Nie ma świata. Jest tylko senna, zalana słońcem ulica i drzwi prowadzące donikąd. W popękanych witrynach zbielałe kości małych przedsiębiorczych snów: powyginane żebra żaluzji, zakurzone cieliste zasłony, dziurawe szyldy jak rzędy niekompletnych zębów.
„Tutaj się kiedyś przychodziło po wszystko” - Annette wykonuje ręką nieokreślony ruch, jakby chciała mi coś nakreślić, ale w połowie gestu zabrakło jej wiary w przedstawianą mi wizję. Bo też tamta rzeczywistość wydaje się tak odległa, że na dobrą sprawę mogłaby nie istnieć. „Był tu kiedyś bank, było kino, był krawiec, był nawet jeden fastfood i kilka restauracji. Tu było na przykład Macy’s.”
I wskazuje mi duży, opuszczony budynek, w którym beżową farbą zamalowano hurtem wszystko, nawet szyby w oknach i drzwiach. Trudno sobie wyobrazić, że kiedyś można było tu kupić sweterki Ralpha Laurena i marynarskie spodnie od Hilfigera, a elegancko ubrane ekspedientki obserwowały cię dyskretnie zza kontuaru, żeby się zorientować, na jaką torebkę cię stać.
„Tu z kolei był jubiler. Najlepszy w mieście. Nie każdego było stać na ich cacka. Ale i tak kiedy się zamykali, rozdawali swoją biżuterię praktycznie za darmo” - opowiada Annette. - „Przy zakupie jednej przecenionej rzeczy drugą dostawało się gratis. Moja ciotka i ja byłyśmy tu prawie codziennie. Ciotka dawała mi pieniądze, żebym coś kupiła, bo wtedy mogła skorzystać z promocji dwukrotnie, za siebie i za mnie.”
Obecnie, hojnie licząc, przy Alei Teksaskiej jest około dwunastu funkcjonujących biznesów. Kilka z nich, na przykład mała kawiarnio-winiarnia, otwiera podwoje dopiero o trzeciej po południu. Kilka innych jest na przydługim już urlopie. Przybrudzone kartki wywieszone w witrynach informują, gdzie kierować ewentualną korespondencję. Większość regularnie otwieranych sklepów to składy tak zwanych „antyków”. W Stanach oznacza to używane meble i różnego rodzaju poobijane mydło & powidło, któremu można przykleić etykietkę „vintage” i odsprzedać nowobogackiemu jeleniowi z trzystuprocentowym zyskiem.
W budynku z czerwonej cegły w bok od Alei Teksaskiej mieścił się kiedyś hotel. Podobno zatrzymywał się w nim kiedyś regularnie prezydent Lyndon B. Johnson; hotelowa administracja zawsze miała dla niego przygotowany najlepszy apartament. Gdy na obrzeżach miasteczka wybudowano centrum handlowe i centrum historyczne zaczęło niechronnie gasnąć, hotel też nie pociągnął długo. W budynku otwarto sklep z antykami, ale i ten wyzionął ducha. Szyld nadal jest; nadal jest także kartka na drzwiach z napisem: „Uśmiechnij się do kamery!”; uśmiechać nie ma się jednak do kogo. Otwarty jest za to kwadratowy barak o nazwie „Góra Moria: Świątynia zbawienia i ośrodek chwały” po drugiej stronie ulicy. Z fioletowego szyldu spogląda na mnie biskup Thomas i rozciągnięta kusząco u jego stóp „Pierwsza Dama” (cytuję), apostołka (!) Vella.
Tyle centrum historyczne. Praktycznie natomiast centrum miasteczka jest teraz wielki prostokątny kloc zapuszczonego centrum handlowego posadowiony tuż przy międzystanowej autostradzie I-10. Kilkadziesiąt prostych ścian solidnego brzydactwa. Wybudował go kilkanaście lat temu jakiś biznesmen z Kaliforni, co oczywiście skutecznie przekierowało ruch z Alei Teksaskiej ku Garth Road i autostradzie. Z czasem okazało się jednak, że obrotny biznesmen projekt wykorzystuje jako odpis od swoich podatków, dlatego ani mu się śni inwestować w niego więcej niż trzeba. Tak więc jego centrum handlowe również świeci obecnie pustkami. Czynsz jest sztucznie wywindowany jak na tę okolicę, więc po kilkuletnich zmaganiach pomniejsze biznesy w pasażu po prostu spasowały. Zostało kilka kolosów w bocznych skrzydłach centrum. Pasaże w środku równie martwe, co na Alei Teksaskiej. Na dodatek ponieważ klientów za bardzo nie ma, człowiek idący pasażem ma nieodparte wrażenie, że znajduje się w kadrze podrzędnego horroru i tylko patrzeć, jak z jakiegoś nieoświetlonego zakamarka wyleci owłosiony zboczeniec z okrwawioną siekierą. Stare światła mrugają i brzęczą, sufity są niskie i klaustrofobiczne, rękawy prowadzące do toalet ciemne i zaśmiecone. Jedynym pozytywnym akcentem jest pogodne klapanie moich żółtych japonek wydeptujących przybrudzoną wykładzinę.
W bezpłatnej gazetce lokalnej, którą rzucają mi co tydzień pod próg, co i rusz padają pytania odnośnie centrum handlowego. Bo centrum handlowe to obecnie nie tylko estetyczny wulgaryzm, ale także motywator podobnej brzydoty: jak trujące muchomory wyrastają w jego okolicy inne pomniejsze pasaże o podobnie porywającej architekturze, a także cuchnące starym tłuszczem fastfoody. W jego okolicy otwierają się banki, przychodnie okulistyczne i inne budynki usługowe. Historyczne centrum natomiast równie dobrze mogłoby nie istnieć. Ale zarząd miasta rozkłada ręce. Jesteśmy przecież, prawda, w Ameryce; kto ma pieniądze, ten na potrzeby swojego projektu jest po prostu Bogiem; jeśli chce zarżnąć kilkadziesiąt lokalnych biznesów dla odpisu od podatku, to nikt mu nie zabroni. Zamiast narzekać, lepiej zabierz się do pracy; może któregoś dnia stać cię będzie na mały rewanż i też udupisz jakieś kalifornijskie miasteczko, dokładnie jak ten przedsiębiorczy pan.
Komu brak celu w życiu, to o! - już ma do czego dążyć.
![]() |
| Miejsce między dwoma wymarłymi sklepami. |
![]() |
| A to właśnie ekskluzywny jubiler, a potem fryzjer, a potem nic. |
![]() |
| Tu zdaje się jakaś kaplica, ale widziała chyba lepsze dni. |
![]() |
| Na zakończenie... |
![]() |
| Ale jednak coś jest otwarte! |







Brak komentarzy
Prześlij komentarz