![]() |
| Sprzedaż niewolników w hotelu St. Louis. Z czasem rycina stała się kultowym obrazem "szczególnej instytucji" (peculiar institution), jakim było amerykańskie niewolnictwo. Źródło |
Nowy Orlean
wojaże
Moi Brazyliczycy nie chcieli mnie zabrać do centrum Salwadoru. Bardziej ekscytowały ich nowiutkie centra handlowe na suburbiach. Mercado Modelo? Po co chcę oglądać były targ niewolników? Tam ciężkie jest nawet powietrze. Swoim zwyczajem odsuwali wypad jak najdalej w czasie, aż wreszcie udało mi się pójść dopiero w ostatni weekend przed wyjazdem. W wielkiej, historycznej hali urządzono teraz pchli targ; rmożna sobie kupić etniczną biżuterię, japonki ozdobione muszlami, barwne sarongi, afrykańskie rzeźby, figurki świętych candomblé. Po stromych uliczkach prowadzących w dół do portu chodzą baiany, kobiety w majestatycznej bieli, z turbanami na głowie; sprzedają gorące acarajé: wielkie bomby z czarnej fasoli smażone w oleju palmowym, nadziewane pastą z krewetek.
firmowe rozkminki
wojaże
Znam to. Jeśli chodzi o wyrzucanie rzeczy bezużytecznych, to bryluję. Wyrzucam regularnie i skrupulatnie. Wyrzucam papiery, pamiątki, pocztówki, prezenty nie do użytku, duperele robiące za przyciski do papieru, tandetną biżuterię kupioną lub otrzymaną, ubrania noszone raz kiedy. Mój styl życia - przyszpilenie w tymczasowości - to być może okoliczność łagodząca dla mojej bezwzględności. Wyrzucając (porzucając), czuję pewien wewnętrzny sprzeciw, zwłaszcza przy rzeczach quasi-pamiątkowych. Ale ignoruję go. Porzucając, decyduję się na sakramentalne „nie”. Nie, nie zagłębię się nigdy w majańskie logogramy. Nie, nie będę już nikogo uczyła angielskiego. Nie, o tym człowieku już nigdy nie pomyślę.
Użytkowość rzeczy martwych przesądza o ich zbywalności: kończy się użytek, kończą się one same.
Znam to. Jeśli chodzi o wyrzucanie rzeczy bezużytecznych, to bryluję. Wyrzucam regularnie i skrupulatnie. Wyrzucam papiery, pamiątki, pocztówki, prezenty nie do użytku, duperele robiące za przyciski do papieru, tandetną biżuterię kupioną lub otrzymaną, ubrania noszone raz kiedy. Mój styl życia - przyszpilenie w tymczasowości - to być może okoliczność łagodząca dla mojej bezwzględności. Wyrzucając (porzucając), czuję pewien wewnętrzny sprzeciw, zwłaszcza przy rzeczach quasi-pamiątkowych. Ale ignoruję go. Porzucając, decyduję się na sakramentalne „nie”. Nie, nie zagłębię się nigdy w majańskie logogramy. Nie, nie będę już nikogo uczyła angielskiego. Nie, o tym człowieku już nigdy nie pomyślę.
mieszkanko blues
Pierwszy czwarty lipca w Ameryce? Ponad dziesięć lat temu. Nie pamiętam dokładnie, kiedy. Rok 2001? Myślę, że po trzydziestce zacznę rysować sobie na ścianie markerem jakąś oś czasu, tak dla porządku, żeby nie strzelać datami w ciemno. Przyda się też Mężczyźnie, bo potem niczego nie pamięta i wmawia mi, że pomyliłam go z kimś innym, że to przecież nie z nim. W każdym razie pierwszy amerykański Dzień Niepodległości świętowałam w Nebrasce. Małe miasteczko nazwane na cześć Johna C. Fremonta, polityka i podróżnika, który jako jeden z pierwszych odkrywców opisał okolice obecnego Las Vegas. Razem ze znajomą przeszłyśmy kilka ulic, aż dotarłyśmy do miejsca, gdzie pod białym namiocikiem, wprost na chodniku, rozłożył majdan sprzedawca sztucznych ogni. Kupiłyśmy fajerwerków za ponad dwadzieścia dolarów. Dolar stał wtedy około cztery złote, więc suma wydała mi się astronomiczna: dwa bite miesiące sumiennie zarabianego kieszonkowego.
Denver
wojaże
W Kolorado od półtora roku marihuana jest całkowicie legalna, zarówno na użytek rekreacyjny, jak i leczniczy. Wybieramy się więc w Denver do odpowiedniej „zielarni”. Schludna fasada, nowoczesna grafika na ścianach w środku. Ja, oczywiście, jak to ja, z głową w chmurach, w ogóle bym się nie zorientowała, że to tu. Wielki szyld z zielonym aptecznym krzyżem. Wchodzimy. Dziewczyna za kontuarem pyta: „Rekreacyjnie czy medycznie?”. „Orientacyjnie” - wyrywa mi się, bo chcemy głównie zobaczyć, co i jak.
Denver
wojaże
Mam słabość do dobrze napisanych reportaży - inteligentny reportaż uwiedzie mnie z o wiele większym powodzeniem, niż miałka powieść z listy bestsellerów. Do moich ulubionych pozycji tego typu należy „Among the Believers” (Wśród wierzących) noblisty V.S. Naipaula, zbiór zapisków z podróży po trzech bardzo różnych krajach, które uchodzą za muzułmańskie: po szyickim Iranie, ortodoksyjnym Pakistanie i progresywnej Indonezji. Polecam całą książkę, choć rozdział dotyczący Pakistanu jest dla mnie chyba najbardziej frapujący. Być może dlatego, że interesują mnie eksperymenty, a Pakistan jest - do pewnego stopnia - tworem eksperymentalnym, młodziutkim, powstałym dopiero w 1930 roku. Na dodatek, jako idea kraju dla prześladowanych indyjskich muzułmanów, narodził się w głowie poety. (Fakt ważki i niebezpieczny, bo coś w tym jest, że taki mózg jak Platon zakazał jednak artystom wstępu do swojego modelowego państwa).
indiańskie bajanie
Pewnego dnia stało się nieszczęście: mężczyzna pokochał kobietę. Kobieta była piękna, a on niepozorny; słowa stawały mu w gardle jak ości z nieoprawionej ryby, a więc nawet słowami nie potrafił jej zaczarować. Ona natomiast ze śmiechem parowała jego niezgrabne zaloty. Może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile dla niego znaczyła: kobiety myślą o tylu rzeczach na raz, potrafią być takie roztrzepane. Chciałoby się czasem zamachać im ręką przed oczami: Posłuchaj, zobacz.
(opowiadanie z plemienia Czirokezów)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


