Dobrze, że Mężczyzna jest obok, żeby w razie czego wyciągnąć mnie za nogi.
Zanim to jednak nastąpi i zanim dotrzemy do bramy festiwalu, pięć kilometrów od niej natykamy się jak zwykle na gigantyczny zator i stoimy w nim bite półtorej godziny, sunąc centrymetrami w stronę parkingu. W tym czasie spuszczamy szyby i oddychamy sobie spalinami i potencjalnie świerkowym powietrzem, bo jesteśmy już w Hill Country, czyli w krainie wzgórz. W głośnikach tym razem kubański son. Eliades Ochoa opowiada, jak to podczas wędrówki z towarzyszami natknął się na piękną guajirę (kubańską wieśniaczkę) i złożył jej niemoralną propozycję. Ja śpiewam razem z męskim chórem: „Ay papacito asi que no, ay que me muero! Asi no mi papacito! Asi no que yo me muero!”. A Mężczyzna się ze mnie śmieje, oczywiście. Marny z niego Latynos. Za szybą zacina się krajobraz jak dawno nieoliwiony fotoplastykon. Małe amerykańskie miasteczka, motele trzydzieści dolarów za noc („w cenie dzielenie łóżka z Miguelem lub Raulem” - uzupełnia Mężczyzna), bajeczne posesje ludzi, którzy kupili sobie ileśtam hektarów i odgrodzili białym płotkiem, i oczywiście kolorowe banery popularnych fastfoodów. Marka nade wszystko! Ale nad markami piętrzą się chmury. Chmury niemedialne i bezkształtne, żadnego logo, same fantazmaty.
(Dwa kilometry od festiwalu wjeżdżamy w wypalony fragment lasu. Brakuje tylko rozprasowanych zegarów, żeby zwieszały się z nagich kikutów drzew wylizanych do czysta przez płomienie.)
Za chwilę dorwiemy upragnione miejsce na parkingu i zacznie się to, po co tu przyjechaliśmy: pulsujący tłum, żonglerzy, połykacze ognia, konie w kolorowych wojennych czaprakach, artyści na szczudłach, pan z torbami popcornu kołyszącymi się na długim kiju, produkcja kolorowego szkła, ogłuszające bicie monet, hotdogi, falafele i miód pitny, i pokazy sztuk walki z czasów odrodzenia, i „obrażacz”, czyli aktor, który za kilkadziesiąt dolarów obrazi w wyszukany sposób wskazaną przez nas osobę. Multum osób mówiących językiem quasiszekspirowskim i oczywiście kobiety zasznurowane niemiłosiernie aż do żeber; biust wywindowany w górę tak, że leży efektownie rozpłaszczony prosto na brzegu gorsetu. Mężczyzna będzie mi koniecznie próbował coś kupić, na przykład puzzlowy pierścionek, który podobno sułtan dawał kobietom w swoim haremie: musiały go zdjąć, jeśli chciały przespać się z kimś innym, pierścionek rozpadał się wtedy na części, a ponieważ nie potrafiły go odpowiednio złożyć, stawało się to świadectwem ich winy. To będzie za chwilę, za długą i niesprecyzowaną chwilę, a tymczasem bawimy się samochodem w: „Mamo mamo ile kroków dać?” - „Pół piaseczka”. Człowiek z niczego widać nie wyrasta. I tak stoimy sobie w półwypalonym, rzadkim lesie z czasem rozwałkowanym na martwych gałęziach. Szyby opuszczone, bo dzień jest piękny i rześki, mimo spalin. Chmury się piętrzą. Eliades śpiewa króciutki utwór „Pedacito de Papel”, o tym, jak w starej książce znalazł bilecik od ukochanej sprzed lat. „Nie pamiętasz mnie już, a ja też cię zapomniałem... pozostał tylko skrawek papieru ukryty między kartami książki, podarty teraz i rozpadający się w pył... sam nie wiem nawet, po co go tam włożyłem.”

Wstrzymałam oddech juz przy pierwszym zdaniu: "Teksanski Festiwal Renesansowy"! Cudnie!
OdpowiedzUsuńCo do pierścionka to tez juz bym na pewno miała taki na palcu. Ale fajną ma historię. Cwany był ten sultan.
Mi się takie chmury kojarzą z wiosną. Jeszcze ciężkie ale powoli się rozwiewaja, ustępując miejsca błękitowi nieba :)
Hej :) Przepraszam za poślizg, ale przebywałam ocean, a po przyjeździe jak zwykle zawirowania ze spaniem i internetem. TRF to super sprawa, tu jest ich oficjalna strona: http://texrenfest.com. Sporo naszych znajomych pracuje na festiwalu, bardzo zwariowani, nieszablonowi ludzie, jak to aktorzy :) Pozdrawiam Cię serdecznie już tym razem z Europy :)
UsuńNie ma problemu :) pozdrawiam również, mam nadzieję, że odespalas! Dzięki, na stronę festiwalu na pewno zajrzę :)
OdpowiedzUsuń