W
ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na
czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania
dotyczące emigracji.
Drugie pytanie brzmi: Gdzie jest lepiej, tam czy tu?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).
Siedzę w mojej ukochanej kawiarni. Quai des Bergues, Genewa. Przede mną, Rodan rzuca się w wody Jeziora Lemańskiego. Nietrudno wybrać to akurat miejsce na swoją małą czarną. To jedyny lokal w tej dzielnicy, gdzie można uzupełnić niedobór kofeiny, nie czyniąc równocześnie małego Waterloo na koncie bankowym. A kawa jest bonnard, „zacnista”. Uwaga, słowo rozumiane tylko i wyłącznie tutaj, w drugim największym mieście Szwajcarii.
Serce Genewy. Wokół mnie kantata języków i dialektów. Francuski przede wszystkim. Ale też angielski, hiszpański, włoski i hindi, i chiński, i arabski, i nawet polski, tam w kącie. Smooth jazz w głośnikach. Ciepło w środku, zimny wiatr na zewnątrz. Tam dalej, o czterdzieści metrów stąd, hotele, o jakich w życiu by mi się nie śniło. Mercedesy, BMW, lexusy i rolls-roysy z arabskimi gąsienicami na tablicach rejestracyjnych. Petrodolary idą w ruch. Najwidoczniej gusta panów z Arabii nie różnią się w końcu aż tak bardzo od gustów nas, maluczkich, skoro widuję ich też tutaj, egalitarnie, przy stoliku obok.

