Nie zna, dziecię niewinne, naszych masochistycznych zdolności.
Podróż rzeczywiście okazuje się trochę rozczarowująca; chciałam zobaczyć legendarne Memphis w Tennessee, o którym Cassandra Wilson śpiewa uwodzicielsko, „O, czy nie zabierzesz mnie z powrotem do Memphis, gdzie możemy przetańczyć całą noc...”. Mężczyzna jednak wybrał krótszą drogę przez legendarne Nashville, stolicę przemysłu muzycznego i miejsce akcji eponimicznej opery mydlanej o niewysłowionych intrygach, na jakie stać aspirujące gwiazdy muzyki country. A nawet przez Nashville przejeżdżamy nocą, ani razu się nie zatrzymując; musimy być w Cleveland na czas, bo inaczej piętnastominutowy pokaz fajerwerków weźmie w łeb. Tak więc przez dwa dni tak na dobrą sprawę pożeramy tylko kilometry i ryż z czerwoną fasolą, która to potrawa pełni na amerykańskim Południu rolę chleba powszedniego. Styropianowe kubki z tym aromatycznym brebstwem (i saszetki z piekielnie ostrym sosem z czerwonych papryczek) można kupić w lokalnych fastfoodach przez okienko, nie wysiadając nawet z auta.
