I Howard wydycha chwalebnie ku niebu dym z papierosa, bo ma właśnie taki uduchowiony, przekonujący sposób palenia, który nadaje się na reklamę Marlboro. Zwłaszcza rano w okolicach siódmej, gdy siedzę na antresoli z herbatą, on chyba też właśnie wtedy spędza intymny cichy czas ze swoim nałogiem. Pali w stronę chmur z namaszczeniem, w zadumie. Czarna łza, którą ma wytatuowaną przy oku, nabiera wtedy wyjątkowo doniosłego znaczenia. (Choć Bogiem a prawdą może być tylko świadectwem osobliwego gustu Howarda, a nie znakiem dokonanego morderstwa lub pobytu w więzieniu. Trudno stwierdzić).
Myślę sobie, że gdyby nie Howard i jego czujne, wszędobylskie oko, Mężczyzna zamiast zadbanej dziewoi miałby w domu górskiego trolla, bo niestety zdarzają się dni, gdy chce mi się po prostu odwrócić kuprem do całego świata i szkoda mi wysiłku na ekstrawagancje typu prysznic czy mycie włosów. O makijażu to już w ogóle nie mówmy; ja tu się rozpadam egzystencjalnie, a mam dopieszczać idealnie prostą kreskę na linii powiek?? Co za masochista zaczynałby dzień od takiego studium daremności?? No ale jest Howard, więc gdy cały zastęp ważkich motywacji bierze solidnie w łeb, istnienie Howarda okazuje się nie do zbicia.
A teraz, cytując reklamę jednej z sieci komórkowych, dzięki osiągnięciom współczesnej technologii, z Howardem łączy mnie coraz więcej! Znalazłam bowiem na dworze w trawie paragon po zamówieniu telefonicznym z Pizzy Hut, na którym widnieje imię i nazwisko Howarda i numer jego telefonu (a także nazwę zakupionej pizzy: pepperoni). Nie powiem, ucieszył mnie ten skrawek papieru; włożyłam go do skrzynki po dominikańskich cygarach razem z baterią szminek i innych życiowych niezbędników. Kto wie, kiedy przyda mi się as w rękawie lub wytatuowany motywator do pomocy.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz