Powoli dociera do mnie, że to, co wzięłam za niechęć kobiety starszej do młodszej, jest być może niechęcią o szerszym zasięgu. Niechęcią do wstania z łóżka postawionego w dziwnym, nierozpoznawalnym życiu, niechęcią do kontynuowania podróży w pociągu, do którego wsiadło się kiedyś z własnej woli, owszem, ale obecnie staje się coraz bardziej oczywiste, że on mknie w zupełnie, ale to zupełnie nie takim kierunku.
Dwa dni później, w sobotę, pod mieszkanie Howarda podjeżdżają dwie przyczepy do przewozu mebli. Cały dzień słyszę tąpnięcia, stękania i szurania. Dwóch pracowników firmy przewozowej wytaszcza na zewnątrz korpulentne cielska sof, ekranów i lamp. Jedna przyczepa odjeżdża, druga zostaje. W niedzielę o świcie słyszę na dworze jakieś zamieszanie, ale nie pozwalam się obudzić. Gdy znacznie później wychodzę na antresolę ze snem w oczach i płatkami śniadaniowymi w wysokiej szklance, przyczepy już nie ma. Nie ma też wściekle żółtej hondy.
Odjechała ona sama? Odjechała z nim?
Siedzi we mnie cuchnący cynik, który koniecznie domaga się na żer jakiegoś rozstania, wydzierania serc. Nieciekawy typ już ostrzy sobie zęby na cudzą tragedię.
A realista we mnie pamięta: Howard wyrywający mnie z antresoli, żebym koniecznie poznała jego żonę, Howard siedzący sobie pośrodku chodnika na rozkładanym krześle z piwem w ręku, patrzący na nią z dumą. „To jest cudowne, cudowne osiedle...”. I co on jeszcze ma w oczach? Wpatruję się w moją mentalną fotografię. Miękkość, bezbronność. A ona siedzi naprzeciwko niego, kiwa sobie zgrabną opaloną nóżką. Na mnie nie patrzy, ja tu jestem intruzem; patrzy wprost na niego, jakby z oddali, może i oceniając, może i reewaluując zasadność tego duetu, ale patrzy stale, niewzruszenie. Po tej kłótni myślałam, że to ona odejdzie, a tu odeszli razem. Jeśli chcesz wysiąść, ja wysiądę z tobą, najpiękniejsza...
Odczytuję ten epitet wyraźnie w bezbronnych oczach Howarda.
Odjechali razem, w niedzielę, w dzień Pański, bladym świtem pierwszego dnia tygodnia. Romantyczność.
Po południu osiedle jest cmentarnie ciche. Zdechł głośnik wielkości małego słonia, którego trąbienie tak długo mi tu towarzyszyło.
Annette jest zadowolona. Nic mi nie mówiła, ale wytatuowana łza pod okiem trochę ją wystraszyła.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz