![]() |
| Źródło |
Teksaski Paszport
Jednym z moich ulubionych filmów o amerykańskim Dzikim Zachodzie jest epickie (prawie trzygodzinne) dzieło z Gregorym Peckiem, Charltonem Hestonem i Jean Simmons w rolach głównych: western „The Big Country” (Wielki kraj) z 1958 roku. (Gregorym Peckiem zaraził mnie Tata. Do teraz opowiada, jak w starym, komunistycznym telewizorze, w starym, komunistycznym M-1 („M” jest tu ewidentnym naciągnięciem znaczenia) oglądał ze swoim ojcem okrojoną wersję filmu „Działa Nawarony”. Akcja tak ich przejęła, że finał oglądali na stojąco, przestępując z nogi na nogę: nie mogli wytrzymać napięcia).
Tytuł filmu wziął się od zwrotu, który bohater, James McKay, słyszy na Zachodzie wiele razy. Jako outsider nie jest oczywiście zaznajomiony z realiami miejsca, do którego przyjechał. Dziwi go wiele rzeczy, a tubylcy odpowiadają mu, jakby to było wytłumaczenie uniwersalne: „Cóż, to wielki kraj”.
firmowe rozkminki
„Dzień taki szczęśliwy.”
Wstaję wcześnie, staję w psie, staję na głowie, staję na rękach, wstawiam wodę w pękatym fajansowym czajniku. Kroję cebulkę na poranną jajecznicę. Do szeleszczącego filtra wsypuję kawę o zapachu amaretto. Rozwieram szeroko żaluzje. Szyba zimna aż strach, słońce ciepłe i wiosenne. Dzień, jakby powiedział Tata, idealny na odkurzenie całego mieszkania: powietrze pełne świetlistego pyłu. Zapatruję się. Wdycham głęboko pył: oskrzeliki budzą się jak ukwiał. Zastygam w oczekiwaniu na świst. Najpierw zażenowany oddech astmatyka stojącego w kręgu modlitewnym. Potem gwizdanie na palcach, tryumfalne i zbuntowane, które wwierca się w powietrze jak dłuto. Czajnik młodnieje mi w uszach. Przywołuję go do porządku. Zalewam kawę i owsiankę.
Filter popuszcza, cicha woda, kap kap kap kap kap.
Wstaję wcześnie, staję w psie, staję na głowie, staję na rękach, wstawiam wodę w pękatym fajansowym czajniku. Kroję cebulkę na poranną jajecznicę. Do szeleszczącego filtra wsypuję kawę o zapachu amaretto. Rozwieram szeroko żaluzje. Szyba zimna aż strach, słońce ciepłe i wiosenne. Dzień, jakby powiedział Tata, idealny na odkurzenie całego mieszkania: powietrze pełne świetlistego pyłu. Zapatruję się. Wdycham głęboko pył: oskrzeliki budzą się jak ukwiał. Zastygam w oczekiwaniu na świst. Najpierw zażenowany oddech astmatyka stojącego w kręgu modlitewnym. Potem gwizdanie na palcach, tryumfalne i zbuntowane, które wwierca się w powietrze jak dłuto. Czajnik młodnieje mi w uszach. Przywołuję go do porządku. Zalewam kawę i owsiankę.
Filter popuszcza, cicha woda, kap kap kap kap kap.
mieszkanko blues
Kto czyta bloga od początku jego istnienia, ten pamięta, że do jego powstania wydatnie przyczynił się ważki problem roztoczy unoszących się w powietrzu i zagadka odkurzacza stojącego przy drzwiach mojego sąsiada. (Dwa miesiące temu doczekałam się wreszcie rozwiązania: ku wielkiemu rozczarowaniu mojego wewnętrznego id, odkurzacz faktycznie okazał się zepsuty. Sąsiad postawił go obok osiedlowego śmietnika, gwałcąc przy tym wyraźny zakaz wyrzucania tam wszelakich sprzętów AGD. Ale cóż: przepisy sobie, a my muzom. Typowe).
Tata poinstruował mnie przez telefon, że mam kupić odkurzacz marki Miele i tylko Miele. Oczywiście, tata ma zawsze rację, ale ja pomyślałam sobie cichaczem, że jasny szlag mnie trafi, jeśli coś jednak stanie się z tym fantastycznym odkurzaczem i będę zmuszona wysłać go do serwisu w innym stanie w wielkiej i kosztownej paczce. „A co ma się stać? Nic się nie stanie” - zapewnił mnie optymistycznie mój rodzic. - „Miele się nie psuje”. Ja jednakowoż celowo kupiłam plastikowe badziewie dostępne w supermarkecie. Recenzje nie były złe, a - ponownie - jeśli coś się stanie, serwis jest na miejscu i w ostateczności nie będzie tak szkoda, jak przy odkurzaczu wartym kilkaset dolarów.
Ja chyba zawsze w moim życiu z takim upodobaniem oczekuję jakiejś tragedii.
Tata poinstruował mnie przez telefon, że mam kupić odkurzacz marki Miele i tylko Miele. Oczywiście, tata ma zawsze rację, ale ja pomyślałam sobie cichaczem, że jasny szlag mnie trafi, jeśli coś jednak stanie się z tym fantastycznym odkurzaczem i będę zmuszona wysłać go do serwisu w innym stanie w wielkiej i kosztownej paczce. „A co ma się stać? Nic się nie stanie” - zapewnił mnie optymistycznie mój rodzic. - „Miele się nie psuje”. Ja jednakowoż celowo kupiłam plastikowe badziewie dostępne w supermarkecie. Recenzje nie były złe, a - ponownie - jeśli coś się stanie, serwis jest na miejscu i w ostateczności nie będzie tak szkoda, jak przy odkurzaczu wartym kilkaset dolarów.
Ja chyba zawsze w moim życiu z takim upodobaniem oczekuję jakiejś tragedii.
firmowe rozkminki
Kiedy zapytałam Tatę o jazz, Tata mnie ofuknął. „Jazz? Co ty. Nie słuchaliśmy. Płyty były takie drogie, a my mieliśmy was. Ciężkie czasy, naprawdę ciężkie czasy. Gdzie byśmy tam słuchali jazzu”.
A jednak śpiewał mi „Summertime”. Piosenkę-zaklęcie.
Letni czas - żyje się tak prosto...
Skaczą ryby, wybujała bawełna
Tatuś jest bogaty, a mama przepiękna
Więc nie płacz, maleństwo, cicho, uspokój się
Melodia przypływa i odpływa miarowo, unosi mnie nieśpiesznie w dobrą, senną dal. Tata czasem zapominał słów; sztukował wtedy: „Pogoda jest piękna, a tatuś przystojny...”, bo do tej piosenki łatwo jest tak od niechcenia improwizować, dobrze życzyć sobie i światu.
Do teraz, gdy słyszę śnięte kadencje „Summertime”, patyna tego całego zewnętrznego jazgotu złuszcza się wielkimi płatami i zostaje tylko tamten czas - na zawsze ocalony, wciąż potrzebujący ocalenia.
A jednak śpiewał mi „Summertime”. Piosenkę-zaklęcie.
Letni czas - żyje się tak prosto...
Skaczą ryby, wybujała bawełna
Tatuś jest bogaty, a mama przepiękna
Więc nie płacz, maleństwo, cicho, uspokój się
Melodia przypływa i odpływa miarowo, unosi mnie nieśpiesznie w dobrą, senną dal. Tata czasem zapominał słów; sztukował wtedy: „Pogoda jest piękna, a tatuś przystojny...”, bo do tej piosenki łatwo jest tak od niechcenia improwizować, dobrze życzyć sobie i światu.
Do teraz, gdy słyszę śnięte kadencje „Summertime”, patyna tego całego zewnętrznego jazgotu złuszcza się wielkimi płatami i zostaje tylko tamten czas - na zawsze ocalony, wciąż potrzebujący ocalenia.
Teksaski Paszport
Jakiś czas temu znajoma pożyczyła mi książkę „Wałkowanie Ameryki” Marka Wałkuskiego (korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie). Gdzieś na początku tego pokaźnych rozmiarów tomu, autor opisuje przemówienie ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a W. Busha. Wałkuski jest zdumiony, że prezydent nie jest w stanie „prawidłowo” wymówić słowa „nuclear” i zamiast [nukliar] mówi [nukiular], a dziennikarze jakby tego błędu nie słyszeli. Na tej podstawie Wałkuski snuje daleko idące teorie dotyczące nastawienia, jakie media i naród amerykański w ogóle mają względem warstwy rządzącej. A tymczasem to właśnie kłania się południowy akcent, którego Bush, mimo lat spędzonych w Białym Domu, nigdy się nie wyzbył. Drobne przeinaczenia w wymowie „nuclear” i wielu innych słów, to nie błędy czy wada wymowy, ale dobro właściwe dialektu, którym posługuje się na co dzień ludność ponad piętnastu stanów amerykańskiego Południa (i nie tylko, istnieje np. spora grupa użytkowników tego dialektu na południu Kalifornii, gdzie w latach trzydziestych XX w. osiedlili się robotnicy z tzw. Dust Bowl, co opisuje Steinbeck).
firmowe rozkminki
Nowy Orlean
Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi.
Pamiętam dni, dalekie dni, pożółkłe, zblakłe, jak ogromnie stary film,
I zapomnienia się odwija w tych marzeniach wyblakły film mych dawnych dni.
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
[Fogg, Pamiętam dni]
Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

