San Antonio poznaje się tak: jadę trzy godziny międzystanówką I-10, sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilometrów na godzinę; wpadam w taki ponadstówkowy trans, że gdy tylko jakiś samochód plącze się zbyt blisko, to czuję się nieswojo i dodaję gazu, i nagle po tych trzech godzinach ruch odczuwalnie zwalnia. W okolicach Houston przy dozwolonej prędkości sto kilometrów, jedzie się przeciętnie sto dziesięć, sto dwadzieścia. I mimo to non stop ktoś miga z tyłu światłami, że mam się przesunąć z pasu szybkiego ruchu, bo jemu się spieszy. Więc ta zmiana w San Antonio jest momentalnie wyczuwalna: natychmiast mimowolnie ładuję się komuś na zderzak, a potem otrząsam się, zwalniam do dziewięćdziesiątki i zatapiam się w miłym, sennym letargu razem z resztą ospałych kierowców. Autostrada kołysze mnie łagodnie w górę i w dół i w pewnym momencie, gdy wynurzam się na wierzchołek kolejnego wzgórza, w dolinie przede mną ukazuje się Miasto. Nie ma, nie ma i nagle jest.
Jeszcze dziesięć minut, i po prawej stronie widzę sylwetkę centrum, z charakterystyczną Wieżą Ameryk (Tower de las Americas), która króluje wśród biurowców i hoteli.
firmowe rozkminki
„Lew Lechistanu” i obrońca wiary, Jan III Sobieski, doczekał się w Polsce własnej marki papierosów i wódki. (Swoją drogą ciekawe, dlaczego akurat on. Ja tam bym wolała Jagiełłę. Ale to ja).
Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
mieszkanko blues
San Antonio
Kobiety na dziedzińcu obsiadły kamienne donice, śmieją się, rozmawiają i z wyraźną przyjemnością palą papierosy. Wokół nich biegają dzieci. Bawią się w berka, puszczają bańki mydlane. Są szczęśliwe, że żaden dorosły nie zwraca na nie uwagi, że nikt ich nie uspokaja. Hassan wychodzi na zewnątrz z okrągłą tacą zastawioną małymi szklaneczkami do herbaty. Pękate brzucho srebrzystego dzbanka połyskuje w białym świetle latarni. Przy stole na dziedzińcu, na uboczu, jakiś mężczyzna, wyciągnięty w twardym ogrodowym krześle, pali z namysłem sziszę. Bliżej, w kręgu święta, stoją roześmiani mężczyźni. Przyglądają się biegającym dzieciom i rozmawiają. Niektórzy ubrani w typowy mundur amerykańskiego biznesmena, czyli koszulę i spodnie khaki z ciemnym paskiem fatalnie podkreślającym tuszę wieku średniego. Inni są w jasnych tunikach i szarawarach tego samego koloru, z taquiyą (czapeczką modlitewną) na głowie. W środku restauracji, w sali bankietowej wynajmowanej na imprezy i specjalne okazje, wielki stół zastawiony słodyczami. Ściany są ze szkła, więc widać gości dobierających sobie kawałki baklawy, kwadratowe porcje ciasta ze zmielonych orzechów i moje ulubione kruche ruloniki z ciasta francuskiego.
Nowy Orlean
wojaże
Moi Brazyliczycy nie chcieli mnie zabrać do centrum Salwadoru. Bardziej ekscytowały ich nowiutkie centra handlowe na suburbiach. Mercado Modelo? Po co chcę oglądać były targ niewolników? Tam ciężkie jest nawet powietrze. Swoim zwyczajem odsuwali wypad jak najdalej w czasie, aż wreszcie udało mi się pójść dopiero w ostatni weekend przed wyjazdem. W wielkiej, historycznej hali urządzono teraz pchli targ; rmożna sobie kupić etniczną biżuterię, japonki ozdobione muszlami, barwne sarongi, afrykańskie rzeźby, figurki świętych candomblé. Po stromych uliczkach prowadzących w dół do portu chodzą baiany, kobiety w majestatycznej bieli, z turbanami na głowie; sprzedają gorące acarajé: wielkie bomby z czarnej fasoli smażone w oleju palmowym, nadziewane pastą z krewetek.
![]() |
| Sprzedaż niewolników w hotelu St. Louis. Z czasem rycina stała się kultowym obrazem "szczególnej instytucji" (peculiar institution), jakim było amerykańskie niewolnictwo. Źródło |
firmowe rozkminki
wojaże
Znam to. Jeśli chodzi o wyrzucanie rzeczy bezużytecznych, to bryluję. Wyrzucam regularnie i skrupulatnie. Wyrzucam papiery, pamiątki, pocztówki, prezenty nie do użytku, duperele robiące za przyciski do papieru, tandetną biżuterię kupioną lub otrzymaną, ubrania noszone raz kiedy. Mój styl życia - przyszpilenie w tymczasowości - to być może okoliczność łagodząca dla mojej bezwzględności. Wyrzucając (porzucając), czuję pewien wewnętrzny sprzeciw, zwłaszcza przy rzeczach quasi-pamiątkowych. Ale ignoruję go. Porzucając, decyduję się na sakramentalne „nie”. Nie, nie zagłębię się nigdy w majańskie logogramy. Nie, nie będę już nikogo uczyła angielskiego. Nie, o tym człowieku już nigdy nie pomyślę.
Użytkowość rzeczy martwych przesądza o ich zbywalności: kończy się użytek, kończą się one same.
Znam to. Jeśli chodzi o wyrzucanie rzeczy bezużytecznych, to bryluję. Wyrzucam regularnie i skrupulatnie. Wyrzucam papiery, pamiątki, pocztówki, prezenty nie do użytku, duperele robiące za przyciski do papieru, tandetną biżuterię kupioną lub otrzymaną, ubrania noszone raz kiedy. Mój styl życia - przyszpilenie w tymczasowości - to być może okoliczność łagodząca dla mojej bezwzględności. Wyrzucając (porzucając), czuję pewien wewnętrzny sprzeciw, zwłaszcza przy rzeczach quasi-pamiątkowych. Ale ignoruję go. Porzucając, decyduję się na sakramentalne „nie”. Nie, nie zagłębię się nigdy w majańskie logogramy. Nie, nie będę już nikogo uczyła angielskiego. Nie, o tym człowieku już nigdy nie pomyślę.
mieszkanko blues
Pierwszy czwarty lipca w Ameryce? Ponad dziesięć lat temu. Nie pamiętam dokładnie, kiedy. Rok 2001? Myślę, że po trzydziestce zacznę rysować sobie na ścianie markerem jakąś oś czasu, tak dla porządku, żeby nie strzelać datami w ciemno. Przyda się też Mężczyźnie, bo potem niczego nie pamięta i wmawia mi, że pomyliłam go z kimś innym, że to przecież nie z nim. W każdym razie pierwszy amerykański Dzień Niepodległości świętowałam w Nebrasce. Małe miasteczko nazwane na cześć Johna C. Fremonta, polityka i podróżnika, który jako jeden z pierwszych odkrywców opisał okolice obecnego Las Vegas. Razem ze znajomą przeszłyśmy kilka ulic, aż dotarłyśmy do miejsca, gdzie pod białym namiocikiem, wprost na chodniku, rozłożył majdan sprzedawca sztucznych ogni. Kupiłyśmy fajerwerków za ponad dwadzieścia dolarów. Dolar stał wtedy około cztery złote, więc suma wydała mi się astronomiczna: dwa bite miesiące sumiennie zarabianego kieszonkowego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


