cleveland express

poniedziałek, 29 września 2014

Kiedy znajomy pirotechnik Mike dowiaduje się, że chcemy w dwa dni dojechać do Cleveland w Ohio, czyli lekką ręką dwa tysiące dwieście kilometrów, ze śmiechu dostaje ataku czkawki. „I to we dwójkę?” - upewnia się przez łzy. - „Zabijecie się przecież. Zabijecie siebie nawzajem, przede wszystkim.”

Nie zna, dziecię niewinne, naszych masochistycznych zdolności.

Podróż rzeczywiście okazuje się trochę rozczarowująca; chciałam zobaczyć legendarne Memphis w Tennessee, o którym Cassandra Wilson śpiewa uwodzicielsko, „O, czy nie zabierzesz mnie z powrotem do Memphis, gdzie możemy przetańczyć całą noc...”. Mężczyzna jednak wybrał krótszą drogę przez legendarne Nashville, stolicę przemysłu muzycznego i miejsce akcji eponimicznej opery mydlanej o niewysłowionych intrygach, na jakie stać aspirujące gwiazdy muzyki country. A nawet przez Nashville przejeżdżamy nocą, ani razu się nie zatrzymując; musimy być w Cleveland na czas, bo inaczej piętnastominutowy pokaz fajerwerków weźmie w łeb. Tak więc przez dwa dni tak na dobrą sprawę pożeramy tylko kilometry i ryż z czerwoną fasolą, która to potrawa pełni na amerykańskim Południu rolę chleba powszedniego. Styropianowe kubki z tym aromatycznym brebstwem (i saszetki z piekielnie ostrym sosem z czerwonych papryczek) można kupić w lokalnych fastfoodach przez okienko, nie wysiadając nawet z auta.

Howard odchodzi II

piątek, 26 września 2014

Jakiś tydzień po podsłuchanej nocnej kłótni wracam sobie wieczorem z zakupów na nasze osiedle i mijam przy śmietniku żółtą hondę. Zwykle, gdy widzę żonę Howarda, czy to na spacerze z psem, czy to bawiącą się z dziećmi sąsiadów, głowę ma zawsze odwróconą. Owszem, jak krzyknę raźnie z przepony: „Hellooooo!!!”, to nawet mi tą głową kiwnie, coś mi tam odmruknie, ale oczy ma zawsze gdzieś indziej. Teraz też. Przemyka obok bez spojrzenia, machnięcia ręką ani słowa.

Powoli dociera do mnie, że to, co wzięłam za niechęć kobiety starszej do młodszej, jest być może niechęcią o szerszym zasięgu. Niechęcią do wstania z łóżka postawionego w dziwnym, nierozpoznawalnym życiu, niechęcią do kontynuowania podróży w pociągu, do którego wsiadło się kiedyś z własnej woli, owszem, ale obecnie staje się coraz bardziej oczywiste, że on mknie w zupełnie, ale to zupełnie nie takim kierunku.

Henry'ego historie o duchach

wtorek, 23 września 2014

„Jak byłem listonoszem, z psami pilnującymi domów potrafiłem się dogadać. Nie było problemu. Gorzej z kobietami. Znasz to powiedzenie, że czyjeś dziecko przypomina listonosza? No właśnie. Myślałem, że to bujda, ale nie uwierzysz, ile kobiet myli harlequiny z rzeczywistością i naprawdę sądzi, że jako listonosz jesteś jakąś maszyną do zapładniania. Jakbym ja chciał i mógł! Mam jedną kobietę i to już jest o jedną za dużo, uwierz mi.”

(Gwoli ścisłości należy dodać, że kilka lat temu Henry i Annette świętowali pięćdziesiątą rocznicę ślubu i są prawdopodobnie jedną z lepiej dobranych par, które znam. Gdyby nie Annette, jej mocne stąpanie po ziemi i żelazna organizacja w postaci wielkiego kalendarza z pozakreślanymi na czerwono datami, Henry zupełnie by się rozjechał; zgrywa twardziela, ale pod swoim pancerzykiem jest mięciutki jak rodzynka namoczona w araku. Oczywiście, do tego się nigdy nie przyzna. Tylko jojczy, że ktoś o niego dba).


rasa szkaradna, miejsce złe

piątek, 19 września 2014

Taka sytuacja. W Starbucksie wpadam na dawno nie widzianego znajomego. Wymieniamy uprzejmości, po czym on pyta: „Jak Henry?”

„Wiesz, widuję go teraz rzadziej, bo się przeprowadziliśmy. Ostatnim razem, jak zaglądałam po pocztę, wyglądał całkiem nieźle...”

„Przeprowadziliście się? Gdzie?”

Nie jest to jego sprawa, więc mówię oględnie: „Niedaleko stąd jest takie małe, ładne osiedle mieszkaniowe. Bardzo nam się tam podoba.”

Znajomy patrzy na mnie podejrzliwie. „Osiedle? Ładne? W Baytown? W Baytown naprawdę nie ma ładnych osiedli, same złe. Wiesz, kto tam mieszka, co się tam dzieje? Nie mogliście znaleźć jakiegoś domu do wynajęcia?”

„Nie. Mnie się tam podoba” - ucinam, zirytowana.

„No, w każdym razie uważaj” - rzuca mi znajomy na pożegnanie i uśmiecha się do mnie z pobłażaniem.

Inna sytuacja. Po krachu nieruchomościowym w Stanach kilka lat temu, znajoma szuka nowego miejsca zamieszkania. W rozmowie z inną Amerykanką mówi sfrustrowana: „Ogólnie nie stać mnie na to, gdzie chcę mieszkać; a tam, gdzie mnie stać, to nie chcę.”

„Dlaczego?” - wtrącam się do rozmowy.

Znajoma się plącze. Widać pytam o coś elementarnego. „No wiesz, nie chcę mieszkać z tymi ludźmi... hm... wielu z nich jest tu nielegalnie, więc wiadomo, już na wstępie złamali prawo. Poza tym to jest bardzo głośna kultura... Szkaradna muzyka, przez cały czas imprezy, bo mają duże rodziny i lubią u siebie przesiadywać. Rozumiesz.”

Howard odchodzi I

środa, 17 września 2014

Poniedziałek to na moim osiedlu dzień koszenia trawy. Zawsze na to czekam, a jednak zawsze mnie to zaskakuje. Jest to początek tygodnia, a więc oczywiście rzucam się w wir pracy i tylko brzeżkiem uwagi przetwarzam niezidentyfikowane dźwięki dobiegające z dworu. Dopiero po pewnym czasie, gdy kosiarka ryczy już zawzięcie tuż pod moją antresolą, uświadamiam sobie, co to za dzień. I z tą świadomością wszystkie dotychczas niezidentyfikowane dźwięki układają się w jedną świetlistą całość jak odgadnięty szyfr z „Pięknego umysłu”: śmiganie wózków golfowych, brzdękanie wyciąganego sprzętu, pokrzykiwanie meksykańskich robotników ustalających, kto bierze który rewir. No i koszenie, najpierw odległe, a potem wrzaskliwe, asertywnie wwiercające się w mój mózg.

Po fakcie, gdy po południu robię sobie koktajlową przerwę, wychodzę na antresolę i wdycham. Jest to ponoć bardzo niezdrowe, ale człowiek ma wtedy bezcenne uczucie płuc naszpikowanych zielenią. Zwykle na dwór wychodzi wtedy także Howard i woła do mnie, czy mój mąż zna się na samochodach, bo ma problem ze swoją hondą, albo czy chcę, żeby mi coś puścił przez słoniowy głośnik. (Tak, chcę: Sinnermana Niny Simone. Ale za dużo od życia nie można wymagać).

o co chodzi w zabijaniu

poniedziałek, 15 września 2014

Na powitanie Henry całuje mnie w pępek, bo tylko tam sięga; siedzi właśnie w internecie i szuka na ebayu pamiątek z pierwszej i drugiej wojny światowej. Jest zapalonym kolekcjonerem militarnych artefaktów i za każdym razem, gdy jadę do Polski, prosi mnie o czołg. („U was pewnie to w każdej wsi stoją gdzieś w polu, mogłabyś mi jakiś odpalić”). Bardzo bym chciała móc zawinąć taki czołg w chusteczkę do nosa i wcisnąć do mojej zjechanej walizki między dwie pary dżinsów, ale jest jak jest. Zamiast tego przywożę mu prawdziwy marcepan i „Katyń” Wajdy, na fali entuzjazmu zapominając o technokratycznych regionach, które wydatnie utrudniają obejrzenie w Stanach zakupionych w Polsce płyt DVD.

Tak naprawdę to chciałabym móc mu przywieźć poznańską Cytadelę. Rozłożyć ją przed nim w formacie A3 jak krakowską szopkę.

„No i co tam, staruszku?” - pytam go i całuję w czubek siwej głowy.

„Niedobrze, jestem stary i żonaty” - zwykła odpowiedź Henry’ego. Odrywa wzrok od ekranu i spogląda na mnie badawczo i kpiąco znad okularów. „A ty co, wykończyłaś już tego swojego nicponiowatego mężulka?”

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo