rzecz własna

czwartek, 19 marca 2015

Pamiętam dni, dalekie dni, pożółkłe, zblakłe, jak ogromnie stary film,
I zapomnienia się odwija w tych marzeniach wyblakły film mych dawnych dni.
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
[Fogg, Pamiętam dni]

Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi. W każdym razie na którymś rogu ulicy Royal znajdujemy sklep z artykułami piśmienniczymi. Wieczne pióra, takie w plastikowej oprawie i takie nie w plastikowej, do zbankrutowania; fikuśnie powykręcane stalówki, wymyślne kałamarze, różnokolorowy atrament, grube bruliony w oprawie ze skóry, szkicowniki, zeszyty, klasery, teczki i aktówki. Wnętrze pachnie skórzanie i nobliwie. Dla mojego amerykańskiego towarzysza - ciekawostka, hobbystyczny artefakt. Dla mnie - konkret. Aby uczyć się pisać długopisem, należało przynieść specjalne usprawiedliwienie od rodziców. „Przy długopisie ręka pracuje inaczej, inny jest nacisk” - tłumaczyła zaaferowana pani Barbara, moja wychowawczyni. Za nieprawne kulfonienie długopisem można było dostać jedynkę. Gdy raz zapomniałam pióra, pani Barbara wyrwała mi przemocą długopis (czarny długopis) z rąk, wyłajała mnie, skazała na ołówek. Innym razem... Towarzysz mruga niepojętnie. Zacinam się.

Tylko sprzedawca patrzy na mnie zza kontuaru uporczywie i ze zrozumieniem. On też wychował się na Starym Kontynencie, jest więc między nami coś własnego... przepraszam, wspólnego.

nie ma tylko przebaczenia.
jest tylko twarda
rzeczywistość zeszytu w wąskie linie
– jak mawiał polonista, dla tych
co bazgrzą karygodnie
jak człowiek pazurem

Sprzedawca nie ma zeszytów w wąskie linie (trzy linie), ale pokazuje nam notatniki w specjalną, gęstą kratkę. Wykonane na tej kratce szkice, bez problemu można wgrać do komputera, obrabiać dalej w programach graficznych, choć dla mózgu to już zupełnie inne działanie niż zmysłowe macanie się z papierem: półkule podświetlają się inaczej. W sklepie jest też mnóstwo tematycznych bajerów dla ludzi, którzy lubią mieć na przykład na biurku pióro z pawim okiem wprawionym w trzonek albo rzeźbiony kałamarz w roli uwznioślonego przycisku do papieru. Kałamarz też kiedyś do szkoły nosiłam, bo przez jakiś czas miałam takie jedno wieczne pióro po dziadku, nie na naboje, ale z gumeczką w środku. Zanurzało się koniec w kałamarzu i wpompowywało się porcję atramentu; trzy, cztery zasysnięcia wystarczyły na dobry kwadrans pisania. Tego pióra używałam kilka dobrych lat, aż mi upadło (zawsze była ze mnie szołyna) i cienka stalówka nieodwracalnie się wypaczyła. (Po drodze zaliczyłam obowiązkowo kilka atramentowych powodzi w tornistrze: zalane grzbiety książek, granatowa wysypka na rękach. Nigdy jednak nie było większych szkód: papier wybacza chętniej niż niejedna elektronika). Utratę pióra strasznie przeżywałam, tak jak utratę każdego innego po nim. Rzecz osobista, nie do pożyczenia. Długopisy gubią się same.

[Sklep Papier Plume mieści się na 842 Royal Street].
Share /

8 komentarzy

  1. Prawda jest taka że długopisem piszę tak, że sama wyznać się nie potrafię ( ups!)
    zaś piórem - poezja, bo ze starego kontynentu i ze starej szkoły ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Migafko, mam tak samo. Faktycznie jest w tym coś, że pióro inaczej się ślizga po papierze i wszystko wychodzi o wiele lepiej. A długopis - uuu (niech zapadnie w tym miejscu litościwa kurtyna)...

      Usuń
  2. Ja zawsze zazdrościlam koleżankom tego, że pisały piórem. Ja moje (niezbyt wyszukane, chyba plastikowe takie dla dzieci na naboje) dostałam chyba w 6 klasie podstawówki. Ale ze do tamtej pory zapał juz minął, a pióro często się zacinalo to szybko też wróciłam do długopisów :) ale stare pióra są cudowne. Zwłaszcza takie jakie dostałaś po dziadku :)
    Super zdanie "papier wybacza chętniej niż niejedna elektronika". I prawdziwe. Pozdrawiam Cię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja chyba też gdzieś w siódmej-ósmej klasie kupiłam sobie takie piękne plastikowe pióro (żółte w pomarańczowe kwiatki), mam je do teraz. Nadrukowany deseń trochę się wytarł, ale sentyment pozostał :) Muszę chyba do niego wrócić :)

      Usuń
  3. Droga Pequeninho co ja mam powiedzieć na temat piór...? Chodziłam do dużej szkoły ośmioklasowej z wielką piwnicą z duchami. W naszych klasach były ławki z pochylonym pulpitem i miejscem na kałamarz. Nikt go nie nosił w piórniku. Nosiliśmy pióra i stalówki. Długopisem wolno było pisać dopiero w piątej klasie. I wszystkie dzieci siedziały prosto z rączkami do tyłu, bo nauczyciel to był ktoś. Zresztą naprawdę tak było z drobnymi wyjątkami. Chodziłam do wiejskiej szkoły, gdzie było po 15 osób w każdej klasie. Pięc osób z tamtej klasy skończyło studia w czasach, gdy w kraju było siedem procent studentów a nie siedemdziesiąt jak dziś!!!! Twój wpis przeczytałam z przyjemnością, bo mam sentyment do tamtych lat. Cieszę się także z wolnego czasu i tego, że wreszcie mogę tu spokojnie zajrzeć z dobrą herbatą w filiżance. Pozdrawiam Cię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elżbieto, pięknie opisujesz tamte czasy. Walkę o ukończenie liceum pamiętam z opowiadań dziadka. Wojna przeszkodziła wszystkim zrobić to normalnym trybem. To niesamowite, że teraz mamy aż tylu absolwentów szkół wyższych. Siedemdziesiąt procent! Jest w tym aż pewna ekstrawagancja, czyż nie?

      U mnie ostatnio też czas tak gna, że ledwo mam czas usiąść i na spokojnie poprzeglądać ulubione blogi... Ale gdy nadchodzi wreszcie ten upragniony moment, wtedy wszystko smakuje mi lepiej, herbata także :) Pozdrawiam Cię ciepło i serdecznie :)

      Usuń
  4. Zawsze kochałam pisanie piórem. Pisze się zupełnie inaczej, bo pióro wymaga czasu. Nie to co długopis czy cienkopis, z którego tusz (chyba?) spływa błyskawicznie. Żeby pióro pisało, musi się namyślić, napełnić atramentem. Trzeba o nie dbać, traktować delikatnie, z szacunkiem i miłością. Jest czymś wyjątkowym, z dopasowaną do osoby stalówką o odpowiedniej grubości, gdzie grubość pisma zależy od siły nacisku i czasu, ile atrament ma na zostawienie linii. Jest bardzo osobistym przedmiotem, w przeciwieństwie do długopisów, których są miliony, a i tak wszystkie piszą identycznie. No i ta wolność w doborze koloru atramentu... Nie tylko granatowy, niebieski czy czarny, ale wszelkie odcienie, tworzone samodzielne przez mieszanie atramentu. W liceum pisałam na zielono, teraz używam fioletu, mój Mąż gustuje w brązach. Długopis to fastfood pisania, pióro pozwala delektować się pisaniem. Dlatego po wielu latach wróciłam do swojej miłości do piór i nawet elektronika nie jest w stanie tego przebić. Listy zakupów, plany, kalendarze, prawie wszystko przejął na nowo papier i moje żółte pióro z fioletowym atramentem ;-)

    akozka (nie wiem czemu wpisuje mnie jako anonim, mimo zalogowania)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Długopis to fastfood pisania"... Ech, czemu to ja nie wpadłam na to świetne określenie? Ja pisałam na czarno, ciemnozielono i granatowo, ale jednak granat najlepiej idzie w parze z moją duszą :) Żółte pióro z fioletowym atramentem brzmi ciekawie i ekstrawagancko. Muszę powrócić do pióra... być może następnym razem w Nowym Orleanie rzeczywiście zakupię sobie "rzecz własną" na Nowy Świat?

    Najgorsze chyba jest to, że pióro nie zapomina zaniedbania. Pamiętam, ile czasu reanimuje się zapomniane pióro, ile trwa wypłukanie zaschniętego atramentu, ile później trzeba to pióro suszyć i czekać, aby napełniło się nowym atramentem. (Jak to piszesz, pióro musi się namyślić: przebaczę czy nie?). Długopis rzadko ma takie fochy. Wysechł to wysechł, do kosza z nim. A nad piórem trzeba się trząść.

    Ostatecznie pojawił się adres Twojego bloga... a więc udało się :) Akozko, dzięki serdeczne za miłą wizytę... Pozdrawiam bardzo ciepło i do usłyszenia :)

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo