Po fakcie, gdy po południu robię sobie koktajlową przerwę, wychodzę na antresolę i wdycham. Jest to ponoć bardzo niezdrowe, ale człowiek ma wtedy bezcenne uczucie płuc naszpikowanych zielenią. Zwykle na dwór wychodzi wtedy także Howard i woła do mnie, czy mój mąż zna się na samochodach, bo ma problem ze swoją hondą, albo czy chcę, żeby mi coś puścił przez słoniowy głośnik. (Tak, chcę: Sinnermana Niny Simone. Ale za dużo od życia nie można wymagać).
Tylko że od tygodnia Howarda już nie ma. Jeszcze raz: od tygodnia nie ma Howarda. Znikł. Nikt mnie na mojej antresoli nie zaczepia. Mam mój święty spokój i czuję się z tym bardzo nieswojo.
Zaczęło się tak: którejś nocy jakieś dwa tygodnie temu obudziło nas temperamentne trzaśnięcie samochodowych drzwi i wściekły kobiecy głos: „Stop touching me! You! Fuck you! Fuck you and your car! Fuck you and your fucking life! [?] Fuck you and your animals! Fuck you! Fuck you! Fuck you!!!!”
Nie obchodzi mnie to za bardzo, bo jest czwarta nad ranem i mam ważniejsze sprawy na głowie, na przykład przewrócić się na drugi bok, żeby nie dostać skoliozy. Ale kiedy słyszę: „Fuck you and your animals”, to natychmiast siadam. Mąż zresztą już jest przy żaluzjach, bo w Stanach trzeba się takimi rzeczami interesować i w razie czego zniknąć z pola rażenia, gdy jedno z małżonków zaczyna używać argumentów nie do zbicia, czyli broni palnej. Przez ścianę też można kulą oberwać, a jakże, kompletnie przez przypadek.
„Hej” - ciągnę go za nogę - „czy to nie jest przypadkiem Howard i jego żona?” Bo czasem się zastanawiam, jak ona wytrzymuje tę pokaźną ilość psów, a oprócz tego jeszcze wiecznie dudniący głośnik wielkości małego słonia.
Tożsamości pary nie udaje się ustalić. Następnego dnia jednak Howard jest zalany w sztok. Macha do nas koślawo, chce uściskać przechodzącego nieopodal Carlosa, ale się zatacza i zamiast tego pada w objęcia sąsiadowi z mieszkania obok. Żony nie widać; jej wściekle żółta honda jest zaparkowana w zwykłym miejscu. I tak naprawdę to nie wiem, czy w ogóle mam łączyć ten incydent z tym, co stało się potem. Jedyny mój argument to intuicyjne tknięcie, rozpoznanie (?) znajomego elementu w podsłuchanym epizodzie. Rozbestwionej bezsilności. Ślepej rezygnacji. Przeczuwałam, że w takich okolicznościach coś musi stać. I stało się. Wystarczyło tylko trochę poczekać.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz