Howard odchodzi I

środa, 17 września 2014

Poniedziałek to na moim osiedlu dzień koszenia trawy. Zawsze na to czekam, a jednak zawsze mnie to zaskakuje. Jest to początek tygodnia, a więc oczywiście rzucam się w wir pracy i tylko brzeżkiem uwagi przetwarzam niezidentyfikowane dźwięki dobiegające z dworu. Dopiero po pewnym czasie, gdy kosiarka ryczy już zawzięcie tuż pod moją antresolą, uświadamiam sobie, co to za dzień. I z tą świadomością wszystkie dotychczas niezidentyfikowane dźwięki układają się w jedną świetlistą całość jak odgadnięty szyfr z „Pięknego umysłu”: śmiganie wózków golfowych, brzdękanie wyciąganego sprzętu, pokrzykiwanie meksykańskich robotników ustalających, kto bierze który rewir. No i koszenie, najpierw odległe, a potem wrzaskliwe, asertywnie wwiercające się w mój mózg.

Po fakcie, gdy po południu robię sobie koktajlową przerwę, wychodzę na antresolę i wdycham. Jest to ponoć bardzo niezdrowe, ale człowiek ma wtedy bezcenne uczucie płuc naszpikowanych zielenią. Zwykle na dwór wychodzi wtedy także Howard i woła do mnie, czy mój mąż zna się na samochodach, bo ma problem ze swoją hondą, albo czy chcę, żeby mi coś puścił przez słoniowy głośnik. (Tak, chcę: Sinnermana Niny Simone. Ale za dużo od życia nie można wymagać).

Tylko że od tygodnia Howarda już nie ma. Jeszcze raz: od tygodnia nie ma Howarda. Znikł. Nikt mnie na mojej antresoli nie zaczepia. Mam mój święty spokój i czuję się z tym bardzo nieswojo.

Zaczęło się tak: którejś nocy jakieś dwa tygodnie temu obudziło nas temperamentne trzaśnięcie samochodowych drzwi i wściekły kobiecy głos: „Stop touching me! You! Fuck you! Fuck you and your car! Fuck you and your fucking life! [?] Fuck you and your animals! Fuck you! Fuck you! Fuck you!!!!”

Nie obchodzi mnie to za bardzo, bo jest czwarta nad ranem i mam ważniejsze sprawy na głowie, na przykład przewrócić się na drugi bok, żeby nie dostać skoliozy. Ale kiedy słyszę: „Fuck you and your animals”, to natychmiast siadam. Mąż zresztą już jest przy żaluzjach, bo w Stanach trzeba się takimi rzeczami interesować i w razie czego zniknąć z pola rażenia, gdy jedno z małżonków zaczyna używać argumentów nie do zbicia, czyli broni palnej. Przez ścianę też można kulą oberwać, a jakże, kompletnie przez przypadek.

„Hej” - ciągnę go za nogę - „czy to nie jest przypadkiem Howard i jego żona?” Bo czasem się zastanawiam, jak ona wytrzymuje tę pokaźną ilość psów, a oprócz tego jeszcze wiecznie dudniący głośnik wielkości małego słonia.

Tożsamości pary nie udaje się ustalić. Następnego dnia jednak Howard jest zalany w sztok. Macha do nas koślawo, chce uściskać przechodzącego nieopodal Carlosa, ale się zatacza i zamiast tego pada w objęcia sąsiadowi z mieszkania obok. Żony nie widać; jej wściekle żółta honda jest zaparkowana w zwykłym miejscu. I tak naprawdę to nie wiem, czy w ogóle mam łączyć ten incydent z tym, co stało się potem. Jedyny mój argument to intuicyjne tknięcie, rozpoznanie (?) znajomego elementu w podsłuchanym epizodzie. Rozbestwionej bezsilności. Ślepej rezygnacji. Przeczuwałam, że w takich okolicznościach coś musi stać. I stało się. Wystarczyło tylko trochę poczekać.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo