Inny razem wsiadam, a tu facet z Iranu; ucinamy sobie miłą pogawędkę o rubajatach Omara Chajjama, któremu do raju potrzebna była „książka wersów, dzban wina, bochen chleba i ty...”. Jeszcze innym razem udaje mi się poszprechać po niemiecku z Turkiem, który do San Antonio trafił przez Niemcy.
Z kolei jazda z włoskim taksówkarzem Paolo okazuje się pełna emocji. Za każdym razem, gdy mówię mu coś potencjalnie interesującego, Paolo odwraca się do mnie, do tyłu, całym niemal ciałem, żeby mi spojrzeć w oczy. „Naprawdę?” - pyta. - „Naprawdę??”. Jest to oczywiście szaleńczo miłe, ale z drugiej strony staramy się przebić przez popołudniowy ruch na ożywionej pięciopasmówce, więc być może wolałabym go aż tak nie zachwycać.
Oczywiście, zdarzają się rzeczy jeszcze ciekawsze. Którejś soboty żółta taksówka zgarnia mnie spod lokalnej księgarni. Pan zagląda mi w oczy w lusterku i pyta, czy znalazłam jakąś dobrą książkę. Potwierdzam.
„Jakie książki pani czytuje?”
„Literaturę afrykańską.”
„A konkretnie?” - drąży taksówkarz i widzę, że podejrzewa mnie, tfu, o slogany. Więc mówię mu konkretnie, a potem pokazuję właśnie zakupioną książkę, „Petals of Blood” (Płatki krwi) Ngugiego wa-Thiong’o, która w Kenii okazała się dziełem tak wybuchowym, że Ngugi najpierw dostał się do więzienia, a potem, mimo że interweniowały w jego sprawie środowiska międzynarodowe, musiał uciekać z kraju.
Taksówkarz na to: „Ja właśnie jestem z Kenii. Pewnie, że znam tę książkę; czytałem ją, jak byłem na studiach.”
Pytam go, co tu wobec tego robi. Unosi ręce w geście desperacji. „Jak to, co robię. Pracuję! Dzień i noc pracujemy, żona i ja. Dla dzieci, oczywiście. Chcieliśmy, żeby miały inne życie. Lepsze. Jak człowiek ma dzieci, wszystko się zmienia. Nic nie jest od nich ważniejsze.”
W lusterku widzę, jak rzuca okiem na trzymaną w moich dłoniach książkę i wyraźnie markotnieje. „Teraz nie mam już czasu na czytanie. Nie wiem nawet, czy moje dzieci znają jego książki.” Za chwilę prostuje się jednak z dumą. „Ale co roku odwiedzamy Kenię. Co roku.”
„Wie pani, on też usiłował wrócić” - dodaje, o Ngugim. - „Po wygnaniu przyjechał znowu do kraju. Ale wielu ludzi nadal nie potrafi sobie poradzić z tym, co pisze. Prześladowali go swoi, jego właśni bracia. Teraz mieszka na stałe w Kalifornii. Chcieliśmy nawet raz, żeby przyjechał do nas do San Antonio, ja i inni Kenijczycy. Ale on jest profesorem, kalendarz ma pełny rok w rok. Może kiedyś mu się uda.”
Mój taksówkarz jest oględny. Wielu ludzi nadal nie potrafi sobie poradzić z tym, co pisze - dobre sobie! Podczas pobytu Ngugiego w Kenii kilku mężczyzn włamało się do jego hotelu. Pisarza brutalnie pobili, a jego żonę zgwałcili. A można powiedzieć: za nic, za jakąś tam pisaninę po godzinach, szare gryzipiórstwo, ślipienie w papier, żmudne ssanie z palca. Zajęcie tylko dla elity, nuda i szczyt bezpłciowości.
Mówię taksówkarzowi, skąd pochodzę. Kiwa głową, Polskę zna, wielu znajomych pojechało tam na studia. Potem coś sobie przypomina i uderza się ręką po kolanie.
„Jak tak, to coś pani powiem. Będzie się pani śmiała! Jak studiowałem na uniwerku w Kenii, mieliśmy takiego kolegę, niepokornego trochę. Zawsze szukał, jak by się tu postawić, jak by tu komuś wyjeść. Chciał wywalczyć lepszy świat. Strasznie go lubiliśmy. A wie pani, jak go nazywaliśmy? No, niech pani zgadnie...”
I śmieje się z mojej zdezorientowanej miny. „Powiem pani: Lech Wałęsa.”
Faktycznie, tego to się nie spodziewałam...

Brak komentarzy
Prześlij komentarz