio natomiast chodzimy sobie wieczorami na deptak, na koncerty, na przedstawienia uliczne, na „pierwsze piątki”, czyli comiesięczny jarmark, na którym prezentują się lokalni rzemieślnicy; ostatnio natrafiliśmy na grupę artystów, którzy zamiast na rurze tańczą na długich szarfach lub linach zawieszonych u powały. Zaplątaliśmy się nawet na jakąś elytarną degustację białego wina w zabytkowym hotelu z XIX w. Haj lajf. Poza tym chodzimy do naszej ulubionej browarni, gdzie między innymi można dostać niezłego czekoladowego stouta. Ten czekoladowy stout jest dla mnie zbawienny, bo w Stanach nie lubię kupować alkoholu w supermarkecie. Rzadko gdzie można kupić pojedynczą butelkę czy dwie, trzeba od razu sześciopak. Jest to bardzo stresujące, bo ja chcę sobie tylko wysączyć piwko po zakończonej pracy, skąd mam wiedzieć, czy jutro (lub przez cztery nienastępujące po sobie dni) będzie mi się chciało pić to samo? Jak ja mam się tak zaangażować? Ja nie jestem gotowa na takie deklaracje wierności względem tego, co przyjdzie. Epilog jest zwykle taki, że stoję kwadrans w dziale monopolowym, ludzie mnie potrącają i przesuwają, a ja zastanawiam się, co zrobić z resztą niechcianego piwa, które za chwilę zakupię. Dobra lokalna browarnia idealnie rozwiązuje problem mojego potwornego szczeniactwa, braku dojrzałości i chronicznej fobii zaangażowania przy kupowaniu piwa.

A na dodatek idzie jesień, co oznacza, że temperatura na dworze oscyluje koło dwudziestu stopni, a nie trzydziestu pięciu z tendencją rosnącą. Można więc sobie posiedzieć z piwem na dworze, pod gwiazdami. Browarnia znajduje się nad rzeką San Antonio, tuż przy deptaku, więc zwykle później spacerujemy sobie nad wodą, aż dojdziemy do takiego jednego rozłożystego drzewa, które nocą wygląda jak obwieszone wielkimi białymi krechami. Dopiero gdy się człowiek wpatrzy, to dociera do niego, że to czaple śpiące na niskich konarach. Kilkanaście śpiących czapli, cały klan. Od czasu do czasu któraś się poruszy przez sen, inaczej skręci długą szyję, bo jej drętwieje, a później bach, znowu nieruchomieje. Idylla. Zwierciadło wody w tym miejscu położone jest bardzo wysoko, wyżej niż deptak, i przelewa się trochę przez sztucznie zbudowane koryto. Pachnie zamulonym dnem i od czasu do czasu pluska.

Deptak biegnący wzdłuż rzeki to miejsce, w którym cztery lata temu spędziłam najdłuższy dzień mojego życia. Jest to jak najbardziej wykonalne, bo deptak zaczyna się w centrum przy ruinach klasztoru Alamo i biegnie wzdłuż rzeki aż do Mission Espada, czyli spokojnie kilkanaście kilometrów. Świetne miejsce na podjęcie decyzji o emigracji do kraju, którego podniety do teraz stanowią dla mnie zagadkę nie do rozszyfrowania. Decyzji oczywiście podjąć nie chciałam. Człowiek, czyli ja, nie chce podejmować żadnych, ale to żadnych decyzji. Człowiek, czyli ja, chce tylko iść deptakiem aż do końca świata, aż nadejdzie ostatni jeździec Apokalipsy, ten na sinozielonym koniu. Przegapię oczywiście i to ważkie wydarzenie, bo rzeka i deptak są o piętro niżej niż całe miasto i świat wokół niego. Od morów i plag, w niewypowiedzianych męczarniach, wymrze cały ludzki gatunek, nastanie nowe niebo i nowa ziemia, a ja będę tak sobie iść i iść i bimbać radośnie na wszelkie decyzje, a zwłaszcza te wielkie, życiowe i mało idealne.

Długo potem nie potrafiłam w ogóle iść tym deptakiem. Wszystko przypominało mi o tym okropnie długim, traumatycznym dniu. Teraz już jakoś przestałam się bać tego wspomnienia, a może nawet dzięki niemu zawłaszczyłam sobie to miejsce na wyłączność. Nocą chodzimy więc sobie deptakiem brzegiem rzeki. Z daleka, od baru po drugiej stronie ulicy, dobiegają ochrypłe ranchery, śpiewane przez chór pijących razem mężczyzn: ¡Y volver, volver, volveeeeeeeeeeer! A tus brazos otra vez... A my spacerujemy sobie aż do tego rozłożystego drzewa obwieszonego białymi krechami. Pytamy się: „Czy to już?”, bo czasem ciemność robi się tak gęsta, że trudno coś zobaczyć po drugiej stronie rzeki. Drzewo jednak zawsze jest, choć trzeba się trochę wpatrzyć, żeby je zauważyć. Woda pluska. Czaple śpią spokojnie.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo