Howard chce wiedzieć, jakiej słuchamy muzyki. Zastrzela mnie trochę tym pytaniem, bo ostatni raz słyszałam je pewnie w liceum albo na początku studiów. Poza tym jestem akurat w trakcie rozważań, czy jeśli włożę jaskrawy pomarańczowy ręcznik do prania razem z czarnymi T-shirtami męża, to czy dostanie mi się za pomarańczowe kłaczki na czarnej bawełnie, czy też uratuję własną duszę. Nie lubię pytań o gusta muzyczne, ale przecież to Howard, dzięki któremu przypominam człowieka. Więc mówię grzecznie i oczywiście: „Jazzu”.
„Jazzu?” - powtarza Howard. - „Jazzu?”
Odpowiedź najwyraźniej niejasna, ale ja, ślepa, brnę w zaparte. „Armstronga? Fitzgerald?” Nic. Zmieniam tory: „Muzyki kubańskiej”. (Tak naprawdę chodzi mi o jazz afrokubański, ale coś czuję, że lepiej tego nie precyzować). Nadal żadnego błysku w oczach. Najwidoczniej Howard tylko wygląda na Latynosa. Dobra, klapa na całej lini. „Salsy”. Wykonuję charakterystyczny krok, który dla Carlosa był idealnie rozpoznawalny, ale dla Howarda najwyraźniej nie. O salsie jednak coś tam słyszał. „O jedenastej zaczynam puszczać muzykę, może coś ci puszczę” - oferuje rozbrajająco.
Ale ponieważ nie skojarzył jazzu, jego wiarygodność w moich oczach znacznie spada. Jak to, urodził się w Nowym Orleanie i nie słyszał o jazzie? Nawet o Tatku nie słyszał? (W zasadzie „Pops” nie powinno się tłumaczyć, ale jest to tak piękne, czułe i na dodatek pełne szacunku określenie dla Louisa Armstronga, że czynię wyjątek). Podłamuje mnie trochę ta przepaść między przeszłością a teraźniejszością, nie ukrywam. Z tego przygnębienia wrzucam włochaty pomarańczowy ręcznik w gęstwę czarnych T-shirtów. Co się będę bawić w subtelności! Raz kozie śmierć.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz