Tak naprawdę to chciałabym móc mu przywieźć poznańską Cytadelę. Rozłożyć ją przed nim w formacie A3 jak krakowską szopkę.
„No i co tam, staruszku?” - pytam go i całuję w czubek siwej głowy.
„Niedobrze, jestem stary i żonaty” - zwykła odpowiedź Henry’ego. Odrywa wzrok od ekranu i spogląda na mnie badawczo i kpiąco znad okularów. „A ty co, wykończyłaś już tego swojego nicponiowatego mężulka?”
„Jeszcze nie, ale pracuję nad tym. Wszystko w swoim czasie.”
Henry kiwa głową. „Rozumiem. Wiesz, w tych sprawach trzeba mieć wyczucie. Należy sobie wszystko przemyśleć, nic na ura. Jak to mnie uczyli w agencji, nie sztuka zabić, sztuka zabić tak, żeby ci to uszło na sucho.”
„No właśnie, nadal się zastanawiam, co zrobić z ciałem.”
„To faktycznie problem. Ale wiesz, teraz technika idzie bardzo do przodu. Mam znajomego na Wschodnim Wybrzeżu, naukowca, też pracował dla agencji. Potrafi przerobić ludzkie ciało na cząsteczki innych materii organicznych, tak że po prostu ciało przestaje być ciałem. Nie do wykrycia, rozumiesz. Mówią, że to niemożliwe, ale to bullshit, oczywiście. Ostatni raz z nim rozmawiałem kilka lat temu. Mam przyjaciela; po siedmiu latach małżeństwa zdradziła go żona. Oszalał, zupełnie oszalał. Jak się u niego zjawiłem, myślałem, że będę musiał go pasami przywiązać do łóżka, choć i to mało by pomogło. Rzucał się, odgrażał się, że wszystkich zabije, żonę, kochanka, wszystkich, którzy o tym wiedzieli i to przed nim ukrywali. Znałem go od dziecka, wiedziałem, że nie rzuca słów na wiatr. Chwyciłem się za głowę. I łaps za telefon, zadzwoniłem do tego kolesia ze Wschodniego Wybrzeża, poprosiłem go o przysługę w razie czego. Pomyślałem: Nic tu po mnie, nie jestem w stanie powstrzymać Joela, gdy się za to weźmie, ale mogę mu pomóc pozbyć się wszelkich dowodów. Na szczęście facet otrzeźwiał, ale naprawdę już myślałem, że będę pomagał sprzątać trupy i babrał się w jelitach.” Tu Henry klika rzeczowo na zdjęcie czapki z trupią czaszką, która wygląda na esesmańską. Dokonuje dokładnej inspekcji i mruczy do siebie z niesmakiem: „Widać, że to podróbka. Ja nie wiem, za co ci nieucy chcą moich pieniędzy. Czy ja jestem Czerwonym Krzyżem??”
Mówię mu: „Czekam, aż mąż kupi polisę ubezpieczeniową.”
„Bardzo mądrze. Wiedziałem, że masz głowę na karku. Musisz mieć z tego jakąś korzyść, rozumiesz? Zabijanie to oczywiście kwestia moralna, zabić-nie zabić, czy mam do tego prawo, czy nie. Ale jak już się za nie zabierzesz, to tylko bardzo przyziemna pragmatyka.”
Siadam obok niego na krześle i opieram stopy o poprzeczne drążki jego krzesła, tak że zaczepiam się o jego przestrzeń. Lubię rozmawiać z Henrym. Pytam go, kto mu rano robi kawę, i z żalem dowiaduję się, że zadanie to przejęła Annette. Oczywiście, cieszę się, że po mojej wyprowadzce Henry nie został na lodzie, ale nie oszukujmy się; człowiek jest w tych sprawach skrajnym egoistą. Chce, żeby za nim tęskniono; innymi słowy, chce, żeby komuś było bez niego źle.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz