Z nosem na szybie taksówki przyglądam się, jak ogrodnik montuje ozdobne zielone kule rosnące w donicach przed hotelem. Dzień jest pochmurny; ogrodnik także. Zaabsorbowany jest swoimi kulami, przygląda się im zza grubych okularów; poza podłużnym gruboziarnistym klombem nie ma dla niego świata. Nie wiedziałam, że te kule są puste w środku; że okrągłe, wiecznie zielone listki ostrokrzewu rosną na solidnych łupinach przypominających zdekonstruowane astrolabium. Ogrodnik ma chyba trudności z przymocowaniem jednej półkuli do drugiej. Próbuje różnych kątów nacisku; kręci głową, stęka. Wokół niego, na wąskiej ulicy, parkują taksówki, samochody, hotelowi goście taszczą walizy, ciągną trzeszczące metalowe wózki, z których zwisają garnitury i płaszcze.
firmowe rozkminki
Kupiłam je w podwarszawskim outlecie. Ceny nie pamiętam, ale znając siebie, nie mogła być zbyt wygórowana. Nie pamiętam też marki. Powinnam była zapisać i ślubować wierność. Meldować się co pięć lat i kupować to samo, bo dobre. Choć być może w obecnych czasach to już niemożliwe. Modowe koło fortuny kręci się dalej: sześć lat później, szukam podobnego fasonu i kręcę nosem. Białe podeszwy, psiakrew. Skórka cienka jak plastik: nie znoszę tego lateksowego efektu. Na złączeniach widzę rozmazany smark kleju. Czy to-to się nie rozleci, gdy się z nim kilka razy przebiegnę po mieście?
(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).
(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).
Lublana
Słowenia
wojaże
„Fajnie byłoby opublikować te zdjęcia, zanim się kompletnie zdezaktualizują...” - pomyślałam, kiedy dostałam te zdjęcia od brata na początku listopada, podczas ostatnich barwnych podrygów jesieni.
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Lublana
Słowenia
wojaże
Zima zwlekała z przyjściem. Ponoć w pierwszych tygodniach listopada spada w Lublanie pierwszy śnieg, a tu nic i nic. Listopad piękniejszy wręcz od października, mniej pluchowaty, cieplejszy. Schowałam prochowiec, chodziłam w jesiennym płaszczyku. Dla tubylców rzecz niepojęta, bo przecież zima tuż tuż, a ona w maleńkich skarpetkach, z gołymi kostkami na wietrze i oczywiście bez czapki. Znajomy z biura sądząc, że nie mam żadnych zimowych rzeczy, przyniósł mi z domu od żony wielką siatę swetrów, szalików i wełnianych skarpet. Jestem urzeczona tym gestem, więc nie przyznaję się, że cieplejsze rzeczy co prawda mam, ale oszczędzam na prawdziwe mrozy, bo gdy biegnę przez miasto przy czterech stopniach powyżej zera, nie potrzebuję nawet swetra. Poza tym, czyż mama nie mówiła, że najważniejsze to aby było ciepło w nerki, szyję i stopy? To mam solidnie zapatulone. Znajomy jednak swoje wie.
firmowe rozkminki
„Spotkanie w Samarze” to dla wprawionych literatów, okazuje się, bardzo rozpoznawalna metafora. A ja zetknęłam się z tą historią dopiero niedawno i jak zwykle przypadkiem. Przytacza ją w jednym ze swoich dramatów William Somerset Maugham i ta chyba wersja znana jest najbardziej (?). Na Bliskim Wschodzie opowiada się ją jednak od dawna. Od dobrego tysiąca lat, albo i dłużej. Zawiera ją babiloński Talmud. Opowiada ją wielki sufita Fudail ibn Ayad, żyjący na przełomie VIII i IX w. n.e. Podaje ją Idrys Shah, wspomniany już Maugham, John O’Hara, Victor Frankl, a nawet Terry Pratchett. Zmieniają się miasta, bohaterowie i szczegóły, sens pozostaje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



