Parkujemy przed oszklonymi drzwiami gabinetu podiatrycznego; na drzwiach długa lista specjalistów, nazwiska sugerują rejon Indii: może Nepal, może Pakistan? W rejonie NASA sporo jest takich klimatów. Gdy pojedzie się trochę dalej, to na autostradzie nr 3 trafi się na trzy wielkie indyjskie spożywczaki, niemal jeden za drugim. Można kupić ryż w ogromnych dziesięciokilogramowych pakach, mięso halal, korzenie hurtem, kadzidło w setkach duszących zapachów, wodę różaną i pomarańczową, hennę, amlę, suplementy ajurwedyjskie, Brooke Bonda, ziołowe oleje do włosów... dopiero zielonkawe banknoty przypominają współrzędne geograficzne. Gabinet, przed którym parkujemy, jest ciemny, w głębi pełni nocną straż posępna jarzeniówka. Wchodzimy pod arkady w stronę restauracji. „Pachnie Polską” - szepce Mężczyzna. I faktycznie, od kuchni pachnie ciepłym oleistym biryani, tak jak w naszej ulubionej indyjskiej knajpie w Warszawie na Jana Pawła. I te arkady niemal takie same. Chodziliśmy tam wiernie, aż knajpę zamknięto z powodu awarii wodociągu i już nigdy jej nie otwarto. Dawno już, a i tak czuję przykrość. Na tym odcinku zawsze trudno było utrzymać biznes. Poza sexshopami i striptizerniami mało co urzęduje tam konsekwentnie. Chyba tylko Kebab King.
indiańskie bajanie
Pewnego dnia, kobieta z plemienia Tolowa wyszła z dzieckiem szukać pożywienia. Słońce wspięło się już wysoko i w południowym upale dziecko wydawało jej się coraz cięższe; postawiła więc nosidełko na ziemi i wbiła jego drzewce w ziemię, żeby trochę sobie ulżyć. Pomyślała: „Przeszukam okolicę, nie odejdę daleko”. Ale wtem zauważyła, jak na niskim krzewie przysiada piękny motyl. Na mgnienie oka rozwarł skrzydła i błysnął kolorami. Zamierzyła się, by go chwycić, ale chybiła: motyl umknął. Dostrzegła go między drzewami. Trzepotał się jak rozdygotane serce. Nie myśląc, rzuciła się za nim w pogoń. Po drodze zrzuciła swoją pelerynę; sztywna skóra krępowała jej ruchy. Już-już miała go w rękach, ale on za każdym razem odfruwał coraz dalej. Pomyślała: „Dosięgłabym go, gdyby nie ta ciężka spódniczka”. Zdjęła ją więc i goniła za motylem, dopóki cienie nie zaczęły się wydłużać, a światło słońca nie zamieniło się w miód. Kobietę ogarnęła ogromna senność. Położyla się pod drzewem i natychmiast zasnęła. O dziecku zupełnie zapomniała.
Z okazji setnego posta mam coś, co dawno już chodziło mi po głowie: początek serii „Indiańskie bajanie”, z mitami i legendami rdzennych Amerykanów.
Dzisiejsze opowiadanie pochodzi z plemienia Maidu, zamieszkującego pierwotnie rejony północnej Kalifornii.
Pewnego dnia, kobieta z plemienia Tolowa wyszła z dzieckiem szukać pożywienia. Słońce wspięło się już wysoko i w południowym upale dziecko wydawało jej się coraz cięższe; postawiła więc nosidełko na ziemi i wbiła jego drzewce w ziemię, żeby trochę sobie ulżyć. Pomyślała: „Przeszukam okolicę, nie odejdę daleko”. Ale wtem zauważyła, jak na niskim krzewie przysiada piękny motyl. Na mgnienie oka rozwarł skrzydła i błysnął kolorami. Zamierzyła się, by go chwycić, ale chybiła: motyl umknął. Dostrzegła go między drzewami. Trzepotał się jak rozdygotane serce. Nie myśląc, rzuciła się za nim w pogoń. Po drodze zrzuciła swoją pelerynę; sztywna skóra krępowała jej ruchy. Już-już miała go w rękach, ale on za każdym razem odfruwał coraz dalej. Pomyślała: „Dosięgłabym go, gdyby nie ta ciężka spódniczka”. Zdjęła ją więc i goniła za motylem, dopóki cienie nie zaczęły się wydłużać, a światło słońca nie zamieniło się w miód. Kobietę ogarnęła ogromna senność. Położyla się pod drzewem i natychmiast zasnęła. O dziecku zupełnie zapomniała.
firmowe rozkminki
Przedwczoraj portal informacyjny Globo wita mnie wieścią, że w odległym zakątku brazylijskiego stanu Minas Gerais odnaleziono ciało lokalnego dziennikarza. Evany José Metzker miał skrępowane ręce, a jego głowę znaleziono jakieś sto metrów od ciała. Nie zabrano portfela, dowodu osobistego ani kosztowności. Kilka źródeł podaje, że ciało wykazywało ślady tortur. Kilka innych, że poza dekapitacją nie było żadnych ran.
Wchodzę na bloga Metzkera i po raz kolejny uderza mnie, jak daleko, mimo całego entuzjastycznego gadania o globalnej wiosce, leży Zachód od krajów rozwijających się. Strona krzykliwa i naćkana, w pierwszej chwili trudno mi się w niej połapać, bo jestem w trybie zachodnim i oczekuję porządku i przejrzystości pojmowanego na sposób zachodni.
Wchodzę na bloga Metzkera i po raz kolejny uderza mnie, jak daleko, mimo całego entuzjastycznego gadania o globalnej wiosce, leży Zachód od krajów rozwijających się. Strona krzykliwa i naćkana, w pierwszej chwili trudno mi się w niej połapać, bo jestem w trybie zachodnim i oczekuję porządku i przejrzystości pojmowanego na sposób zachodni.
Teksaskie skarby
Prawo zwlekało z przyjściem na najdalej wysunięte fronteras Nowej Hiszpanii; zanim w 1729 r. generał Pedro de Rivera y Vilallón dokonał gruntownej inspekcji nowohiszpańskich presidios (twierdz granicznych) i zaczął egzekwować zakaz niewolenia Indian, zdążono podjąć wiele arbitralnych, uwarunkowanych potrzebami chwili decyzji, a i później nie zawsze się tej oficjalnej wersji prawa trzymano. Weźmy na przykład takie Presidio de San Vicente, położone na południowym brzegu Rio Grande, około trzydzieści kilometrów od Emory Peak w górach Los Chisos. Presidio założono pierwotnie jako przyczółek walk z wędrownymi plemionami Komanczów i Apaczów; jak w każdej twierdzy tego typu, stacjonował tam oddział żołnierzy, garstka przyjaznych, nawróconych na chrześcijaństwo Indian i oczywiście kilku księży, a w samym środku tej niedużej, kwadratowej najczęściej osady stał imponujący kościół.
![]() |
| Kaplica Presidio La Bahia w obecnym Goliad, w Teksasie. Zdjęcie z 1936 r. Źródło |
Teksaski Paszport
Dziś post króciutki, ale treściwy (gdyby tak można było zawsze w polityce!). Z okazji zawirowań okołowyborczych, w polskich mediach zrobiło się bardzo zjadliwie, bardzo zgryźliwie i bardzo konfrontacyjnie, a więc atmosfera idealna, by pomówić o amerykańskich naklejek na zderzaki. Według Amerykanów, tylny zderzak to świetne miejsce do podzielenia się ze światem swoimi przekonaniami - politycznymi, religijnymi i społecznymi, najlepiej w sposób jak najbardziej ironiczny i zaczepny. Swoją drogą, ciekawe, czym chcieliby się podzielić ze światem Polacy, gdyby zwyczaj zaklajstrowywanego zderzaka przyjął się w Polsce? Czy w ogóle takie niczym nie skrępowane wyrażanie własnych opinii miałoby szansę u nas przetrwać? (Downloading... Please wait...).
Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)
Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)
Teksaski Paszport
O moim pickupie pisałam na blogu jakoś na samym jego początku, bo chyba musiałam się wygadać; od tamtego czasu niewiele się zmieniło, nadal siedzi się wysoko i parkuje wszawo, ale poza tym bardzo tego potwora lubię. Jest zaskakująco zwrotny i wbrew pozorom całkiem oszczędny; części (dla Dodge’a) są tanie, a konstrukcja mało skomplikowana, więc przyjazna wszelkim naprawom. Tyle z wynurzeń osobistych. Już przy pisaniu tamtej notki wiedziałam jednak, że do tematu powrócę, bo trudno o coś bardziej amerykańskiego, a zarazem bardziej teksaskiego niż pickup! Spokojnie można założyć, że jeśli na ulicach widać więcej pickupów niż osobówek, a przed budynkami powiewa więcej flag z dumną samotną gwiazdą niż z pozostałymi pięćdziesięcioma, to niechybny znak, że właśnie wwiało was do Teksasu. ¡Bienvenidos y’all!
| Takie znalezisko, na parkingu w Houston. Właściciel autentycznie jeździ nim codziennie do pracy, więc to nie żaden muzealny eksponat, żeby nie było |
Subskrybuj:
Posty (Atom)


