Żywot pospolitego kowboja wcale nie był takim emocjonującym zajęciem, jak wynikałoby z powieści Zane Greya i Maxa Branda. Poza żelaznymi nerwami i parą porządnych cojones, trzeba było umieć mało sypiać, harować jak wół i nie brzydzić się żadną, nawet najbardziej niewdzięczną robotą, a głównie to zaciskać pasa, bo pieniędzy nie było z tego prawie żadnych! Przekonał się o tym Fergus Dooley, gdy jako młodzieniaszek porzucił ojczystą Indianę i udał się na Dziki Zachód w poszukiwaniu przygody i dolarów.
Teksaski Paszport
Kolejny wpis, który pół roku spędził w twórczym inkubatorze i dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Zwłokę należy tym razem przypisać prawdopodobnie temu, że z Margaritami mam wybitnie nie po drodze, jak i z całą resztą przesłodzonych napojów - i alkoholowych, i dziewiczych. Dobra (czyt. klasyczna) Margarita nie jest zła, ale, jak podsumował ironicznie magazyn Texas Monthly, „zbyt często to, co podaje się jako Margaritę, wygląda jak slurpee, smakuje jak lemoniada i uderza do głowy mniej więcej tak samo, jak poncz na baptystycznym weselu”. (Porównanie środowiskowe. Powszechne na amerykańskim Południu ugrupowanie protestanckie Southern Baptists uchodzi za bardzo konserwatywne w sprawach obyczajowych, więc siła uderzeniowa ponczu na kościelnym przyjęciu byłaby - jeśli to możliwe - wręcz ujemna).
Teksaski Paszport
Dawno nie było nic z serii Teksaskiego Paszportu, a więc śpieszę naprawić ten problem - pomysł na wpis o rodeo już dawno podsunęła mi Karolina z zaprzyjaźnionego bloga Pora Arbuza (o słonecznej Italii). Z powodu moich wojaży wpis ciągle odkładany na „półkę jutra” aż do teraz, gdy nadchodzi teksaska wiosna, a wraz z nią sezon na rodeo. Tak, w Teksasie luty i marzec to początek sezonu wiosennego, ulubionego przez wszystkich, bo nie tak upalnego jak nieznośne letnie temperatury, ciągnące się czasem aż do października. Czas więc najwyższy na wpis!
![]() |
| Otwarcie rodea dla juniorów w Indianie. Flaga! |
Nowy Orlean
wojaże
Gdy przy okazji artykułu o plantacjach w Luizjanie zaczęłam bliżej przyglądać się plantacji Melrose, zaintrygowało mnie pewne zdjęcie z muzealnego archiwum. Czarno-białe, nieostre, nieopisane. W tle trapezowy dach Domu Afrykańskiego, jednej z budowli wzniesionych na posesji. Na pierwszym planie kobieta. Do obiektywu zwrócona profilem. Ustawiona tak przez fotografa lub uchwycona przypadkiem w niezobowiązującym półobrocie. Jej sylwetka scala się ze ścianą domu w tle, staje się integralną częścią jego konstrukcji. Ramiona nietypowo wyprostowane, królewskie. Kobiety mają zwykle tendencję do kulenia barków, do uległego, opadającego obojczyka.
Dziś tekst wygrzebany, jeszcze z sierpnia. Posty piszę w jednym dokumencie wordowskim, zaczynając w różnych miejscach: zwykle od początku, ale równie często gdzieś od środka, zależnie od tego, czy akurat nie poprawiam jakichś poprzednich szkiców albo prób. Zdarza się więc tak, że jakiś tekst zostaje przysypany kolejnymi, chwila mija, ja publikuję coś pilniejszego - a staroć nieapetycznie stygnie. Nie za bardzo lubię też publikować starsze teksty, bo ideą bloga było mobilizowanie mnie do pisania - a jeśli opublikuję asa w rękawie, to nie będę miała bata, by pisać nowe. Ale niech będzie. Tęsknię już do tych nowoorleańskich stron, może dlatego.
Gdy przy okazji artykułu o plantacjach w Luizjanie zaczęłam bliżej przyglądać się plantacji Melrose, zaintrygowało mnie pewne zdjęcie z muzealnego archiwum. Czarno-białe, nieostre, nieopisane. W tle trapezowy dach Domu Afrykańskiego, jednej z budowli wzniesionych na posesji. Na pierwszym planie kobieta. Do obiektywu zwrócona profilem. Ustawiona tak przez fotografa lub uchwycona przypadkiem w niezobowiązującym półobrocie. Jej sylwetka scala się ze ścianą domu w tle, staje się integralną częścią jego konstrukcji. Ramiona nietypowo wyprostowane, królewskie. Kobiety mają zwykle tendencję do kulenia barków, do uległego, opadającego obojczyka.
Lublana
Słowenia
wojaże
W ostatni wieczór przed wyjazdem idziemy na Trg Francoske Revolucije do Le Petit Café: teoretycznie na kompletnym luzaku, wręcz w poadrenalinowym letargu, jeszcze ze śpioszkami w kącikach oczu, spakowani plus minus, bez żadnych zaległych rozmów o projekcie, który w DHL-owskiej kopercie przemierza już Atlantyk. Nasz Słoweniec ma świeżo przystrzyżone włosy, bo przez dwa ubiegłe miesiące zarósł tak, że pod koniec nagrań przydługie kosmyki sterczały mu niesfornie spod czapki bejsbolówki. Pijemy specjalność zakładu, nieprzetłumaczalną na język angielski spuściznę chronicznych socjalistycznych braków: kawę zbożową. Ale taką uwzniośloną, puszystą, nie szarą inkę w obtłuczonym kubku przed snem: w Le Petit podają ją w wielkich pękatych filiżankach, z korzeniami, ze spienionym mlekiem wystającym na opuszek palca ponad szklany brzeg. Siedzimy ściśnięci przy oknie, rozmowa rwie się ze zmęczenia, patrzymy na lśniący od deszczu skwer; każdy po cichu wyciera wąsy od mleka na górnej wardze; nie chce nam się wychodzić: bo tym razem oznacza to faktyczny i definitywny koniec.
Chyba jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni tekst o Słowenii, choć mam nadzieję jeszcze tam pojechać. Już nie służbowo (mam nadzieję), a bardziej rekreacyjnie. Służbowo na razie nie wiem, co dalej. W 2016 są widoki na Serbię, Hiszpanię albo Włochy. Ale się nie nastawiam, bo doświadczenie każe mi przypuszczać, że ostatecznie wygra ukryta (i na razie nie wiadoma) opcja numer cztery.
indiańskie bajanie
Opowiadanie Siuksów o końcu świata zauroczyło mnie już dawno. Prawdopodobnie dlatego, że to, co współcześni przedstawiają zwykle jako mrożący krew w żyłach kataklizm, kulminację jak najbardziej innowacyjnego zła i medialnego wrzasku, opowiadanie to wyobraża jako scenę zaciszną, kameralną, niemal przytulną (rozgrywającą się, nota bene, w ukryciu, z dala od ciekawskich oczu). Zupełnie nie pasuja ta wizja do paranoicznego, rozhisteryzowanego wieku XXI, który swój schyłek i krach węszy na każdym kroku i przekonany jest o własnej ostateczności (nowsze pokolenia czeka zagwozdka terminologiczna: jak nazwać epokę nadchodzącą po tej, która siebie już nazwała, solipsystycznie, postwspółczesną?).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

