C jak country

poniedziałek, 16 marca 2015

Z country tak jak z jazzem: jego odcieni jest naprawdę sporo, a historia gatunku długa, złożona i nawarstwiona jak tatarski sękacz; Descarga Cubana rewelacyjnego Cachao różni się dość znacznie od całuśnych standardów Jane Monheit, a i tak obie płyty mogą leżeć obok siebie w sklepie muzycznym i w sumie obie można mieć. Na potrzeby tej notki interesuje mnie głównie country w odsłonie najbardziej popularnej, bo to ona właśnie pełni w Teksasie rolę muzyki uniwersalnej. Do niej się pije w barze, do niej się tańczy two-stepa i jive’a, do niej się stoi w popołudniowym korku, do niej się ogląda rodeo i je krwistego steka w jednej z licznych teksaskich restauracji serwujących grillowane mięsiwo. To właśnie country puszcza się na cały regulator w trailerhoodach (skupiskach mieszkalnych przyczep kempingowych, zamieszkiwanych przez tzw. białe śmieci) i podczas tailgate’ów, czyli pikników wyprawianych na opuszczonych tylnych klapach od pickupa.

8 sierpnia 2011, San Antonio

czwartek, 5 marca 2015

Sporo czasu spędzam ostatnio w instytucjach typu extended stay (długi pobyt), idealnych dla ludzi, którzy zatrzymują się w jakimś mieście dłużej niż tydzień i nie chcą płacić stawek dniowych, tylko tygodniowe. Idealnych także dla tych, którzy mają powody chcieć zniknąć. Nie zostawiać żadnych śladów na papierze ani w cyberprzestrzeni, nie podpisywać umów o gaz czy internet, wypiąć się na konsekwentne budowanie zdolności kredytowej, płacić pomiętą gotówką wyciągniętą spod materaca, nie podawać (prawdziwego) numeru identyfikacyjnego, słowem, zadbać o to, by w systemie nie było na ich temat żadnej informacji zwrotnej. Get off the grid.

Ostatnio chodzi mi po głowie mój tekst, naskrobany w podobnych okolicznościach w San Antonio, kilka lat temu, w innym języku.


Wczesnym rankiem, por la madrugada, mężczyzna w pokoju obok siaduje przed drzwiami i pali. Wolno, precyzyjnie, maniakalnie.

D jak diner

poniedziałek, 2 marca 2015

W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś kolejną sprawę z gatunku podstawowych.

Mesdames et messieurs, D jak diner!

Bardzo nie lubię zostawiać w tekście nieprzetłumaczonych słów, ale bez sensu też rzecz przekłamywać. Diner (czyt. /dainer/, nie mylić z „dinner”, obiadem) to ani stołówka, ani jadłodajnia, ani bar mleczny, ani restauracja. Na ścianie mojego ulubionego lokalu tego typu widnieje nawet napis: „‘Dobry wieczór’ w restauracji, ‘Jak leci?’ w dinerze”. I co z tym fantem zrobić?

Al Mac's Diner w Massachusetts. Konstrukcja charakterystyczna dla wczesnych dinerów. Źródło

W jak Walmart II

czwartek, 26 lutego 2015

Niestety nie jest to historia zasłyszana, lecz znaleziona raz w internecie i później nieopatrznie zgubiona. Szukałam jej ostatnio dość intensywnie, bo chciałam się upewnić, że dobrze ją pamiętam, ale bez skutku. Miała być prawdziwa, opowiedziana przez naocznego świadka. Rzecz wydarzyła się w Walmarcie i za każdym razem, gdy zdarza mi się wejść w jego zacne podwoje, przypominam sobie jej puentę i nie mogę powstrzymać wewnętrznego chichotu.

„Moja znajoma i ja robiłyśmy zakupy w Walmarcie, gdy zobaczyłyśmy jakieś zbiegowisko w dziale „wszystko dla domu”. W tym akurat sklepie był on umiejscowiony pod ścianą, bardziej na uboczu. Oczywiście poszłyśmy sprawdzić, co się tam dzieje. Okazało się, że w alejce z materacami uciął sobie drzemkę jakiś mężczyzna.

W jak Walmart

poniedziałek, 23 lutego 2015

W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś sprawę podstawową i niebagatelną.

Mesdames et messieurs, W jak Walmart!

Źródło
Walmart - niby nic takiego szczególnego, ale jednak panuje w tym ponurym hangarze pewien hamerykański mikroklimat, o który trudno w innych bardziej normalnych supermarketach jak Kroger czy HEB. (Dodam, że w mojej okolicy małe biznesy typu „sklepiki cioci Emmy” praktycznie nie istnieją w branży spożywczej, więc nawet jeśli potrzebuję tylko jajek do właśnie robionych naleśników, muszę złożyć pokłon jakiemuś molochowi i odstać swoje przed kasą).

Teksaski Paszport

sobota, 21 lutego 2015

Z wielkim podekscytowaniem oznajmiam, że inauguruję na blogu nowy cykl krajoznawczy! Teksaski Paszport będzie subiektywnym zbiorem pojęć i zjawisk, których znajomość jest (moim zdaniem) niezbędna do prawdziwego przeżywania teksaskiej hamerykańskości. Pomysł ściągnęłam od autorki ciekawego bloga Subiektywny Słownik Słowackiego. Dvebodky była na uprzejma, że nie rościła sobie żadnych praw do idei słownika, a wręcz pozwoliła mi go skopiować, co ochoczo zrobiłam! (A do tytułu zainspirowała mnie dwupłytowa pozycja Sony Jazz Passport, którą przy okazji polecam wszystkim, a zwłaszcza tym macającym się przedwstępnie z tą cudowną muzyką).

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo