kolaż bon voyage

piątek, 12 grudnia 2014

Ostatnie meksykańskie śniadanie. Jajecznica z papryczkami jalapeños, breja fasoli i papas fritas, oczywiście w powodzi wściekle ostrej salsy. Jadę do taqueríi w japonkach, bo nie chce mi się sznurować butów. Załapuję się na koniec audycji publicznego radia o tłumaczeniu perskiej poezji. Koniecznie kawa, ta amaretto, bo ostatnimi dniami wstaję z jej smakiem w tyle języka i akt jej zaparzenia zastępuje mi czasem śniadanie. Czy moja walizka waży 23 kilogramy? Dziwne urządzenie w kształcie wieszaka wyświetla wagę, ale tylko w funtach. Irracjonalny lęk, że w czasie mojej nieobecności w mieszkaniu rozpanoszą się karaluchy. Czy zabrałam wszystkie ładowarki? Każde cudeńko mające rzekomo ułatwić mi życie oddaje się radosnej prokreacji; towarzyszy mu już nie tylko ładowarka, ale i dodatkowy dłuższy przewód, i jeszcze dodatkowa wtyczka, taka rozgałęziona, żeby można było w nią wetknąć jeszcze więcej podobnych cudeniek, i oczywiście konwerter. Parzenie kawy opóźnia wyjazd na lotnisko. Krążę nad lejkiem jak kat nad dobrą duszą, a on stoicko kap - i zator, kap - i zator.


Dzień taki piękny. Remont mojej ulicy dobiega końca. Dziury zasypane migocącym asfaltem. Na autostradzie międzystanowej wypadek świeży jak chleb. Dziewczyna młodsza ode mnie, pęknięty brzuch, misterium jelit na wierzchu. O dziwo, niewiele krwi. Przytomna. Zajmuje się nią dwóch kierowców. Trzeci zastawia odcinek autostrady swoim pickupem. Pogotowie błyska mi w lusterku. Zatrzymuję się dalej na poboczu pełna palącej bezradności. Nic tu po mnie. Wszystko się już wydarzyło. Na lotnisku natomiast wszystko ma się jeszcze wydarzyć. Wszystko jest strasznie ciężkie, wszystko się strasznie wlecze. Kolejka klasy biznesowej z wielkim rozczarowaniem wlewa się do kolejki plebsu. Chaos. Skanerowi coś się nie podoba w mojej torbie. Czekamy pięć minut, aż przyjdzie osoba w niebieskich plastikowych rękawiczkach i sprawdzi, jakie ja to bomby chcę przemycić. Kolejka mnie kocha, rzecz jasna. Wszystko jest strasznie ciężkie. Dwa komputery, wełniany płaszcz na potem, w rękawie płaszcza ciepły sweter; poza tym książka Hijuelosa „The Mambo Kings Play Songs of Love”, dwa telefony, ładowarki, przewody, olejki do suchej skóry, oczywiście w przepisowej objętości 100 ml. W sferze bezcłowej dochodzi litrowa butelka z wodą; jestem stuprocentowym aquaholikiem. Bardzo pojemna i w konsekwencji bardzo wyładowana torba wżyna mi się w ramię. Znowu kolejki. Nie przyswajam kompletnie komunikatów podawanych przez intercom. Kolej na które siedzenia? Nie chce mi się stać w następnej kolejce. Gapię się na pas startowy. Lotniska są przeważnie bardzo brzydkie, Bush International Airport wcale się z tej reguły nie wyłamuje.

Opisy filmów na ekranie są po francusku. Stewardessa z Air France pyta mnie jak człowiek, czy chcę lód w moim soku pomidorowym. Jadący ze mną Amerykanie na swoją prośbę dostają po dwie kosteczki lodu. Zagubieni, dotykają ekranu, na chybił trafił starają się wybrać film. Ogarnia mnie paskudna Schadenfreude. Wreszcie jesteśmy w świecie, w którym wszystko dzieje się na moich warunkach.

Niewygodnie, bardzo niewygodnie. Moje ciało to kostka Rubika: próbuję wielu konfiguracji i każda okazuje się nietrafiona. Myślałby kto, że teraz już powinnam być jakąś zawordową kontorsjonistką, a tu figa. (Henry, kiedy po raz pierwszy pokazałam mu figę, spadł prawie z fotela. Nie uświadamiałam sobie, że ten dziecięcy gest jest tak obsceniczny). Po kilku godzinach siedzenia, w organizmie odkłada się oponka wielkiego fizycznego rozgoryczenia. Pozycja siedząca to dla ciała funkcja kompletnie anaturalna. I mocno szkodliwa. Lepiej jest siedzieć w kucki albo po turecku, albo nawet sobie kulturalnie poklęczeć. A tu przeciętny nierozciągnięty dorosły ledwo w kuckach dziesięć minut wytrzyma. Filozofuję, bo mi niewygodnie i kręgosłup zgrzyta na mnie zębami czy co on tam zamiast zębów ma, poduszeczki międzykręgowe, nota bene twardniejące z minuty na minutę. Jak zwykle nie śpię. Włączam sobie „Przyjaciół” i staram się nie śmiać na głos, bo pasażerowie wokół mnie podsypiają i światło jest zgaszone. Śmiech wylewa się jednak ze mnie sam, jak piwo ze wstrząśniętej za mocno butelki. Organizm czuje się troszeczkę lepiej wymasowany wewnętrznym rozbawieniem.

Paryż. Horrível esse aeroporto, horrível. Tyle się nasłuchałam o tym strasznym lotnisku, a tu już kilkakrotnie niespodzianka, żadnych zombie w kącie nie ma. W jeszcze jednej kolejce, ogłuszona szumem silników, na haju bezustannego gwaru, rozpoznaję za sobą znajomą, rozkołysaną melodię języka portugalskiego. Chcę się odezwać i nie mogę, zmęczenie staje mi kołkiem w ustach. Kobieta za mną przemawia do swojej małej córeczki, wyjaśnia jej, dlaczego musimy ponownie się rozzuwać w kolejce do skanera. (Todo mundo anda de descalça, cały świat (= wszyscy) zdejmuje buty). Carioca (mieszkanka Rio), bo jej esy szeleszczą, a zdania układają się w śpiewne kadencje. Sigue falando, por favor, não deixe de falar, pois viverei de suas palavras... - zaklinam ją w myślach. Mów dalej, wytłumacz mi to wszystko, nie przestawaj.

Załoga samolotu lecącego do Warszawy jest francuskojęczyna. Jedna ze stewardess wita mnie energicznym: „Dzieńdobryyyy!” wypowiedzianym na narastającą melodię „Bonjouuuur!”. Na śniadanie podają mi szczypcami zimne ciasto francuskie ze stwardniałą czekoladą w środku. Brr.

A potem wyłania się wreszcie spod chmur moja ziemia, minha terra. W odróżnieniu od lądu amerykańskiego, na którym pola, poletka i miasta odmierzane są boską ekierką, Polska to mocno nieregularny kolaż. Crazy quilt, ocipiała kapa, zszywana z przypadkowych skrawków materiału, bez konkretnego, uporządkowanego wzoru. Tu miedza powiedzmy umownie prosta, tam wijąca się ścieżynka, tu wydłużony prostokąt, tam rozdęty sześciobok, anarchiczne ilości kątów ostrych i rozwartych. Nawierzchnia lotniska pokryta jest szronem. Gdy wychodzę z samolotu, zaczyna padać drobny śnieg, a w zasadzie zakonspirowany deszcz. Rozkręcam telefon i zmieniam kartę z amerykańskiej na polską. Wystukuję znajomy numer. Po drugiej stronie linii czeka na mnie ciepły krupnik i najlepsza kawa świata w finezyjnych filiżankach, i słońce wpadające do pokoju przez staroświecką białą firanę. (Na gwałt przeglądam umysł w poszukiwaniu języka niemieckiego: musi gdzieś tu być, gdzieś za chwilę powinna otworzyć mi się ta szuflada, wo ist das denn?). Moja walizka pojawia się pierwsza na taśmie: wszechświat mi szczęści. Z łazienkowego lustra spogląda na mnie wymięty człowiek z czerwonymi oczami. Macham do niego i walę go ręką między łopatki, żeby przegnać to podróżne przygarbienie. Krupnik, głupcze! - mówię mu. - Krupnik!

Krupnik u Babci to naprawdę dobra meta.
Share /

11 komentarzy

  1. kocham ten nasz polski kolaż pól :^) z lotu ptaka .. wiem od razu, że kończą się Niemcy a zaczyna Polska :^)
    bardzo ciepło pozdrawiam Cię i Wielkopolskę też .. bardzo zazdroszczę podrózy do Polski :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach tak, święta w Polsce mają jednak zupełnie inny klimat! Kiermasze w centrum miasta... światełka... kolędy Mazowsza... w Poznaniu na Placu Wolności postawili wielką okrągłą karocę ze światełek, a la Kopciuszek... nie wiem w sumie, do której opowieści wigilijnej mam ten motyw włożyć, ale wygląda to pięknie... Ślę ciepłe adwentowe pozdrowienia :)

      Usuń
    2. jak fajnie masz! .. bardzo zazdroszczę Ci i pozdrawiam bardzo ciepło

      a tu wspomnienie z września z Poznania :^)

      https://picasaweb.google.com/lh/photo/mHf1ZQTO1WHDKYAn7WPNldMTjNZETYmyPJy0liipFm0?feat=directlink

      Usuń
    3. Pamiętam te zdjęcia i bardzo polecam wszystkim!! Jesień w Polsce jest wyjątkowo kolorowa, warto zobaczyć!

      Usuń
  2. A zatem przyjechałaś:) Dzień dobry- tu łódź:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry, tu Poznań (i Warszawa), bo trochę będę kursować w tę i we w tę :) A naszej Łodzi już się nie mogę doczekać :)

      Usuń
  3. Całe Stany się zakorkowaly bo nie chciały Cię wypuścić ;))
    Miałam podobna sytuacje na lotnisku kiedy leciałam do Bolonii. Tez prawie na ostatnia chwilę, a pan przy komputerze kazał mi przepuszczac pojedynczo każdy kabelek, miał ubaw z dwóch telefonów i mała kobietka przeszukiwala mi torebke w poszukiwaniu bomby ukrytej w podpaskach.
    Jadłas juz krupnik? :D tez zazdroszczę, ja lecę za 5 dni i ciekawa jestem czy będę miała okazję zobaczyć z góry kolaż polskiej ziemi (bo dziwnym trafem zawsze lecę wśród klebistych chmur aż do samego końca) :))
    Witamy w tej samej strefie czasowej! Ubieraj choinkę i smacznych pierogów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do takiego wniosku doszedł także Mężczyzna :) U mnie znaleźli brelok do kluczy, który podobno mógłby zastąpić broń białą... Musiałam go oddać. Oczywiście długopisy o podobnym kształcie, którymi z powodzeniem można by przerwać tętnicę, już normalnie lecą... ehhh...

      Choinka czeka do ostatniej chwili, aż będzie brat... Ale już poszły pierwsze pierniki i zaczynamy farsz soczewicowy do "pasztecików" :) Bezchmurnego nieba w takim razie Ci życzę!!!

      Usuń
    2. Dziękuję! Bezchmurne nie było, ale poniosło mnie do celu :) Pozdrawiam też juz z polskiej ziemi i... smacznych pierników! :)

      Usuń
    3. I tym sposobem nagle na święta przestrzeń się kurczy i świat robi się bardzo malutki!! Witamy w ojczyźnie!!!!

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo